Popmusik

Wpisy

  • czwartek, 18 października 2018
    • Queen - Sheer Heart Attack

      Queen__Sheer_Heart_Attack

      Queen - Sheer Heart Attack (1974) EMI

       01. Brighton Rock – 5:10
          02. Killer Queen – 3:00
          03. Tenement Funster – 2:46
          04. Flick of the Wrist – 3:46
          05. Lily of the Valley – 1:43
          06. Now I'm Here – 4:10
          07. In the Lap of the Gods – 3:27
          08. Stone Cold Crazy – 2:11
          09. Dear Friends – 1:07
          10. Misfire – 1:50
          11. Bring Back That Leroy Brown – 2:13
          12. She Makes Me (Stormtrooper in Stilettoes) – 4:08
          13. In the Lap of the Gods… Revisited – 3:44

      Nie minął nawet rok, a grupa Queen uraczyła fanów kolejnym bardzo dobrym, studyjnym albumem. Stało się tak, ponieważ gitarzysta Brian May zachorował na żółtaczkę, którą zaraził się prawdopodobnie przy podnoszeniu brudnej igły. Trasa koncertowa "Queen II Tour" została  przerwana, a zespół znowu wylądował w studiu, a raczej czterech rożnych studiach nagraniowych.

      "Sheer Heart Attack" to płyta zupełnie inna od swojej wyrafinowanej poprzedniczki. Grupa odeszła tutaj od form progresywnych i nagrała bardziej konwencjonalne rockowe dzieło. Na "Sheer Heart Attack" sporo jest mocnych, zapadających w pamięć gitarowych riffów, dlatego też album określany jest jako glam-rockowy.

      Już otwierający krążek numer "Brighton Rock" powala ilością oraz przede wszystkim jakością gitarowego hałasu. Solówka Briana Maya z tego utworu została uznana przez magazyn "Guitar World" za jedną z najlepszych w historii (solo zajęło 41. miejsce na liście "100 najlepszych gitarowych solówek w historii" z 2008 roku). Ciekawy jest również tekst tej piosenki, opowiadający o wakacyjnym romansie młodych modsów w Brighton. Słuchanie "Brighton Rock" to niezła lekcja historii, gdyż wielu młodych angielskich modsów w latach 70. jeździło na wypoczynek do Brighton.

      Jeszcze efektowniejszy i bardziej innowacyjny pod względem tekstowym jest kolejny numer "Killer Queen" (to właśnie ten utwór sprawił, że zespół Queen stał się gwiazdą wielkiego formatu). Piosenka opowiada bowiem o luksusowej prostytutce ("Jest Królową Morderczynią, prochową żelatyną/Dynamitem z laserowym promieniem/Który może twój umysł wysadzić w powietrze/polecana w swoim przedziale cenowym,/ma nienasycony apetyt/Czy chcesz spróbować?"). W warstwie muzycznej przywołuje z kolei  stare piosenki kabaretowe, aczkolwiek nie jest to typowa szansonetka. W "Killer Queen" obecne są bowiem harmonie wokalne typowe dla Queen oraz kolejne świetne gitarowe solo Briana Maya.

      Gitarzysta jeszcze bardziej niż w "Killer Queen" popisał się w kolejnym, mało znanym numerze "Tenement Funster" ("Osiedlowy Playboy"). Ten ciężki, rockowy numer to w głównej mierze dzieło Rogera Taylora, który śpiewa w nim "Moje nowe, fioletowe buty oszałamiają/Ludzi z przeciwka/Moje rockandrollowe single rozwścieczają/Rodzinkę, co mieszka piętro niżej". W "Tenement Funster" obecne są wzburzenie i rock 'n' rollowa złość, tak jak i w kolejnym numerze z płyty "Flick of the Wrist". Notabene te dwa utwory ładnie się ze sobą łączą. Chwilę wytchnienia po tych dwóch rockowych ciosach przynosi niespełna dwuminutowa ballada "Lily of the Valley", zawierająca o dziwo nie tylko piękne partie fortepianu, ale również kolejne świetne solo Briana Maya.

      Pozbawiony subtelności, hard-rockowy "Now I'm Here" oraz duży szybszy i jeszcze mocniejszy "Stone Cold Crazy" to prawdziwe rockowe petardy, które były obecne prawie na wszystkich koncertach w pierwszym okresie działalności zespołu. Co  ciekawe ten drugi utwór zyskał drugie życie na początku lat 90., gdy prawie identycznie zagrała go zdobywająca coraz większą popularność Metallica. Amerykanie za swoją wersję piosenki zostali nagrodzeni nagrodą Grammy w kategorii najlepsze metalowe wykonanie w 1991 roku. Było to niedługo przed śmiercią Freddiego Mercury'ego.

      Oprócz wspomnianych powyżej, kultowych piosenek zespołu warto zapoznać się z pozostałym materiałem z "Sheer Heart Attack". "She Makes Me (Stormtrooper in Stilettoes)" to zdominowany przez brzmienie gitary akustycznej kawałek zaśpiewany przez Briana Maya. Przypomina on romantyczną piosenkę "Some Day One Day" z poprzedniej płyty. Co ciekawe odsłuchując tę pieśń mimowolnie na myśl przychodzi zespół Oasis, który ma na swoim koncie masę podobnych utworów. Jak widać twórczość Królowej nie była obojętna nawet dla tych brit-popowych gigantów, którzy w teorii nie inspirowali się twórczością Queen.

      Szybki numer "Bring Back That Leroy Brown" to z kolei hołd dla amerykańskiego piosenkarza Jima Croce'a, który zginął w katastrofie samolotu rok przed wydaniem "Sheer Heart Attack". Jim Croce był na początku lat 70. jedną z najjaśniejszych gwiazd popowego firmamentu (posłuchajcie koniecznie "These Dreams"),  a jego "Bad Bad Leroy Brown" był jednym z największych przebojów 1973 roku. Warto dodać, że Jim Croce za "Bad Bad Leroy Brown" był nominowany do nagrody Grammy w kategorii nagranie roku. Tym co wyróżnia "Bring Back That Leroy Brown" od pozostałych utworów z "Sheer Heart Attack" jest bardzo nietypowe brzmienie (muzycy nagrali ten numer między innymi na wielkim fortepianie, kontrabasie i banjo ukulele).

      Ostatni utwór z płyty "In the Lap of the Gods… Revisited" to natomiast coś z zupełnie innej beczki. To podniosła, niespieszna pieśń z zapadającymi w pamięć zaśpiewami Mercury'ego "Wo wo la la la wo/Wo wo la la/Wah wah ooh", które  zostały wymyślone specjalnie na koncerty. Intencją Freddiego było, aby na koncertach publiczność śpiewała łatwe, melodyjne frazy razem z nim i dzięki temu lepiej się bawiła.

      "Sheer Heart Attack" to album nie tak łatwy w odbiorze jak poprzednia studyjna płyta zespołu, ale jest to dzieło bardzo zróżnicowane, które można wielokrotnie odkrywać.Ciężko stwierdzić czy "Sheer Heart Attack" to krążek lepszy od majestatycznej poprzedniczki. Na pewno jest to dzieło przełomowe dla zespołu, czego nie da się powiedzieć o mało znanym "Queen II".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      augustc
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 października 2018 16:54
  • wtorek, 16 października 2018
    • Queen - Queen II

      Queen__Queen_II

      Queen - Queen II (1974) EMI

      Strona Biała

          01. Procession – 1:12
          02. Father to Son – 6:14
          03. White Queen (As It Began) – 4:36
         04. Some Day One Day – 4:23
          05. The Loser in the End – 4:01

      Strona Czarna

          06. Ogre Battle – 4:08
          07. The Fairy Feller's Master-Stroke – 2:41
         08. Nevermore – 1:27
          09. The March of the Black Queen – 6:33
         10. Funny How Love Is – 2:47
          11. Seven Seas of Rhye – 2:50

      "Queen II" to jedna z najbardziej niepozornych pozycji w dyskografii Królowej. Tytuł płyty sugerujący, że album jest kontynuacją drogi obranej przez zespół na debiucie oraz status najsłabiej sprzedającego się albumu studyjnego Queen nie zachęcają do odsłuchu. Prawda jednak jest taka, że "Queen II" to spełnione marzenie fanów rocka. Niewyszukany tytuł albumu wziął się z mody jaka panowała  w nazewnictwie muzycznym w latach 70. - takie grupy jak Led Zeppelin czy Chicago stosowały numerację według liczb arabskich i
      nazywały swoje albumu kolejnymi liczbami naturalnymi. Queen wyraźnie zainspirowany tym pierwszym zespołem nie chciał być gorszy.

      Tytuł płyty może jest mało pociągający, jednak jej okładka już nie. Zdjęcie przedstawiające popiersia członków zespołu na czarnym tle to logo rock 'n' rolla - fotografia wykonana przez brytyjskiego fotografa Micka Rocka jest kultowa i była wielokrotnie wykorzystywana w popkulturze, między innymi w teledysku do "Bohemian Rhapsody".

      Najbardziej powalająca jest jednak sama muzyka. Album dzieli się na połowy: białą i czarną. Na pierwszą część płyty, zwaną białą, największy wpływ miał gitarzysta formacji Brian May. Ten akt albumu rozpoczyna się instrumentalnym utworem "Procession", który kojarzy się ze średniowieczną defiladą bądź też orszakiem, a dla niektórych z żałobą. W każdym razie ten krótki kawałek to świetne otwarcie płyty i popis Maya, którego elektryczna gitara w fajny sposób przywołuje okres sprzed wieków. "Father to Son" to już typowy angielski hard rock z lat 70. - mocne heavy metalowe sekcje łączą się tutaj ze spokojnymi partiami fortepianu. Dziennikarze słusznie porównywali ten numer z dokonaniami będącego wówczas na szczycie The Who.

      "White Queen (As It Began)" to przepiękna ballada, w której akustyczne fragmenty zderzają się mocnymi, heavy metalowymi brzmieniami. Po jej przesłuchaniu jest wyraźniejszy wpływ Queen na wczesne nagrania Metalliki - w kultowych utworach "Fade to Black" i "Welcome Home (Sanitarium)" słychać echa "White Queen (As It Began)". Co ciekawe piosenka została zainspirowana powieścią "Biała Bogini" Roberta Gravesa, a także niespełnioną miłością gitarzysty zespołu do koleżanki ze studiów, z którą notabene nigdy muzyk nie rozmawiał.

      Brian May być może jeszcze większym talentem popisał się w kolejnym utworze "Some Day One Day", który zaśpiewał. Ta nieposiadająca refrenu piosenka przypomina średniowieczne romanse. Poetycki tekst  "Zamglony zamek czeka na ciebie/Będziesz królową/Dziś wisi nad nami chmura i wszystko jest szare/Ale kiedyś, pewnego dnia..." ozdobiony jest głównie dźwiękami gitary akustycznej.Sprawia to, że podczas odsłuchu utworu mimowolnie na myśl przychodzi Brian May w stroju średniowiecznego barda, grający na gitarze i wyśpiewujący marzycielskie frazy na tle jakiegoś zamku. Nie ma co. Brian May to bardzo romantyczny gość.

      Z tego błogiego nastroju szybko wyrywa nas mocno stąpający po Ziemi perkusista Roger Taylor. "The Loser in the End" to soczysty rockowy numer, wypełniony mocnymi brzmieniami gitar i instrumentów perkusyjnych, zaśpiewany przez Rogera Taylora. Tak jak w przypadku pozostałych utworów zaśpiewanych przez perkusistę, "The Loser in the End" w ogóle nie przypomina typowych utworów Queen.

      Prawdziwa jazda rozpoczyna się na czarnej stronie tej płyty. Ta część dzieła została w całości napisana przez Freddiego Mercury'ego. "Ogre Battle" to bardzo wymyślny, dynamiczny rockowy utwór, zawierający efekty dźwiękowe imitujące bitewne starcie między ogrami. Ciekawostką jest to, że początek tego numeru to tak naprawdę jego koniec puszczony od tyłu.

      "The Fairy Feller's Master-Stroke" to krótka i bardzo lekka popowa piosenka, w której grupa nieźle popuściła wodze fantazji. Muzykom nie wystarczyło zwykłe rockowe instrumentarium i w nagraniu wykorzystali kastaniety i klawesyn. "The Fairy Feller's Master-Stroke" płynnie przechodzi w niezwykle melodyjną i króciutką balladę "Nevermore". Na ten niesamowity utwór składają się jedynie trzygłosowa harmonia wokalna i sentymentalne dźwięki pianina.

      Jednak najlepszym utworem z tej płyty jest następujący zaraz po nim progresywny "The March of the Black Queen", charakteryzujący się masą przeróżnych muzycznych efektów dźwiękowych, zmianami tempa i zabawą przebiegami rytmicznymi. "The March of the Black Queen" ze względu na swoją melodyjność i skompilowanie to jeden z ulubionych utworów akademików. Jednak z powodu zawiłości i wielowątkowości utworu muzycy nie byli w stanie go odtworzyć w całości na żywo, podobnie jak wspomnianego w poprzednim poście numeru "My Fairy King" .

      "Funny How Love Is" to jakby dalsza część "The March of the Black Queen", gdzie uwagę przykuwa gęsty, mocny dźwięk akustyków. Wszystko dlatego, że do nagrania "Funny How Love Is" wykorzystano technikę aranżacji nagrań muzycznych opracowaną przez Phila Spectora, tzw. ścianę dźwięku, polegającą na wielokrotnym nagrywaniu instrumentów muzycznych i zwielokrotnianiu ich brzmienia. Całość zamyka  typowo glam rockowy numer „Seven Seas of Rhye”, bardziej niż Queen przypominający nagrania niezwykle modnego w tamtym czasie Slade.

      "Queen II" to album wybitny od początku do końca i pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów rocka. Niepowodzenie komercyjne płyty można wytłumaczyć tym, że na początku 1974 roku zespół dopiero wchodził na rynek, a parę lat później miał już na koncie masę rozpoznawalnych przebojów z późniejszych płyt i nie promował piosenek z tego albumu. Jednak ludzie, którzy poznali ten krążek byli pod jego wielkim wrażeniem. Axl Rose w czasach swojej największej popularności mówił, że to jego ulubiona płyta Queen. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Queen - Queen II”
      Tagi:
      Autor(ka):
      augustc
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 października 2018 23:55
  • poniedziałek, 15 października 2018
    • Queen - Queen

      Queen__Queen

      Queen - Queen (1973) EMI

      01. Keep Yourself Alive – 3:48
          02. Doing All Right – 4:10
          03. Great King Rat – 5:43
          04. My Fairy King – 4:08
          05. Liar  – 6:25
          06. The Night Comes Down – 4:23
          07. Modern Times Rock ’N’ Roll  – 1:48
          08. Son And Daughter  – 3:20
          09. Jesus  – 3:44
          10. Seven Seas of Rhye– 1:15

      Album "The Best of Queen" wydany przez Tonpress w 1980 roku to jedna z najfajniejszych pamiątek PRL-u. Każdy kto miał tę płytę zajeżdżał ją, ile tylko się dało. Co ciekawe była to pierwsza w historii zespołu płyta kompilacyjna. Zafascynowani muzyką zespołu słuchacze znali nie tylko całą płytę na pamięć, ale też tekst z koszulki płyty winylowej. Znajdowała się na niej krótka historia zespołu. Z tekstu jednoznacznie wynikało, że historia grupy tak na dobrą sprawę rozpoczęła się od wydania singla "Killer Queen" w październiku 1974 roku, a na wszystko co wydarzyło się wcześniej można spuścić zasłonę milczenia. Według autora tekstu debiutancki album Queen był po prostu beznadziejny i szkoda czasu na jego słuchanie. Na "The Best of Queen" nie znalazł się ani jeden numer z tego albumu.

      The_Best_of_Queen_Tonpress

      Równie złe zdanie na temat tego albumu mieli niektórzy angielscy dziennikarze, którzy tytułowali Queen najgorszym zespołem na Ziemi. Rzeczywiście pierwsza studyjna płyta Queen nie powala na łopatki i nie może się w ogóle równać z kolejnymi dokonaniami zespołu, ale grupa nie musi się wstydzić tego materiału, który jest po prostu niezły. Warto dodać, że "Queen" to krążek, który powstał dobre parę lat po rozpoczęciu działalności przez zespół i znajdują się na nim numery grane przez Queen od lat (dość doświadczeni muzycy zaczęli grać ze sobą już w 1970 roku).

      Początek albumu jest trochę rozczarowujący. "Keep Yourself Alive" otwierający album to kawałek dość przeciętny. Energetyczny, hard rockowy numer brzmi jak setki innych numerów z tamtego okresu, nawiązujących do dokonań Led Zeppelin i Deep Purple. Być może ten utwór świetnie nadawał się kiedyś do otwierania koncertów zespołu, ale nie sprawdza się jako nagranie studyjne.

      W kolejnym utworze na płycie, „Doing All Right”, możemy usłyszeć pop w stylu Fleetwood Mac z lat 70., zabawy akustykami oraz mocne heavy metalowe brzmienia. Wszystko to jest jednak mało przekonujące. „Doing All Right” to nieudany eksperyment, ale warto pamiętać, że gdyby muzycy na początku działalności nie podejmowali się takich prób, to nigdy by nie powstało "Bohemian Rhapsody".

      „Great King Rat” to numer, który robi o wiele lepsze wrażenie niż dwa poprzednie. Jest to długa i mocna rockowa kompozycja, w której obecne jest świetne gitarowe solo Briana Maya i nagłe zmiany tempa. Warto podkreślić, że wokalnie ten numer świetnie wyszedł Freddiemu Mercury'emu.

      Wokalista jeszcze lepiej brzmi w kolejnym na płycie kawałku „My Fairy King”, w którym ważną rolę pełnią piękne sekcje fortepianowe oraz nałożone na siebie ścieżki wokalne. "My Fairy King" to numer wyjątkowo dopracowany i zawiera warstwy ścieżek dźwiękowych, które sprawiły, że niemożliwe było wykonanie tego utworu na żywo (utwór został zagrany tylko raz, w pierwszym występie Queen dla BBC).

      Kolejny na płycie numer "Liar" to bardzo głośny rock progresywny, gdzie obecne są zmiany tempa, przebojowe zaśpiewy członków zespołu (w tym numerze śpiewał podobno nawet nieśpiewający basista John Deacon), zapadające w pamięć wiercące gitarowe riffy oraz perkusyjna kanonada Rogera Taylora.

      Z reszty utworów wyróżniają się natomiast te najkrótsze: przypominający punkowy numer, zaśpiewany przez Rogera Taylora „Modern Times Rock ’N’ Roll” oraz instrumentalny "Seven Seas of Rhye". Te drugi kawałek został nagrany jeszcze raz w 1974 roku, tym razem z dodanym wokalem.

      Podsumowując debiutancki album Queen to krążek, z którym koniecznie trzeba się zapoznać. Znajdują się tu dwa wielkie utwory: „My Fairy King” i "Great King Rat” oraz bardzo ciekawy, ważny singiel z początku kariery "Liar". Reszta numerów nie wywołuje euforii, ale to granie na poziomie, na pewno lepsze niż większość najnowszych rockowych piosenek wypuszczanych masowo na rynek.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      augustc
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 października 2018 20:15
  • wtorek, 09 października 2018
    • Twenty One Pilot - Trench

      twenty_one_pilots__trench

      twenty øne piløts - Trench (2018) Fueled by Ramen

      01. Jumpsuit – 3:58
         02. Levitate – 2:25
         03. Morph – 4:19
          04. My Blood – 3:49
          05. Chlorine – 5:24
          06. Smithereens – 2:57
          07. Neon Gravestones – 4:00
          08. The Hype – 4:25
          09. Nico and the Niners – 3:47
         10. Cut My Lip – 4:43
         11. Bandito – 5:31
          12. Pet Cheetah – 3:18
         13. Legend – 2:53
          14. Leave the City – 4:40

      twentyonepilots_2018
      Oczekiwania względem nowego albumu twenty one pilots były ogromne. "Trench" to pierwsza studyjna płyta pilotów od czasów przełomowego "Blurryface" i na szczęście nie zawodzi. Ta dziwna mieszanka alternatywnego rocka, hip-hopu, popu i muzyki elektronicznej jest niezwykle przyjemna w odbiorze i można ją polecić praktycznie każdemu. Wszystko dlatego, że muzycy twenty one pilots w przeciwieństwie do wielu swoich kolegów po fachu stawiają na to ,aby ich piosenki były bardzo melodyjne. Dobrym przykładem może być utrzymany w szybkim tempie, hard-rockowy numer "Jumpsuit", gdzie wokalista Tyler Joseph wyśpiewuje co chwilę bardzo melodyjną frazę "Jumpsuit, Jumpsuit cover me" za nic mając wykwintną poezję i wielką tradycję amerykańskiej pieśni. Jednak stwierdzenie, że nowy album twenty one pilots jest ubogi lirycznie byłoby niesprawiedliwe.

      Wydany na singlu "Levitate" to typowy, bogaty w treść kawałek hip-hopowy, którego nie powstydziłby się nawet Eminem. W podobnym stylu co "Levitate" utrzymany jest "Morph", ale tutaj co jakiś czas Tyler Joseph atakuje słuchaczy melodyjną frazą "If I keep moving, they won't know/I'll morph to someone else". Sprawia to, że numer posiada cechy zarówno utworu hip-hopowego jak i popowego. Tak jest na "Trench" do samego końca. Melodyjne popowe zaśpiewy mieszają się z rapem. Wszystko jest dobrane w odpowiednich proporcjach, dzięki czemu nie mamy do czynienia z albumem wypełnionym banalnymi przebojowymi piosenkami ani też z typową produkcją hip-hopową, niezbyt strawną dla przypadkowych słuchaczy.

      Tylera Josepha słucha się bardzo przyjemnie. To uzdolniony wokalista o łagodnej barwie głosu. Dźwięki wydobywające się z instrumentów także są miłe dla ucha, cokolwiek muzycy na "Trench" nie grają - według krytyków na płycie znajdują się utwory będące połączeniem popu,disco i funku ("My Blood") oraz  reggae, muzyki psychodelicznej oraz rapu ("Nico and the Niners").

      Płyta twenty one pilots jest generalnie bardzo udana. Minusami "Trench" są na pewno brak uderzenia z jakiego słyną mocne rockowe numery ("Jumpsuit" to trochę mało), a także mimo wszystko zbyt dużo rapu - "Chlorine", "Jumpsuit" czy "Bandito" lepiej się słucha niż piosenek stricte hip-hopowych z albumu. Czas pokaże czy "Trench" na dłużej zagości w odtwarzaczach czy też będzie to coś o czym szybko zapomnimy. Tak czy inaczej jest to jedna z ciekawszych propozycji muzycznych wydanych w tym roku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Twenty One Pilot - Trench”
      Tagi:
      Autor(ka):
      augustc
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 października 2018 16:49
  • środa, 03 października 2018
    • Muncie Girls - Fixed Ideals

      Muncie_Girls_Fixed_Ideals

      Muncie Girls - Fixed Ideals (2018) Specialist Subject Records

      1.Jeremy - 03:47
      2.Picture of Health - 03:34
      3.High - 03:47
      4.Clinic - 03:24
      5.Falling Down - 03:33
      6.Isn't Life Funny - 03:03
      7.Bubble Bath - 03:53
      8.Fig Tree - 03:19
      9.Locked Up - 01:44
      10.In Between Bands - 03:23
      11.Laugh Again - 02:46
      12.Hangovers - 02:36
      13.Family of Four - 03:36

      Wiele sobie obiecywałem po najnowszym dziele rockowej grupy Muncie Girls. Brytyjski zespół według zachodnich dziennikarzy jest nie tylko nadzieją na przyszłość, ale już w tej chwili jest grupą, która bije na głowę inne zespoły rockowe. Maksymalne oceny w magazynach "Kerrang" i "NME" mówią same za siebie. Dla mnie jednak najistotniejsze było to, że Muncie Girls zostali obwołani następcami takich grup jak The Replacements czy uwielbianej przeze mnie Siouxsie and the Banshees. Notabene cóż to byłoby za wydarzenie gdyby nagle na scenie pojawiła się kobieca postać utalentowana i kreatywna jak Siouxsie Sioux. Lande Hekt uzdolniona może i jest, jednak do legendarnej wokalistki jej na razie daleko. Co do  "Fixed Ideals" to przyjemnie się słucha tego pop-punkowego hałasu, ale nie jest to wielka płyta. Ponadto konia z rzędem temu kto znajdzie tu choć jeden utwór, który przejdzie do historii rocka. Na "Fixed Ideals" nic takiego nie ma. Podsumowując jest to całkiem niezły krążek, jednak ja wracam do swojej kolekcji płyt z lat 80.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Muncie Girls - Fixed Ideals”
      Tagi:
      Autor(ka):
      augustc
      Czas publikacji:
      środa, 03 października 2018 23:22
  • poniedziałek, 17 września 2018
    • Paul McCartney - Egypt Station

      Paul_McCartney__Egypt_Station

      Paul McCartney - Egypt Station (2018) Capitol

       01. Opening Station (0:42)
         02. I Don’t Know (4:27)
         03. Come On To Me (4:11)
          04. Happy With You (3:34)
         05. Who Cares (3:13)
         06. Fuh You (3:23)
          07. Confidante (3:04)
          08. People Want Peace (2:59)
         09. Hand In Hand (2:35)
         10. Dominoes (5:02)
          11. Back In Brazil (3:21)
          12. Do It Now (3:17)
          13. Caesar Rock (3:29)
          14. Despite Repeated Warnings (6:58)
         15. Station II (0:47)
         16. Hunt You Down/Naked/C-Links (6:23)

      Paul_McCartney

      Dziennikarz magazynu "Rolling Stone" Colin St. John wyliczył, że Paul McCartney przez 29 lat nie miał hitu w Stanach Zjednoczonych! Tyle bowiem lat minęło pomiędzy sukcesami utworów "Spies Like Us” oraz “FourFiveSeconds". Teza jaka nasuwa się na myśl w związku z tym artykułem jest jednoznaczna. Paul McCartney przez lata był artystą zapomnianym, żeby odrodzić się jak feniks z popiołów dzięki współpracy z młodymi, zdolnymi Amerykanami: Kanye Westem i Rihanną. Jednak ta sugestia jest mocno naciągana. Co prawda Paul McCartney od połowy lat 80. nie nagrał hitu na miarę przebojów The Beatles, ale wciąż był bardzo popularny. Bajkowy numer "Once Upon a Long Ago", charytatywny utwór "Ferry Cross the Mersey" czy zainspirowany brzmieniami latynoskimi "Hope of Deliverance" to były przecież wielkie światowe hity.

      Poza tym prawie każdy album McCartneya z ostatnich 30 lat świetnie się sprzedawał w Stanach Zjednoczonych. Tak jest też z najnowszym albumem artysty "Egypt Station", który z miejsca zdobył szczyt amerykańskiej listy Billboard 200! W tym miejscu warto jeszcze dodać, że Paul McCartney bardziej niż na pisaniu radiowych hitów skupia się na tworzeniu dobrych od początku do końca albumów. Został zresztą za to nagrodzony. Płyty "Flaming Pie" i "Chaos and Creation in the Backyard" były nominowane do nagrody Grammy w kategorii album roku. Równie dobry co wspomniane krążki jest "Egypt Station". Co prawda album nie powala na łopatki przy pierwszym przesłuchaniu, ale z biegiem czasu można się w tym dziele zakochać.

      Płaczliwa, soulowa ballada "I Don't Know", mocny, rytmiczny rockowy numer "Come On to Me" oraz folkowy, zdominowany przez brzmienie akustyków kawałek "Happy with You" świetnie wprowadzają w klimat płyty i dają nadzieję na to, że do końca będzie ciekawie. Tak jest w istocie. Najmocniejsze fragmenty płyty znajdują się jednak w drugiej jej części. Niezwykle bogato zaaranżowana ballada "Hand in Hand" z fletami, akustykami, smykami oraz fortepianem wyciska łzy. "Back in Brazil" to wycieczka do klubu, gdzie rządzą latynoskie rytmy. "Despite Repeated Warnings" to z kolei rockowa suita, składająca się z kilku połączonych ze sobą fragmentów muzycznych. Ten ostatni utwór bardziej przypomina progresywne eskapady Eltona Johna  z lat 70. niż przeboje ex-Beatlesa.

      Podsumowując "Egypt Station" to naprawdę dobry album. Jaki inny idol sprzed laty może się popisać takim dziełem jak Paul McCartney? Chyba żaden.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Paul McCartney - Egypt Station”
      Tagi:
      Autor(ka):
      augustc
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 września 2018 21:12
  • środa, 12 września 2018
    • Gorillaz - The Now Now

      Gorillaz__The_Now_Now

      Gorillaz - The Now Now (2018) Parlophone


          01. Humility (feat. George Benson) – 3:17
         02. Tranz – 2:42
         03. Hollywood (feat. Snoop Dogg & Jamie Principle) – 4:53
         04. Kansas – 4:08
         05. Sorcererz – 3:00
         06. Idaho – 3:42
          07. Lake Zurich – 4:13
          08. Magic City – 3:59
          09. Fire Flies – 3:53
          10. One Percent – 2:21
          11. Souk Eye – 4:34

      Muzycy ukrywający się za kreskówkowymi postaciami pod raz kolejny atakują rynek. I robią to całkiem udanie. Nowego albumu Gorillaz słucha się naprawdę nieźle. Większość fanów jest zadowolona z premierowych kawałków, w których brzmienia elektroniczne mieszają się przede wszystkim z funkiem i soulem. "The Now Now" jest jednak płytą, której słuchanie nie wzbudza żadnych specjalnych uczuć. Takie numery jak "Sorcererz", "Lake Zurich" czy "Humility" są przyjemne, jednak nie wzbudzają wielkich emocji. Po ich przesłuchaniu spokojnie wraca się do innych zajęć i o nich zapomina. Nie jest to najlepsza rekomendacja dla Damona Albarna. Jednakże nawet na tak mało ważnym w dyskografii artysty albumie znajdują się kawałki, które z przyjemnością można zapodać sobie jeszcze kilka razy. Chodzi o numery "Tranz" i "Hollywood". Może nie jest to mistrzostwo świata i te numery nie mogą się  równać z: "Out of Time", "Parklife", "DARE" czy "Feel Good Inc.", ale słychać w nich rękę mistrza.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Gorillaz - The Now Now”
      Tagi:
      Autor(ka):
      augustc
      Czas publikacji:
      środa, 12 września 2018 21:25
  • wtorek, 11 września 2018
    • Troye Sivan - Bloom

      Troye_Sivan__Bloom

      Troye Sivan - Bloom (2018) EMI Australia, Capitol


          01. Seventeen – 3:38
          02. My My My! – 3:25
          03. The Good Side – 4:29
          04. Bloom – 3:42
          05. Postcard (feat. Gordi) – 3:36
          06. Dance to This (feat. Ariana Grande) – 3:51
          07. Plum – 3:06
          08. What a Heavenly Way to Die – 3:07
          09. Lucky Strike – 3:28
          10. Animal – 4:25

      Drugi studyjny album Troye'a Sivana jest najlepiej ocenioną płytą pop wydaną w tym roku. Niestety "Bloom" jest dziełem rozczarowującym. Piosenkarz ma aparycję młodego Davida Bowiego oraz Marca Almonda z Soft Cell, co widać na zdjęciach. Niestety temu młodzianowi zdecydowanie bliżej do znienawidzonego i opluwanego przez krytyków muzycznych Jasona Donovana niż do wymienionych wyżej tuzów muzycznych. I to wcale nie dlatego, że Troye Sivan tak jak Jason Donovan ma obywatelstwo australijskie. Artysta, tak jak Donovan, nie ma po prostu pomysłu na piosenki, a tym bardziej na cały album.

      Niektóre utwory z "Bloom" mogą się bardzo podobać. Należą do nich dynamiczne, zdominowane przez brzmienie instrumentów elektronicznych nagrania "My My My! i "Dance to This" oraz fortepianowa ballada "Postcard". Jednak nudna jak flaki z olejem akustyczna ballada "The Good Side"  oraz wyjątkowo nijaka, elektroniczna rąbanina "What a Heavenly Way to Die" rozwiewają złudzenia wszystkich osób, które mają nadzieję na obcowanie z wielkim albumem.

      Troye Sivan to na pewno ciekawa postać we współczesnej muzyce. Jego czasy być może nadejdą. Artysta ma dużo atutów, aby tak się stało. Na razie jednak jest tylko muzykiem, którego twórczość można zaproponować fanom Shawna Mednesa, Justina Biebera i Years & Years. Szum medialny wokół jego nowego albumu można natomiast wytłumaczyć modą na ludzi wywodzących się ze środowiska LGBT, bo jakże inaczej. "Bloom" to album niezły, ale na pewno nie wybitny.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Troye Sivan - Bloom”
      Tagi:
      Autor(ka):
      augustc
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 września 2018 22:50
  • poniedziałek, 10 września 2018
    • Mac Miller - wspomnienie

      Mac_Miller_2

      Mac Miller 1992-2018

      Mac_Miller

      Awatar artysty w serwisie społecznościowym Facebook

      W piątek w amerykańskim show-biznesie wybuchła prawdziwa bomba. Serwis "TMZ" podał informację, że Mac Miller nie żyje. Jeden z najzdolniejszych muzyków młodego pokolenia został znaleziony martwy w swoim domu. Przyczyną śmierci artysty było najprawdopodobniej przedawkowanie narkotyków. Była to najczęściej czytana wiadomość ostatnich dni w serwisach rozrywkowych.

      Niestety odłamek tej medialnej bomby zranił dość mocno byłą dziewczynę rapera Arianę Grandę. To właśnie na nią internauci wylali morze hejtu i oskarżyli o to, że przyczyniła się do śmierci piosenkarza. Jednak te oskarżenia są wyjątkowo nie fair. Ariana Grande zerwała z Mac Millerem z powodu jego problemów z używkami. Raper narkotyzował się między innymi napojem lean, czyli połączeniem kodeiny, tabletek i napoju gazowanego oraz jeździł samochodem po pijaku. Dla bogobojnej Grande takie rzeczy były nie do przyjęcia. Stwierdziła, że związek z gwiazdą rapu był generalnie przerażającym doświadczeniem i że będzie modliła się o to, aby Mac Miller wszystko sobie poukładał. Jak widać raper po odejściu Ariany Grande nic sobie nie poukładał. Zmarł znarkotyzowany w wieku zaledwie 26 lat.

      Mac Miller mimo tego, że na rynku działał niezwykle krótko zostawił po sobie ważny ślad w historii muzyki popularnej. Wydał pięć studyjnych płyt i miał na koncie kilka przebojów jak: dość żwawe "Weekend" i "Dang!" czy mroczny "Self Care". Ten ostatni numer jest zilustrowany bardzo niepokojącym teledyskiem, notabene ostatnim w karierze! W klipie raper leży w trumnie, pali w niej papierosa i wycina nożem napis "Memento Mori" (pl."Pamiętaj, że umrzesz"). Najbardziej znanym hitem Maca jest jednak jego debiutancki singiel "Donald Trump",  zainspirowany oczywiście postacią magnata finansowego i polityka Donalda Trumpa. Mac Miller śpiewał w nim, że jego ambicją jest, aby osiągnąć taki sukces jak biznesmen. Jak widać raper dopiął swego, ale jakim kosztem! Jego problemy z używkami zaczęły się od tego, że Mac Miller nie mógł poradzić sobie ze stresem, a ten jest obecny w życiu wszystkich młodych ludzi goniących za pieniędzmi i karierą.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Mac Miller - wspomnienie”
      Tagi:
      Autor(ka):
      augustc
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 września 2018 23:23
  • niedziela, 09 września 2018
    • Blood Orange - Negro Swan

      Blood_Orange__Negro_Swan

      Blood Orange - Negro Swan (2018) Domino

      1. Orlando - 3:03
      2. Saint - 3:12
      3. Take Your Time - 2:51
      4. Hope (featuring Puff Daddy and Tei Shi) - 4:00
      5. Jewelry - 4:32
      6. Family (featuring Janet Mock) - 0:42
      7. Charcoal Baby - 4:02
      8. Vulture Baby - 1:14
      9. Chewing Gum (featuring ASAP Rocky and Project Pat) - 4:24
      10. Holy Will (featuring Ian Isiah) - 4:22
      11. Dagenham Dream - 2:45
      12. Nappy Wonder - 2:38
      13. Runnin' (featuring Georgia Anne Muldrow) - 3:55
      14. Out of Your League (featuring Steve Lacy) - 2:21
      15. Minetta Creek - 1:58
      16. Smoke - 3:33

      Blood_Orange

      Devonté Hynes znany bardziej jako Blood Orange jest uważany za jedną z największych nadziei brytyjskiej muzyki. Najnowszy studyjny album muzyka "Negro Swan" otrzymał znakomite recenzje w prasie i jest jednym z głównych kandydatów do zdobycia różnego rodzaju nagród za płytę roku. Dev Hynes, wbrew temu co się o nim teraz mówi, żółtodziobem w branży nie jest. Artysta rozpoczął karierę w 2004 roku w dance-punkowej grupie Test Icicles, w której grał na gitarze i na syntezatorach. Po rozpadzie kapeli Hynes występował jako Lightspeed Champion i prezentował muzykę rockową. Od 2011 roku muzyk  wykonuje mieszkankę r&b i muzyki elektronicznej i występuje jako Blood Orange. Piosenkarzowi idzie naprawdę nieźle. Poprzednie trzy krążki z "Freetown Sound" z 2016 roku na czele zostały świetnie przyjęte przez fanów oraz media. Jednak to najnowsze dzieło artysty "Negro Swan" rozniosło system.

      Niespiesznie toczące się utwory z nowej płyty z początku średnio zapadają w pamięć.  Jeżeli ktoś wraca do kawałków z "Negro Swan" to nie ze względu na melodie, ale na wysublimowane brzmienie, piękne, atmosferyczne partie instrumentów elektronicznych ("Dagenham Dream", "Charcoal Baby", "Jewelry") oraz uzależniający głos artysty. Oczywiście atutów "Negro Swan" ma znacznie więcej. Przecież to pojawiające się gdzieniegdzie efektowne partie dęciaków, instrumentów perkusyjnych oraz gitar także przyczyniły się do sukcesu albumu.

      Blood Orange kroczy tą samą ścieżką co The Weeknd w czasach, gdy ten nie był tak bardzo komercyjny. Fani wysublimowanego r&b, soulu oraz popu na pewno za to docenią  "Negro Swan", natomiast do reszty słuchaczy ta wspaniała muzyka może nie dotrzeć. Powodem jest tu brak jakiegokolwiek utworu z potencjałem radiowym. Najbardziej z tej płyty wbija się w mózg pierwszy utwór "Orlando"  nawiązujący do strzelaniny w nocnym klubie dla gejów w Orlando na Florydzie w 2016 roku oraz pobicia Deva Hynesa w autobusie gdy był młody (tak, Blood Orange to artysta poważny i opowiada o rzeczach trudnych). Jednak nawet ten numer nie ma w sobie przebojowości znanej z utworów The Weeknd czy Prince'a, do którego Hynes też jest porównywany.  Oznacza to, że tą muzykę poznają tylko wybrańcy, osoby kochające dobrą muzykę i szukające niebanalnych brzmień w sieci.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      augustc
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 września 2018 21:04

Kalendarz

Październik 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Wyszukiwarka

Tagi

Autorzy

Kanał informacyjny

Katalog Blogów Blooger
NAPISZ DO MNIE:

popmusik@o2.pl
augustc@gazeta.pl
zBLOGowani.pl
Blogi