Menu

Popmusik

Strona o muzyce popularnej

Polecane wpisy 2008-2012

Zdarzyło się wczoraj - Ebeneezer Goode

augustc

any_mountan

Will Sinnott zginął śmiercią tragiczną podczas pływania u wybrzeży kanaryjskiej wyspy La Gonera 23 maja 1991 roku. To był wstrząs dla jego przyjaciół z grupy The Shamen, która parę miesięcy wcześniej osiągnęła nieprawdopodobny sukces artystyczny albumem "En Tact" z 1990 roku. Przy krążku pracowali najwięksi twórcy muzyki elektronicznej ówczesnego pokolenia, począwszy od Paula Oakenfolda, poprzez Grahama Masseya z 808 State, Williama Orbita na członkach grupy Orbital kończąc. "En Tact" przyniósł grupie dowodzonej przez Colina Angusa masę przebojów, z czego największym był zdecydowanie "Move Any Mountain" (zdjęcie powyżej). Członkowie zespołu wybrali się w maju 1991 roku na wyspę La Gonera po to, by nakręcić teledysk do wymienionego wyżej utworu. Śmiertelny wypadek Willa Sinnotta stawił pod znakiem zapytania przyszłość zespołu. Wydawało się, że pierwsze miejsce na amerykańskiej liście tanecznych przebojów utworu "Move Any Mountain" w listopadzie 1991 roku będzie ukoronowaniem oraz zakończeniem kariery jednej z najbarwniejszych szkockich grup w dziejach. Tym bardziej, że niedługo po śmierci Sinnotta zespół opuściła Plavka, najbardziej znana ze współpracy ze słynnym niemieckim duetem Jam & Spoon.

Nic bardziej mylnego. Colin Angus postanowił walczyć dalej. Do pracy nad nowym albumem The Shamen zaciągnął współpracującego wcześniej z zespołem przy "Move Any Mountain" rapera Richarda Westa, znanego bardziej jako Mr.C oraz Jhelisę Anderson. Płyta "Boss Drum" ukazała się w 1992 roku. Efekt przerósł najśmielsze oczekiwania fanów. Album śmiało można uznać za jedną z najlepszych płyt lat 90. "Boss Drum" wypełniają same przeboje, z czego największą furorę na tanecznych parkietach zrobiły singlowe numery "LSI" oraz "Phorever People". Utwory te doszły do pierwszej pozycji na amerykańskiej liście przebojów tanecznych.

kadr z klipu

Jednak największy sukces odniósł taneczny numer "Ebeneezer Goode" - utwór który śmiało można uznać za jeden z najbardziej kontrowersyjnych przebojów w dziejach. Utwór opowiada historię jegomościa o nazwisku Ebeneezer Goode oraz według wielu mediów promuje rekreacyjne spożywanie tabletek ecstasy. Pierwsza część refrenu piosenki "'Eezer Goode, 'Eezer Goode" brzmi jak "E's are good. E's are good". Trzeba dodać, że literą E w miejskim slangu określa się tabletki ecstasy. Tekst piosenki jest więc według niektórych dziennikarzy jedną wielką reklamą spożywanych na imprezach narkotyków. Oczywiście muzycy specjalnie tak napisali tekst piosenki, aby dać ludziom do myślenia i wywołać kontrowersje. The Shamen podeszli do jednego z najtrudniejszych tematów przełomu wieków z przymrużeniem oka, co bardzo nie spodobało się brytyjskim dziennikarzom, szczególnie z telewizji BBC, która zakazała emisji utworu. To co wywołało konsternację konserwatywnej części brytyjskiego społeczeństwa, rozbawiło resztę wyspiarzy.

Jerry Sadowitz

Powyżej kadr z klipu "Ebeneezer Goode". Na zdjęciu aktor Jerry Sadowitz.

Zresztą ciężko było się nie uśmiechnąć oglądając amerykańskiego komika i iluzjonistę Jerry'ego Sadowitza, biegającego po pełnym śmieci pobojowisku w teledysku do tej piosenki. "Ebeneezer Goode" doszedł do 1. miejsca brytyjskiej listy przebojów 19 września 1992 roku i spędził tam cztery długie tygodnie. Traf chciał, że w tym samym czasie, gdy housowy numer szkockiego zespołu trafił na szczyt brytyjskiego zestawienia hitów, w telewizji BBC rozpoczął się tydzień mający uświadomić ludziom, z jakimi zagrożeniami wiąże się branie narkotyków. Szefowie stacji BBC byli wściekli, a Richarda Westa chcieli rozerwać na strzępy po występie zespołu w Top of the Pops. "Ebeneezer Goode" był jednym z najjaśniejszych momentów w historii muzyki dance oraz jednym z symboli minionej epoki, kiedy popularność odnosiły ambitne, niezwykle zapadające w pamięć popowe numery. Dziś o takie numery coraz ciężej.

the_shamen_bbc

Na zdjęciu powyżej: Colin Angus, Richard West.

Lady Gaga - Born This Way

augustc

Lady_Gaga__Born_This_Way

Lady Gaga - Born This Way (2011) Interscope Records

01. Marry the Night – 4:24
    02. Born This Way – 4:20
    03. Government Hooker – 4:14
    04. Judas – 4:10
    05. Americano – 4:06
    06. Hair – 5:06
    07. Scheiße – 3:45
    08. Bloody Mary – 4:04
    09. Bad Kids – 3:50
    10. Highway Unicorn (Road to Love) – 4:15
    11. Heavy Metal Lover – 4:12
   12. Electric Chapel – 4:12
    13. Yoü and I – 5:07
    14. The Edge of Glory – 5:20

Lady Gaga przypomina w pewnym sensie transwestytę Luisa Molinę z filmu "Pocałunek kobiety pająka" w reżyserii brazylijskiego reżysera Hectora Babenco. Bohater filmu Babenco, skazany za niemoralne prowadzenie się, fascynuje przebywającego z nim w celi więźnia politycznego swoim wyglądem i zachowaniem, ale na pewno nie opowiadanymi w kółko historyjkami - Molina w trakcie pobytu w celi próbuje zainteresować współwięźnia opowieściami o nazistowskich i fantastycznych filmach jakie obejrzał w życiu. Stefani Germanotta natomiast trzeci rok z rzędu intryguje odbiorców kontrowersyjnym zachowaniem, strojami oraz teledyskami, a gdzieś w tle jest mało ambitna muzyczka artystki przywołująca echa hitów z lat 80. i 90.

"Born This Way" to najbardziej oczekiwana premiera muzyczna 2011 roku. Pilotujący płytę tytułowy singiel z tego albumu bił rekord za rekordem. Kawałek "Born This Way" w oka mgnieniu stał się najszybciej sprzedającym się utworem w historii serwisu iTunes i przez sześć kolejnych tygodni okupował 1. pozycję na amerykańskiej liście przebojów. Album "Born This Way" również odniósł olbrzymi sukces, jednak słuchając go i mając w głowie pozytywne recenzje w najpoczytniejszych pismach muzycznych można odnieść wrażenie, że powodzenie najnowszego przedsięwzięcia Lady Gagi spowodowane jest tzw. "efektem Moliny". Lady Gaga pasjonuje odbiorców wizualną stroną swojej twórczości, a mniej już samą muzyką. Piosenki o Judaszu, jednorożcach, wyskokach seksualnych amerykańskich prezydentów, a także hymny na rzecz społeczności homoseksualnej nie wzruszają bowiem ani trochę.

Entuzjazm towarzyszący najnowszemu dziełu Germanotty jest więc wynikiem fascynacji mas zjawiskowymi postaciami objawiającymi się cyklicznie w pop kulturalnym gwiazdozbiorze, ponieważ na "Born This Way" są tak naprawdę tylko dwa bardzo dobre kawałki: spokojne, nawiązujące do gotyckiego disco "Bloody Mary" oraz wybitnie dyskotekowe nagranie "Judas" przypominające taneczne hity z pierwszej połowy lat 90. "Born This Way" to na pewno nie jest słaba płyta, ponieważ większość utworów z najnowszego albumu artystka może z powodzeniem zaprezentować podczas koncertów stadionowych, jednak określenie płyta roku zupełnie nie pasuje do tego krążka.

Michael Jackson - ciemna strona mocy

augustc

michaeljackson1

W 1992 roku, po wydaniu czwartego studyjnego super albumu "Dangerous" z 1991 roku Michael Jackson był na absolutnym szczycie. Pod koniec lat 80. media nadały artyście przydomek "Król Popu", z kolei Biały Dom uhonorował piosenkarza nagrodą dla artysty dekady (wyróżnienie wręczył mu sam prezydent USA George H. W. Bush). Media również rozpisywały się o Jacksonie jako nie tylko utalentowanym muzyku, ale także wspaniałym człowieku, wrażliwym na losy świata, czemu artysta miał dać wyraz między innymi za pomocą takich piosenek, jak "We Are the World", "Man in the Mirror" czy "Heal the World", ale również wrażliwym na los drugiego człowieka. Dowodem na poparcie tej drugiej tezy miał być chociażby jeden z najbardziej dopracowanych utworów piosenkarza "Billie Jean", poświęcony psychicznie chorej fance Michaela Jacksona, podającej się za żonę muzyka i nachodzącej artystę w trakcie trasy macierzystego zespołu piosenkarza The Jacksons w 1981 roku.

Media jednak bardzo szybko zmieniły stosunek do muzyka po tym jak gwiazdor został po raz pierwszy oskarżony o molestowanie nieletnich w 1993 roku. Wtedy rozpoczęła się nagonka na wokalistę. Dziennikarze coraz częściej zaczęli zwracać uwagę na zmieniający się kolor skóry piosenkarza, liczne operacje plastyczne, którym się poddawał (według niektórych źródeł Michael Jackson chciał się upodobnić do innej megagwiazdy muzyki pop Diany Ross), a także na fakt, że artysta jest uzależniony od leków przeciwbólowych (po raz pierwszy miał je wziąć po wypadku jaki się przydarzył piosenkarzowi podczas kręcenia reklamówki dla Pepsi – wybuch iskier z jednego ze specjalistycznych urządzeń spalił muzykowi włosy i poważnie poparzył twarz). Co prawda plotkarskie media zawsze w jakiś sposób próbowały dowalić piosenkarzowi (chociażby podając swego czasu do publicznej wiadomości nieprawdziwą informację, że artysta kupił zwłoki Człowieka Słonia), z czego Jackson nie był specjalnie zachwycony - dał temu wyraz chociażby w doskonałych piosenkach "Leave Me Alone" i "Why You Wanna Trip On Me", ale wówczas te ataki znacząco się nasiliły.

Według dziennikarzy Michael Jackson przeszedł na ciemną stronę mocy - stał się wcielonym diabłem, szaleńcem nadmiernie ingerującym we własny wygląd i wykorzystującym nieletnich. W dodatku ego muzyka rozbuchało się niewyobrażalnych rozmiarów. W ramach promocji swojego 9. studyjnego albumu "HIStory" Jackson postawił kilka swoich pomników na świecie, natomiast w trakcie gali rozdania nagród BRIT w 1996 roku podczas wykonywania utworu "Earth Song" Jackson ubrany w białą szatę, otoczony dziećmi, obejmujący parę drzew przypominał Jezusa Chrystusa. Ten występ wywołał oburzenie na sali, zbulwersowany całą tą sytuacją inteligent, lider alternatywnego zespołu Pulp - Jarvis Cocker wybiegł na scenę, wypiął pośladki w kierunku Jacksona, zatańczył i zszedł ze sceny.

Album "HIStory" został średnio przyjęty przez krytyków muzycznych, ale nie ma się co dziwić, w końcu artysta zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko. Jednak znalazło się na nim parę wartych uwagi utworów, między innymi: zawierająca mnóstwo sampli z różnego rodzaju kompozycji oraz wypowiedzi znanych osób piosenka tytułowa, będący efektem kooperacji Jacksona ze słynnym raperem Notoriousem B.I.G. kawałek "This Time Around", przeróbka piosenki grupy The Beatles (której MJ był wielbicielem) "Come Together" oraz zobrazowana wyjątkowo naturalistycznym teledyskiem (w którym wystąpił gwiazdor wraz z żoną Lisą Marie Presley) ballada R&B "You Are Not Alone". Ten ostatni utwór napisany dla Jacksona przez R. Kelly'ego był ostatnim wielkim sukcesem singlowym muzyka w Stanach Zjednoczonych (był to ostatni kawałek gwiazdora, który doszedł do 1. miejsca Billboardu, ostatni, który pokrył się platyną w USA, ale też pierwszy singiel męskiego solisty w historii muzyki rozrywkowej, który zadebiutował na szczycie listy Billboardu) i ostatni wielki sukces artystyczny Jacksona – utwór otrzymał nominację do nagrody Grammy w kategorii piosenka roku.

Późniejsze dokonania muzyczne Króla Popu prezentowały się znacznie gorzej. Kolejna studyjna płyta "Invincible" z 2001 roku została bardzo chłodno przyjęta przez recenzentów, ale nie ma się czemu dziwić - była zdecydowanie słabsza od poprzednich wydawnictw i nie było na niej przeboju na miarę tych z poprzednich płyt. Mimo to zajęła 1. miejsca na listach przebojów w wielu krajach, między innymi w USA i w Wielkiej Brytanii. Jackson bez przeboju poruszającego masową wyobraźnię znów był jednym z najlepiej sprzedających się wykonawców. W tym czasie media po raz kolejny zaczęły podawać do wiadomości publicznej informacje o kolejnych operacjach plastycznych, zabiegach wybielających skórę i uzależnieniach Michaela Jacksona. Wszystko przez to, że skóra gwiazdora stała się trupio blada, artysta wyglądał niezwykle staro, w dodatku odpadł mu poddawany wielu zabiegom chirurgicznym nos. W dodatku w 2003 roku gwiazdor został ponownie oskarżony o molestowanie nieletnich. Ostatecznie sąd wydał wyrok uniewinniający, jednak niesmak pozostał, nawet ławnicy zasiadający w ławie przysięgłych mieli duże wątpliwości.

Michaelowi Jacksonowi niestety nie udało się powrócić na scenę. Artysta zmarł najprawdopodobniej na zawał serca spowodowany najpewniej niechlujnym trybem życia (gwiazdor nadużywał różnego rodzaju leków, alkoholu i najprawdopodobniej narkotyków). Po tej dramatycznej, szekspirowskiej postaci, mającej niejako dwa oblicza: czarne i białe, jasną i ciemną stronę pozostało wiele wspaniałych, iście królewskich hitów, które na zawsze zmieniły bieg historii muzyki popularnej.

Nikt nie był wobec tych przebojów obojętny (wszystkie przeboje można obejrzeć na oficjalnej stronie piosenkarza), nawet artyści wykonujący rocka alternatywnego, między innymi: punkrockowa, niemiecka grupa The Bates, Chris Cornell znany głównie z Soundgarden, Alien Ant Farm, Ian Brown z brytyjskiej grupy Stone Roses (piosenkarz w swoim, flegmatycznym stylu wyśpiewał między innymi utwór "Thriller"), pop punkowy Fall Out Boy, nasz polski Closterkeller, muzycy reprezentujący scenę rap (P. Diddy, The Game, 50 Cent czy nieżyjący już, uznawany za geniusza w swoim fachu, producent J Dilla), a także wspomniani w poprzednim tekście: Eddie Van Halen, Paul McCartney i Stevie Wonder.

Śmierć Michaela Jacksona jest nie tylko smutnym zakończeniem dramatycznej historii niezwykle utalentowanego muzyka, ale również symbolicznym końcem epoki telewizji, która tak naprawdę zakończyła się kilka lat wcześniej. Wszyscy żyjemy już dawno w zupełnie innym świecie, zdominowanym przez inne medium – Internet, które jeszcze swojego króla nie ma, bo on się dopiero rodzi. A kto nim ostatecznie zostanie, pewnie dowiemy się już niedługo, w końcu tron nie może być pusty.

Michael Jackson - jasna strona mocy

augustc

Michael Jackson w czasach największej świetności

Gdy 25 czerwca 2009 roku świat obiegła szokująca wiadomość o śmierci największego gwiazdora muzyki rozrywkowej w historii wiele osób nie mogło w nią uwierzyć. Dużo było takich osób, które wiadomość podaną na łamach plotkarskiego serwisu TMZ.com traktowało jako kolejny chwyt marketingowy mający zwiększyć zainteresowanie piosenkarzem – w końcu za niecałe trzy tygodnie miał się rozpocząć cykl 50 londyńskich koncertów mającym być pożegnanie artysty ze sceną, w planach było też wydanie płyty z nowym materiałem, nagrywanym wraz z szeregiem wykonawców młodego pokolenia, między innymi z liderem będącego na szczycie Black Eyed Peas, Will.i.am'em. Jednak parę minut później informacja została potwierdzona przez poważniejsze media: Los Angeles Times i Associated Press. O godzinie 1:30 czasu polskiego porucznik Fred Corral, koroner miasta Los Angeles w wywiadzie dla CNN powiedział, że artysta zmarł o godzinie 14:26 czasu lokalnego (23:26 czasu polskiego). Nieprawdopodobna, szokująca dla wszystkich wiadomość stała się faktem.

W ciągu ostatnich kilu lat wielu odeszło wielu wybitnych artystów, jednak żaden zgon, nawet śmierć George'a Harrisona, członka The Beatles - najwybitniejszego zespołu w historii muzyki popularnej nie wywołał takiej sensacji. Śmierć Jacksona wzbudziła takie emocje, ponieważ artysta był ikoną popkultury i funkcjonował w masowej wyobraźni tak jak nieistniejący naprawdę bohaterowie komiksowi, czyli jak postać w pewien sposób nieśmiertelna. Michael Jackson nie przypadkowo był postrzegany w ten sposób. Mimo że w mediach mówi się o odejściu utalentowanego muzyka, profesjonalisty w każdym calu, to piosenkarz wspomnianą nieśmiertelność zawdzięczał działaniom na zupełnie innych polach, tj. operacjom plastycznym, zmianie koloru skóry, rewolucyjnym teledyskom, niewiarygodnym spektaklom scenicznym oraz dziwnym, nieracjonalnym zachowaniem (piosenkarz między innymi sypiał z młodymi chłopcami i hodował szympansa na należącym do niego ranczu Neverland).

Michael Jackson wbrew pozorom zostawił po sobie ogromny dorobek artystyczny. Wiele jego nagrań jest wartych poznania, ponieważ jest to prawdziwa klasyka muzyki popularnej, której niestety młodzi ludzie nie znają. Piosenkarz zadebiutował w bardzo młodym wieku w rodzinnym zespole The Jacksons 5. Kapela wykonywała mieszankę muzyki pop, soulu oraz funku, określaną przez dziennikarzy mało zaszczytnym określeniem bubblegum pop. Jednak to dzięki tej formacji muzyk stał się profesjonalistą, doświadczonym o wiele bardziej od niejednego artysty w branży w bardzo młodym wieku. W wieku 20 lat miał na koncie blisko 20 albumów, w tym 4 solowe. Co prawda wczesne dokonania piosenkarza nie są zbyt dobrze oceniane przez krytyków, ale to dzięki nim muzyk niezwykle się rozwinął i mógł już w 1979 roku zaprezentować dojrzały, w głównej mierze taneczny krążek "Off the Wall", doskonale przyjęty przez recenzentów. To dzięki sławie jaką osiągnął z The Jacksons 5 miał szansę współpracować przy produkcji albumu z najwybitniejszymi przedstawicielami muzyki rozrywkowej: Paulem McCartneyem, Stevie'm Wonder'em i Quincy Jonesem. Dwóch pierwszych nikomu nie trzeba przedstawiać, jednak warto zatrzymać się na chwilę przy postaci Jonesa, laureata 27 nagród Grammy (w tym za najlepszy album roku "Back on the Block" z 1989 roku). To legendarny aranżer, kompozytor i trębacz wyprodukował 5. studyjny album Michaela Jacksona, dzięki czemu był to produkt niemalże doskonały w swoim gatunku, zawierający takie taneczne arcydzieła jak: "Don't Stop 'til You Get Enough" czy "Rock with You" – obydwa przeboje doszły do szczyt amerykańskiego Billboardu i sprzedały się w ilości ponad miliona egzemplarzy każdy.

Quincy Jones był też producentem kolejnej płyty artysty "Thriller" z końca 1982 roku, najlepiej sprzedającego się albumu w historii muzyki rozrywkowej (na świecie rozeszło się ponad 100 milionów egzemplarzy tego krążka). "Thriller" był pilotowany przez spokojną, romantyczną balladę "The Girl Is Mine" wykonaną do spółki z Paulem McCartneyem dającą mylne pojęcie o nowym, niezwykle przebojowym i dynamicznym materiale, określanym bardzo często przez krytyków jako najlepszym zestawie piosenek w historii muzyki pop. Album rozpoczyna się tanecznym "killerem", niezwykle rytmicznym "Wanna Be Startin' Something". Na szczególną uwagę zasługuje końcowy fragment funkującego utworu, w którym chórek zaaranżowany przez Jacksona wyśpiewał kilkakrotnie charakterystyczną frazę "Mama-se, mama-sa, ma-ma-coo-sa", zaczerpniętą z twórczości kameruńskiego saksofonisty Manu Dibango (konkretnie z kawałka "Soul Makossa"). Jednak Michael Jackson przy nagrywaniu dzieła inspirował się nie tylko "czarną muzyką", ale też modną na początku lat 80. sceną heavy metalową. To był powód dla którego artysta skontaktował się w trakcie nagrywania albumu z gitarzystą będącej na szczycie formacji Van Halen - Eddiem Van Halenem. Efektem tej kooperacji jest oszałamiający kawałek "Beat It" ze słynnym gitarowym solem Van Halena, nagrodzony nagrodą Grammy w kategoriach: nagranie roku oraz najlepszy wokalny utwór rockowy wykonywany przez mężczyznę. Łącznie muzyk za album "Thriller" i wydawnictwa z nim powiązane zdobył 8 nagród Narodowej Akademii Sztuki i Techniki Rejestracji - 7 w 1984 roku i jedną w 1985 roku za najlepszy, długometrażowy muzyczny film "Making Michael Jackson's Thriller".

Nie można w związku z tym wyróżnieniem nie wspomnieć, że to właśnie Michael Jackson przyczynił się do rozwoju teledysków. Jego teledyski do utworów "Billie Jean", "Beat It" i "Thriller" robiły w pierwszej połowie lat 80. wielkie wrażenie. Szczególnie niesamowite wrażenie robił klip do ostatniego z tych utworów, blisko 14-minutowy, kiczowaty mini-horror wyreżyserowany przez hollywoodzkiego reżysera Johna Landisa ("Blues Brothers", "Amerykański wilkołak w Londynie"). Jednak największym przebojem Michaela Jacksona z 6. studyjnej płyty stał się kawałek "Billie Jean" - pierwszy utwór artysty, który dotarł do 1. miejsca list przebojów w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Opowiadająca o ciemnych aspektach miłości piosenka stała się hitem nie tylko z powodu świetnego wideoklipu, ale również dzięki perfekcyjnej aranżacji, nad którą artysta pracował kilka tygodni (muzyk za wszelką cenę chciał napisać idealną partię basu, w znaczący sposób przyczynił się też do brzmienia syntezatorów w tej piosence). Mordercza praca w studiu nad "Billie Jean" opłaciła się, to za ten utwór Jackson otrzymał dwie nagrody Grammy w kategoriach: najlepszy wokalny utwór R&B wykonany przez mężczyznę oraz najlepsza piosenka R&B. "Billie Jean" była jeszcze nominowana w jednej z najbardziej prestiżowych kategorii - piosenka roku (nagrodę jednak zgarnął Sting za utwór z repertuaru The Police "Every Breath You Take").

Michael Jackson otrzymał jednak nagrodę Grammy za najlepszą piosenkę roku w 1986 roku za utwór "We Are the World". Podniosła, patetyczna pieśń została napisana przez artystę do spółki z Lionelem Richie. Miała ona uświadomić skalę problemu jaką był głód w Afryce Wschodniej. Piosenka nagrana i zaśpiewana przez Jacksona wraz z najwybitniejszymi przedstawicielami amerykańskiej muzyki rozrywkowej, między innymi z Bobem Dylanem, Paulem Simonem, StevieWonderem, Billym Joelem i Bruce'm Springsteenem sygnowana nazwą USA for Africa doskonale spełniła swoją rolę, tj. poruszyła serca i kieszenie Amerykanów.

W latach 80. Michael Jackson wydał jeszcze jeden niezwykle przebojowy krążek, "Bad" z 1987 roku. To właśnie "Bad" jest tym albumem, z którego zostało wykrojonych 5 singli, które doszły do 1. miejsca listy Billboardu (nikomu wcześniej, ani później się ta sztuka nie udała). Co ciekawe największą popularnością ze wszystkich piosenek z "Bad" cieszyła się romantyczna ballada "I Just Can't Stop Loving You" wykonana wraz z piosenkarką Siedah Garrett, tak jak w przypadku "The Girl Is Mine" nic nie mówiąca słuchaczom o albumie jako całości ("Bad" do dnia dzisiejszego jest kojarzony z motorycznymi, wpadającymi w ucho kawałkami w stylu "Dirty Diana", "Bad" czy "Smooth Criminal"). Dziś ten kawałek jest prawie nieznany, a wszystko dlatego, że nie został nakręcony do niego teledysk. To wszystko jeszcze raz tłumaczy nieprawdopodobną popularność Michaela Jacksona – był on produktem w dużej mierze stworzonym przez media, przede wszystkim przez bijącą w latach 80. i 90. stację muzyczną MTV. Później gdy Michael Jackson symbolicznie przeszedł na "ciemną stronę mocy" media będą systematycznie go niszczyć.

DJ Hell - Teufelswerk

augustc

dj_hell__teufelswerk

DJ Hell - Teufelswerk (2009) International DeeJay Gigolo Records

Disc: 1
  1. U Can Dance
  2. Electronic Germany
  3. The DJ
  4. The Disaster
  5. Badyfarm2
  6. Hellracer
  7. Wonderland
  8. Friday, Saturday, Sunday

Disc: 2
  1. Germania
  2. The Angst
  3. The Angst, Pt. 2
  4. Carte Blanche
  5. Nightclubbing
  6. I Prefer Women to Men Anyway
  7. Action (Interlude)
  8. Hell's Kitchen

Helmut Josef Geier, znany bardziej jako DJ Hell nie jest typowym muzykiem, artystą regularnie wydającym płyty, którego utwory można usłyszeć w radiu, a teledyski zobaczyć w telewizji. Jednak DJ Hell to postać niezwykle szanowana, muzyk niesamowicie aktywny, mająca niebagatelny wpływ na kształt współczesnej sceny muzyki elektronicznej. Helmut Josef Geier w głównej mierze zajmuje się didżejowaniem. Artysta sprawuje także pieczę nad założoną przez siebie wytwórnią International DeeJay Gigolo Records, stanowiącą prawdziwą kuźnię talentów muzyki electroclash. To właśnie w założonym przez Geigera gnieździe wykluł się jeden z największych talentów tej sceny – amerykański duet Fischerspooner. Helmut Josef Geier czasem też coś nagrywa. Na rynku pojawiło się kilka studyjnych albumów autorstwa Geiera. Wszystkie zostały okrzyknięte wydarzeniami artystycznymi. Nie inaczej stało się z najnowszym studyjnym dziełem Niemca - monumentalnym, dwupłytowym krążkiem "Teufelswerk", którego tytuł w tłumaczeniu na język polski brzmi „Robota diabła”.

Płytę otwiera najbardziej piosenkowy fragment "Teufelswerk" - utwór "U Can Dance" nagrany do spółki z nieco zapomnianą gwiazdą muzyki pop lat 80.,  wokalistą grupy Roxy Music – Bryanem Ferry. Aczkolwiek określenie piosenka w stosunku do otwierającego album "U Can Dance" nie jest najszczęśliwsze - kompozycja trwa blisko 10 minut, a jej podstawą jest mocny, dyskotekowy bit. Mimo tego, że utwór nie jest w szczególny sposób rozbudowany, nie ma w nim wielu wątków, to nie sposób się nudzić w trakcie jego słuchania – wszystko dzięki tasiemcowatym partiom klawiszy kojarzącym się z twórczością  gigantów sceny elektronicznej - Kraftwerk. Skojarzenia z kapelą z Düsseldorfu są jeszcze większe w trakcie słuchania drugiej kompozycji z "Teufelswerk" – „Electronic Germany”, utworowi, będącemu jednym z najwspanialszym hołdów dla grupy Ralfa Hüttera.

Później przychodzi największe zaskoczenie. Utwór "The DJ" rozpoczyna się od wyjątkowo wulgarnej nawijki autorstwa popularnego rapera P. Diddiego, wykonawcy przebojów: "Can’t Nobody Hold Me Down" i "I’ll Be Missing You" ("motherfucker, don’t be a crowd pleaser, cock sucker, ass kisser, motherfucker dj – play 20 minut version for 2 motherfuckers, who’ll understand it"). Rapowane kwestie Seana Combsa odwracają trochę uwagę od muzyki w tym kawałku, a szkoda, ponieważ kompozycja charakteryzuje się wyjątkową finezją – Helmut Josef Geier dał w "The DJ" upust swoim muzycznym fantazjom prezentując cały zestaw wyjątkowo ciekawych muzycznych wariacji.

Jednak zdecydowanie najlepszym utworem z pierwszego krążka "Teufelswerk", zatytułowanego "Night" jest "Bodyfarm 2", będący efektem kooperacji Dj-Hella z zaprzyjaźnionym artystą Anthonym Rotherem. Ten monotonny kawałek nie byłby tym czym jest bez przetworzonego przez vocoder wokalu, charakteryzującego muzykę Rothera oraz genialnej syntezatorowej wstawki imitującej dźwięk akordeonu. Pozostałe utwory z krążka "Night" również są godne uwagi, aczkolwiek nie zapadają tak w pamięć jak wyżej wymienione utwory.

Druga część "Teufelswerk" zatytułowana, jakżeby inaczej "Day" jest zdecydowanie ciekawsza i bardziej nostalgiczna - DJ Hell odwołuje się w niej do muzyki lat 70., w szczególności do rocka progresywnego. W utworach zawartych na tym krążku jest wiele nawiązań do nagrań Tangerine Dream, Can, Pink Floyd i rzecz jasna Kraftwerk. Zainspirowane muzyką filmową piękne miniaturki: "Carte Blanche", "Nightclubbing" oraz "Action Interlude" wydają się być idealne. Wykastrowana z gitar przeróbka starego hitu space rockowego zespołu Hawkwind "Silver Machine" intryguje, z kolei wielowątkowa kompozycja "The Angst…The Angst Part 2", będąca niczym innym jak prog-rockową suitą, wzorowaną na tych z lat 70., wzbudza podziw. Jednak ze wszystkich kompozycji z "Day" najlepsza jest ta najbardziej oczywista, najbardziej klasyczna, przywołująca ducha Tangerine Dream oraz utworu "Autobahn" grupy Kraftwerk  - "Germania".

"Teufelswerk" nie jest tak wielkim albumem jak to sugerują brytyjscy dziennikarze z "The Guardian" i "NME", aczkolwiek monumentalne wydawnictwo Niemca jest naprawdę godne uwagi. To bardzo ciekawe wydawnictwo DJ-a Hella, nagrane przy udziale wielkich, znanych na całym świecie postaci muzycznej sceny, stanie się najpewniej najbardziej rozpoznawalnym dziełem tego muzyka.

Yeah Yeah Yeahs - It's Blitz!

augustc
yeahyeahyeahs
Najseksowniejsza kobieta rocka i nowy album najlepszego zespołu XXI wieku
 

Amerykańska grupa Yeah Yeah Yeahs jest jedną z najważniejszych kapel obecnej dekady i zdecydowanie najlepszą formacją nurtu tzw. nowej rockowej rewolucji. Zespół wzbudził duże zainteresowanie fanów garażowego grania już pierwszą EP-ką zatytułowaną po prostu "Yeah Yeah Yeahs" z 2001 roku. Niespełna 14-minutowa płytka dotarła do 1. miejsca listy najlepiej sprzedających się albumów indie-rockowych w Wielkiej Brytanii. Półtora roku później ta sama EP-ka została okrzyknięta przez prestiżowy "NME" drugim najlepszym singlem 2002 roku (1. miejsce w tym podsumowaniu zajął singiel "There Goes the Fear" Doves). Już wtedy co niektóre media dosłownie oszalały na punkcie punkowej grupy. Charyzmatyczna wokalistka Karen Orzelek, której sposób śpiewania polega (albo przynajmniej kiedyś polegał) w głównej mierze na krzykach i piskach została utytułowana przez "New Musical Express" najmodniejszą osobą świata, a przez "Vanity Fair" najbardziej intrygującą wokalistką od czasów Debbie Harry z zespołu Blondie. Trzeba przyznać dziennikarzom rację. Yeah Yeah Yeahs dużo zawdzięczają mającej polskie korzenie Karen Orzełek. Ale już wyjątkowo niesprawiedliwe byłoby stwierdzenie, że Karen O całą sławę zawdzięcza ekstrawaganckim strojom, które ma na sobie w trakcie występów, zaprojektowanym specjalnie dla niej przez jej przyjaciółkę - Christian Joy, oraz szokującemu scenicznemu zachowaniu - Orzełek pluje w widownie wodą, piwem i winogronami. Popularność Karen O bierze się z namiętnego, stylowego, seksownego, momentami dość agresywnego wokalu, za który kochają ją fani na całym świecie. Ale Yeah Yeah Yeahs to nie tylko Karen O. To również doskonały bębniarz pochodzenia żydowskiego Brian Chase, uznawany przez dziennikarzy za jednego z najwybitniejszych perkusistów w historii muzyki rozrywkowej oraz gitarzysta Nick Zinner.

Pierwszy studyjny album grupy "Fever to Tell" z 2003 roku był szybkim, mocnym ciosem prosto między oczy. To był absolutny nokaut. W 2003 roku ukazało się wiele dobrych płyt, przede wszystkim "Elephant" The White Stripes - najpopularniejszej grupy nowej rockowej rewolucji czy "Hail to the Thief" kultowego Radiohead. Jednak żadna z tych płyt nie zbliżyła się nawet do poziomu pierwszego długogrającego wydawnictwa Yeah Yeah Yeahs. Hałaśliwy, energetyczny art-punkowy krążek wywołał wielką sensację w świecie muzyki popularnej. Debiutancki album nowojorczyków nie został jednak nagrodzony nagrodą Grammy w kategorii najlepszy album alternatywny. Narodowa Akademia Sztuki i Techniki Rejestracji w USA wolała zachowawczo wyróżnić The White Stripes - kapelę, która sprzedała kilka milionów płyt więcej od Yeah Yeah Yeahs.

Jeżeli album "Fever to Tell" był sensacją, to druga płyta "Show Your Bones" była niekwestionowanym wydarzeniem. Yeah Yeah Yeahs zawsze mieli tendencję do tego, by grać niezwykłe hałaśliwie - jazgotliwe gitary, mocny rytm perkusji i krzykliwy wokal Karen O to znaki rozpoznawalne nowojorskiej grupy. Ale "Show Your Bones" w niektórych momentach było głośniejsze nawet od gniewnego i brudnego debiutu. Pierwsze dwa kawałki: "Gold Lion" i "Way Out" dosłownie wgniatają w ziemię. Ale te utwory mają w sobie niezwykłą przebojowość (wielka w tym zasługa Nicka Zinnera, który wszystko genialnie zaaranżował), przez co nie odczuwa się tak tego ciężaru. Kolejne dwa utwory to dowód na wspomnianą wyżej hałaśliwość - "Fancy" i "Phenomena" są melodyjne, ale żeby odkryć w nich te melodie potrzeba co najmniej kilku przesłuchań. Niesamowity jazgot potrafi zniechęcić nawet najbardziej wytrwałych słuchaczy, ale warto tego słuchać.

Podobnie jak w przypadku pierwszego albumu kapeli na "Show Your Bones" nie ma słabych punktów. Ponadto ma więcej fragmentów skłaniających do refleksji od debiutanckiego dzieła formacji. Na "Fever to Tell" tylko jeden kawałek zmuszał do zadumy - chodzi oczywiście o singlowy, traktujący o miłości, spokojny numer "Maps", uznane przez "NME" za najlepszą alternatywną miłosną piosenkę wszech czasów. Na "Show Your Bones" są dwa co najmniej dwa refleksyjne, spokojniejsze momenty. Bliski muzyce country, folk-rockowy utwór "The Sweets" rozdziera serca słuchaczy swoją dramaturgią. Podobne doznania towarzyszą obcowaniu z "Warrior". Duża zasługa w tym Karen Orzełek, która potrafi śpiewać niezwykle emocjonalnie, w taki sposób, że co bardziej wrażliwym słuchaczom krwawią serca. "Show Your Bones" zdobyło wielkie uznanie krytyków. "NME" nadał albumowi tytuł drugiej najlepszej płyty 2006 roku (pierwsze miejsce było zarezerwowane od samego początku dla Arctic Monkeys za "Whatever People Say I Am, That's What I'm Not", głównie za nowatorską promocję w Internecie), natomiast kapituła przyznająca Grammy znowu wyróżniła Karen O i kolegów nominacją w kategorii najlepszy album alternatywny.

W 2007 roku światło dzienne ujrzała świetna EP-ka "Is Is" z piosenkami napisanymi przez wydaniem "Show Your Bones". Członkowie zespołu jak zwykle zrealizowali 300 procent normy. Otwierający EP-kę "Rockers to Swallow" miażdży odbiorców - to połączenie punkrockowej energii z pierwszego longplaya z siłą tych kilku mocarnych kawałków z drugiej płyty. Uznana przez magazyn "Rolling Stone" za jedną z najlepszych piosenek 2007 roku "Down Boy" to już wyższa szkoła jazdy - art punk, momentami łagodny, delikatny, a chwilami niezwykle mocny. Yeah Yeah Yeahs na poziomie tej płytki nawiązali też kontakt z jednym z najlepszych producentów dekady - Nickiem Launay'em, odpowiedzialnym chociażby za brzmienie trzech ostatnich albumów zespołu Nick Cave & the Bad Seeds czy płyty "Diamond Hoo Ha" Supergrass.

YYY__Its_Blitz
01. Zero - 4:25
    02. Heads Will Roll -3:41
    03. Soft Shock - 3:53
    04. Skeletons - 5:02
    05. Dull Life - 4:08
    06. Shame and Fortune - 3:31
    07. Runaway - 5:13
    08. Dragon Queen - 4:02
    09. Hysteric - 3:50
    10. Little Shadow - 3:57

Nick Launay jest też producentem trzeciej studyjnej płyty kapeli "It's Blitz!". Płyty zupełnie innej od dotychczasowego dorobku formacji. "It's Blitz!" to krążek taneczny. Poza tym nasączony elektroniką do granic możliwości. Yeah Yeah Yeahs z zespołu punkowego przeistoczyli się więc w grupę grającą muzykę pop, aczkolwiek z dużymi ambicjami. "It's Blitz!" oprócz wspomnianego Launaya produkował stały współpracownik nowojorczyków - lider TV On the Radio, David Sitek. Materiałowi z tej płyty blisko do najciekawszych dzieł tzw. ambitnego, alternatywnego popu, czyli dokonań MGMT czy The Killers.


Płytę rozpoczyna podrywający do tańca singlowy numer "Zero", kojarzący się z twórczością Blondie, jak mało który utwór formacji. Silne otwarcie, ale drugi utwór na płycie to "Heads Will Roll" - najbardziej wpadający w ucho kawałek z nowego krążka Yeah Yeah Yeahs, przypominający dokonania innego alternatywnego, amerykańskiego zespołu - Garbage.  Główny motyw klawiszowy wymyślony przez Zinnera, który odstawił gitary na rzecz starego, ledwo działającego syntezatora jest wręcz zabójczy. Słuchając "Heads Will Roll" przypominają się też lata 80. Ten niezwykle prosty, ale w gruncie rzeczy genialny kawałek kojarzy się z synth-popem z początku lat 80. spod znaku Duran Duran, Visage i Ultravox.


"It's Blitz!" nie jest niestety płytą tak idealną jak dwa poprzednie krążki nowojorczyków. Nie najlepsze wrażenie robi nudny, zbytnio rozwleczony utwór "Skeletons", gdzie ładny dream popowy motyw klawiszowy rodem z syntetycznej twórczości Kate Bush został zmarnowany. Na kolana nie powala także "Hysteric"   - to nagranie przypomina schematyczne kawałki irlandzkiego kwartetu U2 z ostatnich lat. A tak poza tym to krążek musi się podobać. Na "It's Blitz!" warto wyróżnić oprócz wspomnianych "Zero" i "Heads Will Roll" tajemniczy, wolno rozkręcający się, rockowy numer "Dull Life", słodką, w głównej mierze fortepianową balladę "Runaway" i niemalże dyskotekowe, podobne do ostatnich dokonań TV On the Radio nagranie "Dragon Queen". Są to zdecydowanie najlepsze momenty  tego znakomitego, godnego uwagi albumu.

Queen - A Kind of Magic

augustc

queen__a_kind_of_magic

Queen - A Kind of Magic (1986) EMI

01. One Vision – 5:11
    02. A Kind of Magic – 4:24
    03. One Year of Love – 4:28
    04. Pain Is So Close to Pleasure – 4:22
    05. Friends Will Be Friends – 4:13
   06. Who Wants to Live Forever – 5:17
   07. Gimme the Prize – 4:35
    08. Don't Lose Your Head – 4:38
    09. Princes of the Universe – 3:34

W 1986 roku zespół Queen znajdował się u szczytu popularności. Formacja funkcjonowała jako ikona hard rocka z lat 70. oraz gwiazda muzyki pop. Swój sukces w latach 80. grupa zawdzięczała zgrabnym radiowym przebojom oraz wielkim, perfekcyjnie wykonywanym koncertom, takim jak występ w Rio de Janeiro w styczniu 1985 roku, gdzie zespół zagrał przed blisko 200-tysięczną publicznością. Wielkim sukcesem medialnym okazał się także występ na charytatywnym koncercie Live Aid, zorganizowanym przez Boba Geldofa na stadionie Wembley w Londynie 13 lipca 1985 roku. Geldof po usłyszeniu wiązanki największych przebojów Queen ogłosił ich koncert najlepszym występem wieczoru. Nic dziwnego więc, że płyta „A Kind of Magic” błyskawicznie zdobyła listy przebojów na całym świecie, dochodząc do 1. miejsca w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Krążek osiągnął też niezły sukces artystyczny, otrzymując w prasie dość przychylne recenzje. Biorąc pod uwagę mieszane uczucia z jakimi dziennikarze przyjęli dwa poprzednie, kontrowersyjne albumy kapeli, był to dość spory sukces, tym bardziej, że „A Kind of Magic” stylistycznie specjalnie nie różni się od "Hot Space" oraz "The Works".

Większość utworów jakie znalazły się na tej płycie powstała z myślą o ścieżce dźwiękowej filmu Russella Mulcahy’ego „Nieśmiertelny”. W filmie nie pojawiają się tylko trzy piosenki z "A Kind of Magic": soulowe, kojarzące się z utworami z wytwórni Motown nagranie „Pain Is So Close to Pleasure”, patetyczny, nadmuchany jak balon utwór „Friends Will Be Friends” oraz otwierająca całość, hard rockowa kompozycja „One Vision”. Muzyków do napisania ostatniego z wyżej wymienionych kawałków zainspirowała idea wspomnianego koncertu Live Aid. Ten utwór rozpoczyna się słowami słynnego przemówienia lidera ruchu praw obywatelskich w USA Martina Luthera Kinga spod Pomniku Lincolna w Waszyngtonie z 1963 roku „I Have A Dream…”, ale kończy się za to tekstem „Just gimme gimme gimme Fried chicken”. Ta końcówka jest dowodem na to, jakimi członkowie Queen byli żartownisiami. Dowodów na powyższą tezę  można by mnożyć, jednak wystarczy tylko wspomnieć o teledysku do utworu „I Want to Break Free”, w którym członkowie grupy przebrali się za kobiety.

Najlepszymi fragmentami płyty "A Kind of Magic" oprócz wspomnianego „Pain Is So Close to Pleasure”, które brzmi jakby zostało nagrane przy udziale czarnoskórych muzyków, są utwory: „One Year of Love”, „Gimme the Prize (The Kurgan’s Theme)”, „Don’t Lose Your Head” oraz najlepszy z całego krążka „Princes of the Universe”. Piosenka „One Year of Love” została napisana przez basistę Johna Deacona i nagrana bez udziału gitarzysty Briana Maya. W jej nagraniu uczestniczyła sekcja smyczkowa, prowadzona przez Lyntona Naifa oraz saksofonista Steve Gregory. Ten delikatny, aksamitny utwór zdecydowanie różni się od trzech pozostałych kawałków. „Gimme the Prize (The Kurgan’s Theme)” to z kolei jeden z najmocniejszych kawałków zespołu z lat 80., przypominający czadowy, gitarowy Queen z płyt „Sheer Heart Attack” oraz „News of the World”. Jeszcze mocniejszy jest energetyczny, heavy metalowy „Princes of the Universe”, w którym zachwycają zmiany tempa oraz wyborna gitarowa solówka Briana Maya. „Don’t Lose Your Head” to natomiast rozpędzone do granic możliwości syntezatorowe cacko. 

Opisując tę płytę nie można zapomnieć o przebojach singlowych. Oprócz „One Vision" dużą popularność zdobyły kawałki: tytułowy, który śmiało można określić jako idealnie skrojony utwór pop oraz majestatyczny, kiczowaty, nagrany wraz z orkiestrą Michaela Kamena numer „Who Wants to Live Forever”. Co prawda ten album nie jest największym osiągnięciem Queen, aczkolwiek obcowanie z „A Kind of Magic” to czysta przyjemność, której nie warto sobie odmawiać.

Coil - Horse Rotorvator

augustc
coil__horse
 
01. The Anal Staircase - 4:01
   02. Slur - 3:30
    03. Babylero - 0:51
    04. Ostia (The Death of Pasolini) - 6:23
   05. Herald - 1:03
   06. Penetralia - 6:10
    07. Ravenous - 3:36
    08. Circles of Mania - 5:01
    09. Blood From the Air - 5:32
   10. Who by Fire - 2:37
    11. The Golden Section - 5:50
    12. The First Five Minutes After Death - 4:45

Dzień Wszystkich Świętych jest dobrą okazją do tego, by wspomnieć tych którzy odeszli, ale także by zastanowić się nad śmiercią. Jest to także dzień, w którym warto przypomnieć sobie klasyczną płytę zespołu Coil "Horse Rotorvator" z 1986 roku, która traktuje o umieraniu jak żadna inna w muzyce rozrywkowej. Członek grupy Peter Christopherson na łamach "Alternative Press" wspominał później, że w czasie nagrywania drugiego albumu grupy na świecie rozpoczynała się epidemia AIDS i przyjaciele członków zespołu zaczęli masowo umierać, dlatego też płyta dotyczy w głównej mierze śmierci.

Wzrok przykuwa już sama okładka albumu "Horse Rotorvator". Wydawać by się mogło, że nie ma bardziej sielskiego obrazka od estrady w londyńskim Hyde Parku. Nic bardziej mylnego. Podobna estrada została wysadzona w powietrze podczas podwójnego zamachu terrorystycznego IRA, który miał miejsce 20 lipca 1982 roku w Hyde Parku i Regent’s Parku. Zdarzenie miało miejsce podczas wojskowej parady. W wybuchach zginęło jedenastu żołnierzy, rannych zostało ponad pięćdziesiąt osób, zginęło też siedem wojskowych koni. Członkowie Coil przyznawali później w wywiadach, że wybór okładki ma związek z tą tragedią. To oczywiście świadoma prowokacja artystyczna zespołu. Dla Brytyjczyków zdarzenie z 20 lipca 1982 roku, było tym samym co atak na World Trade Center z 11 września 2001 roku dla Amerykanów, oczywiście mniejszego kalibru. Do tego wydarzenia odnosi się także doskonały utwór legendy progresywnego rocka Pink Floyd „The Gunner’s Dream” z płyty „The Final Cut” z 1983 roku.

Nie mniej istotny jest tytuł albumu. Lider Coil - John Balance tłumaczył, że mu się on przyśnił. Wyjaśniał, że przyśnili mu się Czterej Jeźdźcy Apokalipsy, którzy zabili swoje konie i użyli ich szczęk do stworzenia wielkiej maszyny poruszającej Ziemię. O tym śnie opowiada też tekst wydrukowany na okładce "Horse Rotorvator". Najbardziej intrygująca jest jednak sama muzyka zawarta na albumie, który według wielu dziennikarzy jest szczytowym osiągnięciem Coil i jednym z najwybitniejszych dzieł muzyki popularnej lat osiemdziesiątych. To także jedna z najbardziej reprezentatywnych płyt muzyki industrialnej, czerpiąca dużo z dokonań Kraftwerk, Can, Tangerine Dream i przede wszystkim Throbbing Gristle, poprzedniej kapeli Christophersona.

"Horse Rotorvator" otwiera zuchwały „Anal Staircase”, który jak nietrudno się domyślić traktuje o seksie analnym między homoseksualistami. W tym miejscu warto dodać, że John Balance i Peter Christopherson byli parą. Oczywiście nie tylko to świadczyło o nonszalancji utworu. Głównym tematem są w nim zniekształcone i puszczone od tyłu sample z baletu „Świeto wiosny” rosyjskiego kompozytora i pianisty Igora Strawińskiego. W tle natomiast słychać odgłosy zaprzyjaźnionego z zespołem geja, który bawi się z synem. Słowem czysta impertynencja, ale to wszystko połączone do kupy stworzyło rewelacyjny efekt, który zachwycił samego Johna Peela, legendarnego prezentera pierwszego programu Radia "BBC".

Następujący zaraz po singlowym „Anal Staircase” numer „Slur” być może hucpiarski nie jest, aczkolwiek charakteryzuje się on łatwo wpadającą w ucho melodią, co daje mu znamiona przeboju, którym nie był. „Slur” przenosi nas do świata arabskiego. John Balance mówił, że utwór traktuje o nim samym, gdy był naćpany odurzającym, słodkim zrobionym z konopii narkotykiem  – madjounem. Gościnnie w tym kawałku zaśpiewał niejaki Raoul Revere, którym okazał się być słynny synthpopowy, brytyjski piosenkarz Marc Almond, znany głównie ze swojej działalności w Soft Cell. Warto dodać, że Coil w 1985 roku przerobili najsłynniejszy utwór Soft Cell „Tainted Love”. Almond śpiewał również w innej piosence z tej płyty „Who by Fire”, która jest coverem piosenki Leonarda Cohena z płyty „New Skin for the Old Ceremony” z 1974 roku. Wymieniony wyżej kawałek ma w sobie coś z klimatu Dead Can Dance, aczkolwiek z mało znanego okresu, gdy zespół fascynował się pieśniami średniowiecznymi.

Porównania do australijskiej grupy nasuwają się także w trakcie słuchania najdłuższego fragmentu płyty „Ostia (The Death of Pasolini)”, który nawiązuje do zabójstwa włoskiego reżysera Pier Paolo Pasoliniego w 1975 roku na plaży w Ostii. To utwór bardzo finezyjny, głównie przez smyki, za które odpowiada Billy McGee. To nie jedyna tak wykwintna piosenka na „Horse Rotorvator”, w „Circles of Mania” słychać sekcję dętą. W tym hedonistycznym utworze pojawia się nawiązanie do innej śmierci - nowojorskiego gangstera Dutcha Schulza (Flegenheimera).

Warto też zwrócić uwagę na najgłośniejszy na albumie „Penetralia”, który może się kojarzyć z utworami Depeche Mode oraz Nine Inch Nails (Coil przyczynił się w dużej mierze do rozwoju muzycznego obydwu grup), a także na „The Golden Section”. Ten drugi utwór tylko pozornie jest zwykłym tworem industrialnym. W „The Golden Section” pojawia się narrator – lektor BBC Paul Vaughan, który czyta esej Petera Wilsona, dotyczący śmierci sufickiego poety Rumiego. Płytę zamyka eksperymentalny utwór „The First 5 Minutes After Death”, będący doskonałym podsumowaniem tej upiornej, ponurej i dosyć szorstkiej całości.

Wolf Parade - At Mount Zoomer

augustc
Wolf_Parade__At_Mount_Zoomer
Wolf Parade - At Mount Zoomer (2008) Sub Pop
 01. Soldier's Grin - 4:37
    02. Call It a Ritual - 2:45
    03. Language City - 5:02
    04. Bang Your Drum - 3:10
    05. California Dreamer - 6:00
    06. The Grey Estates - 3:26
    07. Fine Young Cannibals - 6:31
    08. An Animal in Your Care - 4:19
    09. Kissing the Beehive - 10:52

Nie wiem czy Święty Graal muzyki popularnej istnieje, a jeżeli tak to czy jest on jakimś kielichem. Jestem natomiast pewien, że jeżeli istnieje, to kanadyjska grupa Wolf Parade była w momencie nagrywania albumu „At Mount Zoomer” w jego posiadaniu, przynajmniej przez chwilę.

Formacja z Montrealu zadebiutowała w 2005 roku albumem „Apologies to the Queen Mary” i od razu została okrzyknięta przez krytyków  jedną z największych nadziei indie rocka. Inspiracje kapeli są widoczne jak na dłoni. W twórczości grupy słychać bardzo wyraźny wpływ Spoon, Pixies, Davida Bowiego z czasów „trylogii berlińskiej” oraz przede wszystkim Modest Mouse. Warto w tym miejscu dodać, że lider Modest Mouse - Isaac Brock bardzo pomógł Wolf Parade. Brock wyprodukował debiutancki album Wolf Parade oraz polecił zespół legendarnej wytwórni Sub Pop

Nie przypadkowo w pierwszym akapicie wspomniałem o Świętym Graalu. Liderzy Wolf Parade: Dan Boeckner oraz Spencer Krug śpiewają o nim w ostatnim utworze na płycie „Kissing the Beehive”. Tak jak ww. utwór miał też się nazywać cały album, ale zespół w ostatniej chwili zmienił jego nazwę. Klawiszowiec Spencer Krug tłumaczył później, że członkowie grupy nie chcieli aby płyta nosiła ten sam tytuł co książka Jonathana Carolla „Całując Ul". Podobno członkowie grupy dopiero w ostatniej chwili zorientowali się, że istnieje książka o tytule „Kissing the Beehive”. Jest to bardzo ciekawe, biorąc pod uwagę, że Spencer Krug śpiewa w utworze "Kissing the Beehive" następujące słowa:

Johnathan, Johnathan
Waterfalls are running thin you know
Here's a holy grail for you to hold
Fire in the hole, fire in the hole, fire in the hole”.

Ale czy to naprawdę jest takie ważne? “Kissing the Beehive” to utwór wybitny, trwający całe jedenaście minut, w którym przewija się tyle pomysłów, że można by nimi obdzielić kilka piosenek. Co ciekawe temu utworowi bliżej do dokonań progresywnych zespołów z lat 70.  niż do twórczości topowych artystów indie rockowych. We wspomnianym utworze oraz w większości pozostałych słychać mniejsze wpływy Isaaca Brocka, co słusznie zauważyła recenzentka Pitchforka. Jest to bardzo dobra wiadomość, bo dzięki temu grupa Wolf Parade ma  ciekawszy styl niż na pierwszej płycie.

Jeszcze dwukrotnie na „At Mount Zoomer” Wolf Parade wznoszą się na wyżyny artyzmu. Najpierw w kojarzącym się z utworami Spoon i opartym na motywie fortepianowym „Call It a Ritual”, a później w równie epickim co „Kissing the Beehive”, choć trochę krótszym, bo tylko sześciominutowym utworze „California Dreamer”. Pozostałe numery na płycie również są godne uwagi, aczkolwiek nie są tak znakomite jak trzy wymienione wyżej utwory. „At Mount Zoomer” to jeden z najlepszych albumów roku. Jedyne co nam pozostaje to ekscytować się nowym dziełem Kanadyjczyków i czekać na ich kolejny krążek. Być może w trakcie nagrywania następcy „At Mount Zoomer” muzycy będą mieć Świętego Graala cały czas przy sobie?

Shearwater - Rook

augustc
shearwater__rook
Shearwater - Rook (2008) Matador Records
 
 01. On the Death of the Waters – 3:08
   02. Rooks – 3:21
    03. Leviathan, Bound – 2:52
   04. Home Life – 7:15
    05. Lost Boys – 2:24
    06. Century Eyes – 2:18
    07. I Was a Cloud – 5:12
     08. South Col – 2:35
    09. The Snow Leopard – 5:08
    10. The Hunter's Star – 4:00

Grupa Shearwater powstała w 1999 roku z inicjatywy dwóch multiinstrumentalistów i piosenkarzy: ornitologa Jonathana Meiburga (to tłumaczy nazwę zespołu - burzyk) oraz Willa Sheffa. Z czasem do zespołu dołączyli basistka Kim Burke, wibrafonista i perkusista Thor Harris oraz multiinstrumentalista Howard Draper. Obecnie Shearwater składa się z trzech osób: Meiburga, Burke oraz Harrisa. Shearwater właśnie w obecnym, uszczuplonym składzie osiągnął swój największy sukces - według większości krytyków to akurat najnowszy album grupy „Rook” jest jej najlepszym dziełem. Można było się jednak spodziewać takiej opinii.  Ta niesamowicie zdolna grupa musiała kiedyś zostać zauważona, a teraz jest na to świetny moment, gdyż zespół nie nagrywa już dla prowincjonalnej wytwórni Misra, tylko dla Matadora - jednego z najważniejszych niezależnych wydawców, mającego pod swoimi skrzydłami między innymi takich artystów jak: Belle & Sebastian, Cat Power, Stephen Malkmus, Matmos, The New Pornographers czy Yo La Tengo.

Najnowszy krążek Amerykanów to zdecydowanie jedno z najlepszych wydawnictw muzycznych 2008 roku. Krążek jest jednocześnie dramatyczny i  rozmarzony, ale również trochę zmanierowany. Już otwierający płytę utwór "On the Death of the Waters" robi wielkie wrażenie. Na samym początku Jonathan Meiburg śpiewa w nim jedynie przy akompaniamencie delikatnych dźwięków pianina. Jednak nagle utwór całkowicie zmienia swój charakter i wybucha rockowymi dźwiękami rodem z „The Wall” Pink Floyd. Dwa kolejne utwory są jeszcze lepsze i do tego bardzo przebojowe Tytułowy utwór opowiadający o gawronach oraz następujący po nim, fenomenalny „Leviathan, Bound” to już w tej chwili klasyka łagodnego indie rocka. Warto dodać, że tych dwóch utworów oraz utworu „Red Sea, Black Sea” z ich poprzedniej płyty „Palo Santo” można posłuchać na oficjalnej stronie zespołu.

Pisząc o "Rook" trzeba koniecznie wspomnieć, że album ma dwa oblicza. Pierwsze z nich jest zdecydowanie piosenkowe - na "Rook" znajdują się fantastyczne, zapadające w pamięć soft-rockowe piosenki. Oprócz wspomnianych, przebojowych utworów „Rooks” i „Leaviathan, Bound” znajdują się tutaj bardzo melodyjne soft-rockowe kawałki: „Century Eyes” i „The Snow Leopard”. Drugie oblicze płyty jest natomiast bardziej wyrafinowane, eksperymentalne  i zdecydowanie niepiosenkowe, kojarzące się niewątpliwie z ostatnimi, wybitnymi dziełami grupy Talk Talk. Tak na marginesie niektórym wszystko na „Rook” kojarzy z twórczością Marka Hollisa i kolegów. Jednak nie należy traktować tego podobieństwa jako zarzut, co uczyniła na przykład recenzentka "Tiny Mix Tapes", oceniając najnowszą produkcję Shearwater na 1 w skali od 1 do 5. Nowy album Shearwater powinien być oceniany bardzo wysoko, gdyż jest bardzo intrygujący i melodyjny, a na dodatek "Rook" to mocny kandydat do tytułu płyty roku.

© Popmusik
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci