Menu

Popmusik

Strona o muzyce popularnej

XXXTentacion - wspomnienie

augustc

Xxxtentacion

x

XXXTentacion 1998-2018

W Polsce wyłącznie młodzi adepci rapu wiedzą kim był XXXTentacion. Artysta był wschodzącą gwiazdą amerykańskiego rapu, ale był też jednocześnie jedną z największych postaci na rynku muzycznym. Jego kariera nie zdążyła się rozpocząć na dobre, gdyż 18 czerwca XXXTentacion został  zastrzelony. 20-letni Jahseh Dwayne Onfroy, bo tak naprawdę nazywał się artysta, wybrał się wczoraj do salonu z motocyklami. W pewnym momencie podszedł do niego uzbrojony napastnik i oddał w kierunku młodego gwiazdora kilka strzałów, a następnie odjechał samochodem marki Dodge z przyciemnianymi szybami.

Trzeba przyznać, że życie Onfroya nie było usłane różami. Właściwie jego życie to był jeden wielki skandal, który zakończył się tragicznie. Raper od małego miał problemy z prawem. Jako 6-latek próbował zasztyletować człowieka, który zaatakował jego matkę. Później artysta trafił do poprawczaka. Po wyjściu z zakładu był wielokrotnie zatrzymywany przez policję w związku z licznymi przestępstwami. W końcu w grudniu 2017 roku muzyk został skazany na karę aresztu domowego za napaść na swoją ciężarną dziewczynę i przemoc domową. Raper ją dusił, łamał na jej nogach wieszaki i podtapiał w wannie.
 
XXXTentacion ponadto bez przerwy spinał się z innymi artystami. Rok temu fani rapu emocjonowali się konfliktem X'a z Robem $tonem. Konflikt tej dwójki trwał kilka miesięcy, a jego kulminacja nastąpiła w czerwcu ubiegłego roku - podczas koncertu X'a Stone wtargnął na scenę i go powalił. Po tym ataku wystąpiło ogromne zamieszanie. Warto dodać, że Stone gdyby mógł to wtedy zabiłby XXXTentaciona. 

Onfroy jak przystało na kontrowersyjnego artystę sikał też na pomniki. Bez zmrużenia okiem opowiadał, że jest zdecydowanie lepszym raperem od 2PACA i prosił, aby go z nim nie porównywać. XXXTentacion w ciągu swojego krótkiego życia pokłócił się też z Drakiem - artysta atakował Drizzy'ego za kopiowanie stylu.

Trzeba jednak przyznać, ze pomimo wszystkich wad i kontrowersji XXXTentacion był świetnym artystą. Spektakularne koncerty rapera, w czasie których skakał na publiczność z balkonu albo był w nią rzucany przez swoich ochroniarzy były uznawane za jedne z lepszych rapowych show ostatnich miesięcy. Wśród melomanów zostanie jednak zapamiętany jako autor rewelacyjnej płyty "?" z marca br., zawierającej krótkie, około 2-minutowe kawałki, zainspirowane nie tylko rapem sprzed lat, ale również twórczością Kurta Cobaina, Papa Roach oraz ... Coldplay. Album "?" zadebiutował na 1. miejscu amerykańskiej listy przebojów i do dnia dzisiejszego utrzymuje się w czołówce najlepiej sprzedających się płyt w tym kraju. 

Anne-Marie - Speak Your Mind

augustc

AnneMarie__Speak_Your_Mind

Anne-Marie - Speak Your Mind (2018) Major Tom's

01. Cry – 4:31
    02. Ciao Adios – 3:19
   03. Alarm – 3:25
    04. Trigger – 3:13
    05. Then – 3:34
    06. Perfect – 3:53
    07. Friends (with Marshmello) – 3:22
   08. Bad Girlfriend – 3:26
   09. Heavy – 2:52
   10. 2002 – 3:06
    11. Can I Get Your Number? – 3:20
   12. Machine – 4:07

AnneMarie_singer

annemarie_na_koncercie

 

Prawdopodobieństwo, że album "Speak Your Mind" nie okaże się hitem było praktycznie żadne. Jest to co prawda debiutancka płyta Anne-Marie Nicholson, ale połowę tego krążka znało kilkaset milionów ludzi na kilka miesięcy przed jego premierą. Utwory z albumu "Speak Your Mind" były regularnie prezentowane w stacjach radiowych od 2016 roku.

Na pierwszy ogień poszedł zdominowany przez brzmienie instrumentów elektronicznych "Alarm", który sprzedał się w ilości ponad 600 tysięcy kopii w samej Anglii! Jak się okazało Anne-Marie dopiero się rozkręcała. Później zostały wydane: mający korzenie w jamajskiej muzyce, żwawy numer "Ciao Adios", emocjonalna ballada "Then" oraz oparty na mocnym tanecznym bicie od Marshmello (facet z kubłem na głowie na ostatnim zdjęciu) kawałek "Friends". Te utwory również zdobyły wielką popularność i zasłużone uznanie recenzentów.

"Speak Your Mind" był więc skazany na sukces i go osiągnął, aczkolwiek popularność krążka nie jest tak duża jak można było się tego spodziewać. Przyczyną tego może być to, że piosenki Anne-Marie stały się oklepane aż do obrzydzenia - "Friends" i "Alarm" były wałkowane przez didżejów na okrągło, a w Spotify te kawałki biły rekordy popularności.

Płyta "Speak Your Mind" robi na pewno większe wrażenie niż większość podobnych wydawnictw z ostatnich miesięcy, ale nie powala na łopatki. Na pewno jej mankamentem jest zbyt duża przepaść pomiędzy utworami singlowymi a pozostałymi kawałkami, które nie zapadają szczególnie w pamięć, chociaż złe nie są. Na koniec można tylko pogratulować Anglikom, że dorobili się kolejnej uzdolnionej piosenkarki, prezentującej wesołą, taneczną muzykę pop.

Courtney Barnett - Tell Me How You Really Feel

augustc

Courtney_Barnett

Courtney Barnett - Tell Me How You Really Feel (2018) Milk!

 01. Hopefulessness – 4:48
    02. City Looks Pretty – 4:42
    03. Charity – 4:10
    04. Need a Little Time – 3:58
    05. Nameless, Faceless – 3:15
    06. I'm Not Your Mother, I'm Not Your Bitch – 1:50
   07. Crippling Self-Doubt and a General Lack of Confidence – 2:48
   08. Help Your Self – 3:02
    09. Walkin' on Eggshells – 4:01
   10. Sunday Roast – 4:44

Pojawienie się Courtney Barnett na scenie muzycznej było istnym trzęsieniem ziemi. Debiutancka studyjna płyta australijskiej piosenkarki "Sometimes I Sit and Think, and Sometimes I Just Sit" zdobyła serca wszystkich fanów dobrej rockowej nuty i to w większości przypadków przy pierwszym przesłuchaniu. Warto przy tym wspomnieć, że artystka dostała za ten album wiele wyróżnień, w tym nominacje do prestiżowych nagród Grammy oraz BRIT.

Courtney Barnett błyskawicznie zdobyła uznanie słuchaczy oraz ludzi z branży, jednak wszyscy szybko o niej zapomnieli. Wydany w zeszłym roku ciekawy, gitarowy krążek "Lotta Sea Lice" (nagrany do spółki z Kurtem Vile), umknął uwadze wielu melomanów, a ci którzy go przesłuchali momentalnie o nim zapomnieli. Powodem tego była chyba słaba promocja, ale prawdopodobnie też fakt, że dziennikarze radiowi nie poświęcają tej zdolnej artystce uwagi. Wielka szkoda.

Najnowsza, zainspirowana grungem płyta Barnett "Tell Me How You Really Feel" zapewne nie pomoże Australijce w uzyskaniu większej popularności. Ten album to bez dwóch zdań kawał dobrej roboty, aczkolwiek nie może się równać w poprzednimi nagraniami piosenkarki. Wszystkie utwory trzymają poziom (szczególnie pierwszych parę piosenek), ale wystarczy przesłuchać opublikowane nie tak dawno numery "Over Everything" i "Fear Is Like A Forest", aby stwierdzić, że Courtney Barnett stać na dużo więcej.

"Tell Me How You Really Feel" to płyta bez przyszłości, która zapewne już niedługo będzie uznawana za solidną, wartą przesłuchania pozycję, jednakże bez większych fajerwerków. 

Lily Allen - No Shame

augustc

Lily_Allen__No_Shame

Lily Allen - No Shame (2018) Parlophone

01. Come on Then – 3:11
    02. Trigger Bang (feat. Giggs) – 3:32
    03. What You Waiting For? – 3:07
    04. Your Choice (feat. Burna Boy) – 3:42
    05. Lost My Mind – 3:48
    06. Higher – 4:08
    07. Family Man – 3:39
   08. Apples – 3:40
    09. Three – 3:38
    10. Everything to Feel Something – 4:57
    11. Waste (feat. Lady Chann) – 3:31
    12. My One – 2:58
    13. Pushing Up Daisies – 3:45
    14. Cake – 3:28

lily_allen

Lily Allen chce zostać Waszą nową ulubioną piosenkarką. Dacie jej szansę? Angielka nie cofnie się przed niczym, aby Was zadowolić. Wydała właśnie czwarty studyjny album "No Shame", który z miejsca zyskał ogromną aprobatę krytyków muzycznych. Dzieło promuje zdjęciami swojej waginy!

Utrzymany w klimacie elektronicznego popu krążek, jak podkreślają fani oraz sama zainteresowana, znacząco różni się od jej poprzedniego dzieła, przebojowej płyty "Sheezus" z 2014 roku. Lily Allen twierdzi, że poprzedni album wywołał u niej kryzys. Artystka w ogóle nie czuła muzyki z tamtej płyty. Na domiar złego piosenkarce rozpadło się małżeństwo. "No Shame" jest więc w pewnym sensie powrotem Allen do żywych. Najnowszy album wbrew temu co opowiada o nim artystka jest jednak dziełem dość przebojowym, aczkolwiek takich bangierów jak "Smile", "LDN" czy "The Fear" tu nie ma.
 
Nieźle słucha się mających jamajskie korzenie kawałków, szczególnie szybszego "What You Waiting For?" oraz wyjątkowo powolnego i apatycznego "Higher". Romantyczna fortepianowa ballada "Family Man" to utwór, który brzmi niczym klasyk z lat 70. Allen pokazała tu wielką sztukę. Krytycy wskazują na podobieństwo piosenki do twórczości niezapomnianego The Carpenters. Fragmenty kawałka "Trigger Bang" zaśpiewane przez Allen to jedna z najlepszych żeńskich partii wokalnych wydanych w tym roku. Natomiast "Cake" to porcja beztroskiego, nowocześnie brzmiącego r&b.

Reasumując "No Shame" jest bardzo przyjemnym krążkiem z muzyką pop. Jego największym mankamentem jest to, że jest nierówny. Oprócz wymienionych wyżej niezwykle fajnych momentów "No Shame" wypełnia niezasługująca na uwagę muzyczka kojarząca się z radiową papką serwowaną klientom w hipermarketach. Ogólnie jednak jest ok. Lily Allen nie ma się czego wstydzić.

Jonathan Davis - Black Labyrinth

augustc

Jonathan_Davis__Black_Labyrinth

Jonathan Davis - Black Labyrinth (2018) Sumerian

01. Underneath My Skin – 3:46
   02. Final Days – 4:36
    03. Everyone – 2:52
    04. Happiness – 2:57
    05. Your God – 2:49
    06. Walk on By – 3:40
    07. The Secret – 3:31
   08. Basic Needs – 6:14
   09. Medicate – 3:57
    10. Please Tell Me – 4:27
    11. What You Believe – 4:05
   12. Gender – 3:26
    13. What It Is – 3:54

1200pxJon_Davis_Korn_RdelS_2

Gdyby przeprowadzono ankietę i zadano w niej pytanie "kto jest  najbardziej diabelską postacią współczesnej sceny muzycznej" to wiele osób wskazałoby na Jonathana Davisa. Piosenkarz wraz ze swoim zespołem Korn (pisownia stylizowana: KoЯn) od 25 lat gra niezwykle ostro, szokuje publiczność, a przy tym jest popularny niczym członek boysbandu.

Korn w latach swojej świetności, w drugiej połowie lat 90., był zespołem, który jak równy z równym rywalizował na listach przebojów z Backstreet Boys, Rickym Martinem i Britney Spears. Przełomowa płyta grupy "Follow the Leader" z 1998 roku nie tylko zdobyła 1. miejsce listy przebojów w Stanach Zjednoczonych, ale zyskała też status pięciokrotnej platyny w tym kraju. Kolejna płyta "Issues" z 1999 roku okazała się jeszcze większym bestsellerem, a sława zespołu wypłynęła daleko poza granice USA.

Korn zawsze grał niezwykle ciężko. Charakterystyczne dla kapeli były ostre gitarowe riffy, mocna perkusja oraz głęboki bas. Depresyjne i bardzo agresywne  brzmienie świetnie uzupełniało się z szokującymi, wywołującymi skrajne emocje tekstami Jonathana Davisa. Przykładowo utwór "Pretty" ze wspomnianego krążka "Follow the Leader" opowiada o zwłokach dziewięciomiesięcznej dziewczynki zgwałconej przez ojca. "Dead Bodies Everwhere" nawiązuje z kolei do pracy w kostnicy. Oczywiście te utwory powstały po to, aby szokować, ale ich geneza nie jest tak oczywista jak się wydaje.

Jonathan Davis jako młody chłopak uwielbiał horrory oraz wszystko co wiązało się z klimatem grozy. To sprawiło, że zatrudnił się w Biurze Koronera Hrabstwa Kern w stanie Kalifornia. Praca w tak nietypowym miejscu odcisnęła na nim duże piętno. Młodego Jonathana mdliło na sam widok zwłok, jednak po czasie muzyk przyzwyczaił się nieprzyjemnych widoków oraz zapachów i postanowił związać swoją przyszłość z preparacją zwłok. Artysta zapisał się do  specjalnej szkoły dla Pracowników Pogrzebowych i na dobre rozpoczął karierę w Biurze Koronera.

Na szczęście dla fanów muzyki rockowej Jonathana ciągnęło też do show-biznesu. Poza tym przez pracę w kostnicy artystę zaczęły nawiedzać koszmary. To wszystko sprawiło, że porzucił karierę w prosektorium i zaczął grać rocka. To właśnie dzięki doświadczeniom w Biurze Koronera powstały takie numery jak "Pretty" czy "Dead Bodies Everwhere". Ale mroczne teksty Jonathana dotyczą nie tylko jego przeżyć z prosektorium. "Daddy" traktuje o molestowaniu seksualnym, "Fagot" opowiada o przemocy szkolnej, natomiast będący sygnaturą grupy "Falling Away from Me" to utwór o przemocy domowej. Te tematy również nie były obce Jonathanowi Davisowi - jako młody człowiek artysta doświadczył wielu przykrości, które opisywał później w swoich piosenkach.

Od czasu wydania "Follow the Leader" życie artysty stało się bardziej poukładane. Muzyk, który wcześniej miał problemy z używkami, w ogóle nie pije alkoholu i nie bierze narkotyków. Poza tym spełnia się rodzinnie. Jest mężem Deven Davis i ojcem trójki dzieci. Jeżeli chodzi o dawne życie to Jonathan Davis musi zadowolić się horrorami oraz pamiątkami po seryjnych mordercach, które kolekcjonuje z namiętnością maniaka.

Wreszcie przyszedł czas, aby Jonathan wydał coś bez chłopaków z grupy Korn. Wokalista tworzył różne poza macierzystą grupą (napisał ścieżkę dźwiękową do filmu "Królowa potępionych"), jednak debiutancki album artysty "Black Labyrinth" ukazał się dopiero teraz, po ponad 10 latach dłubania w studiu nagraniowym. Trzeba przyznać, że ze względu na markę piosenkarza oraz to, że jest to jego solowy debiut jest to naprawdę duże wydarzenie na rynku muzycznym.

Jonathan Davis zrobił coś co brzmi oczywiście mocno, ale nie jest tak agresywne i drapieżne jak jego dokonania z Kornem. Większy nacisk położony jest tutaj na melodie i aranżację. Było to do przewidzenia dla ludzi znających preferencje muzyczne Jonathana Davisa. Piosenkarz lubi angielską nową falę z Duran Duran na czele, a jego ulubionymi piosenkami Korna są lekkie i najspokojniejsze utwory pochodzące z bogato brzmiącej płyty "Untouchables" z 2002 roku.

W celu stworzenia trochę innego, lżejszego brzmienia wokalista zaprosił do współpracy muzyków z totalnie innych parafii. Na "Black Labyrinth" oprócz Jonathana grają między innymi: basista Miles Mosley, współpracujący wcześniej z Kendrickiem Lamarem i Kamasim Washingtonem, znany ze współpracy z Peterem Gabrielem skrzypek i kompozytor pochodzenia hinduskiego Lakshminarayana Shanka oraz absolutny mistrz gry na duduku (dęty instrument pochodzący z Armenii, posiadający brzmienie zbliżone do saksofonu) Djivan Gasparyan (czyt. Dżiwan Gasparian). Ostatni z wymienionych muzyków, 89-letni Armeńczyk, akompaniujący wcześniej Hanzowi Zimmerowi i Stingowi, wspaniale ubarwił grą nagranie "Final Days", które zyskało dzięki niemu niesamowity pustynny klimat.

"Black Labyrinth"  to płyta na pewno dość dobra, ale nie wywołująca gęsiej skórki. Wszystkie kompozycje z debiutanckiego albumu Jonathana Davisa mają prawo podobać się wielbicielom muzyki rockowej, aczkolwiek po ich przesłuchaniu ma się nieodparte wrażenie, że czegoś tu brakuje. Być może styl jaki wypracowali muzycy na tej płycie wymaga szlifierki? Najlepsze kawałki z płyty - mocniejsze "Underneath My Skin", "What It Is" i "Your God" oraz hipnotyczne i spokojniejsze "Medicate" to kawał dobrej roboty i te utwory zapewne będą się sprawdzać na koncertach, ale nawet one sprawiają niedosyt. Nie są to takie petardy jak "Here to Stay", "Make Me Bad" czy "Narcissistic Cannibal" Korna. 

Podsumowując ten album powinien wzbudzić zainteresowanie tych odbiorców, dla których muzyka Korn jest teraz zbyt ciężka, a którzy mają sentyment do dokonań zespołu z dawnych lat, gdy zespół był u szczytu popularności, a MTV na okrągło bombardowała widzów teledyskami do utworów "No Place to Hide", "A.D.I.D.A.S." czy wspomnianych "Here to Stay" i "Falling Away from Me". "Black Labyrinth" nie jest niestety albumem wybitnym, na miarę tego czym mógłby być, szczególnie biorąc pod uwagę jak długo trwały prace nad nim. Jest to jednak całkiem przyjemne dzieło i dobry prezent dla wielbicieli gotyckiego rocka. Fani makabrycznych tekstów też coś dostali. Numer "Gender" został zainspirowany filmem "Milczenie owiec", a Jonathan pyta się w nim: "Czy mógłbym założyć Twoją skórę, Czy mógłbym dostać ją teraz?"

Pusha T - DAYTONA

augustc

Pusha_T__daytona

 Pusha T - DAYTONA (2018) GOOD

01. If You Know You Know – 3:22
   02. The Games We Play – 2:46
    03. Hard Piano (feat. Rick Ross) – 3:15
   04. Come Back Baby – 3:26
  05. Santeria – 2:56
    06. What Would Meek Do? (feat. Kanye West) – 2:33
    07. Infrared – 2:50

Pusha T atakuje nowym albumem i robi to naprawdę dobrze! Ten utarty do granic możliwości zwrot nie obrazuje jednak tego co się ostatnio stało na rynku i czego jest to przedsmak.

Pusha T czyli Terrence LeVarr Thornton nagrywa muzykę od 1992 roku, czyli od bardzo dawna. Raper do 2010 roku  wraz z bratem Genem Thorntonem tworzył duet Clipse. Po zakończeniu działalności przez zespół Pusha T zdobywa rynek w pojedynkę. "DAYTONA" to jego trzeci album studyjny i zdecydowanie najbardziej znany, mimo że krążek został wydany niedawno, 25 maja br.

"DAYTONĘ" ciężko jednak nazwać albumem studyjnym w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, ponieważ płyta zawiera zaledwie 7 utworów i trwa niewiele ponad 21 minut! To, że tylko tyle muzyki ma zawierać nowy album Pusha T było zamysłem producenta albumu Kanye Westa, który właśnie rozpoczął ofensywę na rynek muzyczny. "DAYTONA" ma być pierwszym z pięciu albumów wyprodukowanych przez Westa i wypuszczonych na rynek podczas tegorocznych wakacji. Bardzo istotne w tym wszystkim jest to, że każdy z tych pięciu albumów ma zawierać tylko 7 utworów.

Trzeba przyznać, że wytwórnia Westa rozpoczęła natarcie od naprawdę mocnego uderzenia. "DAYTONA" wyróżnia się nie tylko tle innych wydawnictw hip-hopowych. Zapadające w pamięć sample, ładne melodie, dobre flow raperów i przede wszystkim wizja, żeby wszystkie elementy spoić w jedną, zadowalającą słuchaczy całość to oczywiste atuty tego krążka. Jakby tego było mało po przesłuchaniu "DAYTONY" zapomniane kawałki: "Drugs" Lil' Kim i "Hail Mary" 2PACA, a także "Heart of the Sunrise" progresywnej grupy rockowej YES, które Kanye West z Pushą T zsamplowali na powrót wydają się intrygujące.

Pomimo dużej klasy wszystkich numerów na płycie zdecydowanie najbardziej w pamięć zapadają "If You Know You Know" oraz "Santeria". Pierwszy z nich jest oparty na genialnym i nie dającym pozbyć się z głowy samplu z kawałka "Twelve O'Clock Satanial" bardzo zapomnianej jazzowej grupy Air (nie mylić z francuskim duetem Air grającym muzykę elektroniczną).  "Santeria" to z kolei numer z uduchowionym refrenem śpiewanym w języku hiszpańskim przez młodziutkiego rapera z New Jersey, 070 Shake'a, opowiadający o śmierci przyjaciela Pusha T- De'Vona Picketta. Warto w tym miejscu dodać, że Santeria jest kubańskim kultem wykorzystującym media i przepowiednie do kontaktu z duchami oraz innymi bóstwami.  

Cóż więcej pisać - "DAYTONA" to bardzo dobry krążek z wielkimi momentami, którego warto posłuchać. Wielbiciele hip-hopu będą mieli w tym przypadku co odkrywać, bo chociaż krążek trwa tylko 21 minut to jest bardzo bogaty lirycznie, tak jak zresztą większość wydawnictw hip-hopowych. Niektórych może szokować okładka krążka, na której znajduje się zdjęcie łazienki Whitney Houston z 2006 roku w okresie szczytu uzależnienia artystki od narkotyków, ale tak naprawdę szum wokół tej fotografii jest przesadzony. Warto raczej zainteresować się zawartością krążka niż jego okładką.

Chvrches - Love Is Dead

augustc

Chvrches__Love_is_Dead

CHVRCHΞS - Love Is Dead (2018) Glassnote

 01. Graffiti – 3:38
    02. Get Out – 3:51
    03. Deliverance – 4:12
    04. My Enemy (featuring Matt Berninger) – 3:53
   05. Forever – 3:44
    06. Never Say Die – 4:23
   07. Miracle – 3:08
    08. Graves – 4:43
    09. Heaven/Hell – 5:05
    10. God's Plan – 3:31
    11. Really Gone – 3:11
   12. ii – 1:09
    13. Wonderland – 4:35

chvrches_1

chvrches2

lauren_chvrches3

W opinii wielu najnowszy album szkockiego zespołu Chvrches jest pozycją wyjątkowo cool, idealną na falę upałów, która niedawno ogarnęła Europę.

Zespół dowodzony przez uroczą Lauren Mayberry istnieje od 2011 roku i w tym czasie udało mu się zaskarbić sympatię nie tylko dziennikarzy muzycznych (kapela była nominowana do takich nagród jak Sound of... , BRIT i NME Awards), ale też fanów na całym świecie. To, że Chvrches zdobędą 1. miejsce w rodzinnej Szkocji (dzięki płycie "Every Open Eye" z 2015 roku) było więcej niż pewne, ale popularność muzyków wykroczyła daleko poza granice Wielkiej Brytanii - Chvrches albo jak wolą artyści CHVRCHΞS świetnie poradzili sobie na listach przebojów w Australii, Kanadzie i Stanach Zjednoczonych.

Płyta "Love Is Dead" zapowiadała się naprawdę bardzo dobrze. Temat umarłej, zwiędłej albo gnijącej miłości jest stary jak świat i bardzo wdzięczny (warto sprawdzić chociażby wiersz Detleva von Liliencrona "Umarła miłość") więc Lauren Mayberry i koledzy nie powinni mieć problemów z napisaniem tekstów piosenek. Album zapowiadał się dobrze nie tylko lirycznie. Pomimo tego, że zespół istnieje dopiero od siedmiu lat to ci ludzie grają i tworzą muzykę od tak dawna, że powinni wymiatać na swoich ulubionych syntezatorach.

Warto podkreślić, że osoby wtajemniczone bardzo wiele obiecywały sobie po Lauren Mayberry. To nie tylko uzdolniona sopranistka, ale też autorka tekstów piosenek, perkusistka, pianistka, dziennikarka, działaczka LGBT i feministka. Na początku swojej kariery Maybery przerobiła nawet kultowy rap-metalowy utwór Rage Against the Machine "Killing in the Name" (co jest trochę szokujące biorąc pod uwagę, że teraz gra synth-pop). Wokalistka Chvrches jest więc osobą nietuzinkową i można było spodziewać się naprawdę jej najdojrzalszego dzieła, tym bardziej, że artystka niedawno skończyła 30 lat.

"Love Is Dead" spełnia oczekiwania tylko w paru momentach. Naprawdę kozacką, zapierającą dech w piersiach syntezatorową nutę na modłę niezapomnianego duetu Erasure, Chvrches prezentują na nowej płycie tylko w kilku momentach. Pierwszym z nich jest uduchowiony "Deliverance" z melodyjnymi, pięknymi zwrotkami i budującym napięcie przed-refrenem. Zaraz później Chvrches prezentuje jeden ze swoich najmocniejszych ciosów - elektro-popowy "My Enemy" ("Mój wróg") z gościnnym udziałem Matta Berningera z The National (indie rockowy zespół znany w kręgach wielbicieli zespołu Radiohead ze swoich smutnych piosenek). "My Enemy" to rzecz przypominająca bardzo dokonania La Roux, ale Chvrches odwalili tu kawał naprawdę dobrej roboty i mimo stylistycznego podobieństwa do piosenek La Roux's Elly Jackson nie ma się wrażenia, że Szkoci coś skopiowali. Świetnie wypada też mocny, singlowy numer "Miracle" przywodzący na myśl Imagine Dragons, a w szczególności charakterystyczny "Radioactive". Szybka, dyskotekowa piosenka "Graves" ("Groby"), gdzie Lauren Mayberry zmienia się w Katy Perry oraz utwór "Heaven/Hell" nawiązujący do twórczości Paramore to inne mocne momenty nowej płyty Chvrches.

Podsumowując "Love is Dead" jest nieoszlifowanym diamentem, płytą pełną zachwycających dźwięków (muzycy świetnie zagrali na klawiszach w szybkim, kosmicznym "God's Plan" i w metafizycznej miniaturce "ii"), ale też banalnych, oczywistych melodii, co powoduje, że album jest po części nudny. Oczywiście CHVRCHΞS warto poznać, bo to intrygujący zespół i do tego modny, który zapewne da wiele emocjonujących koncertów podczas nadchodzących festiwali muzycznych ("Get Out", "Never Say Die" czy wspomniane "Deliverance" świetnie się nadają na imprezowe harce), ale płyta koniec końców nie powala, a szkoda, bo miała (w końcu pomógł ją nagrać Dave Stewart z Eurythmics).

Jack White - Boarding House Reach

augustc

Jack_White__Boarding_House_Reach

Jack White - Boarding House Reach (2018) Third Man, Columbia, XL

 01. Connected by Love – 4:37
    02. Why Walk a Dog? – 2:29
   03. Corporation – 5:39
    04. Abulia and Akrasia – 1:28
    05. Hypermisophoniac – 3:34
    06. Ice Station Zebra – 3:59
    07. Over and Over and Over – 3:36
    08. Everything You've Ever Learned – 2:13
   09. Respect Commander – 4:33
   10. Ezmerelda Steals the Show – 1:42
    11. Get in the Mind Shaft – 4:13
    12. What's Done Is Done – 2:54
   13. Humoresque – 3:10

180506_JW_NewOrleans_0353533x800

Dziennikarze muzyczni często czują pismo nosem i serwują wyroki zanim dokładnie przesłuchają album. Tak też było w przypadku nowego krążka Jacka White'a "Boarding House Reach". Na długo przed premierą trzeciego studyjnego albumu solowego artysty pismacy snuli przypuszczenia, że będzie to album wielki. Krytycy niczym mistrzowie perfumiarstwa, którzy potrafią wywąchać czy w kalafiorze siedzi glista przed jego rozkrojeniem, zawyrokowali przed przesłuchaniem dzieła, że Jack White wrzuci na rynek coś nadzwyczajnego, co sparaliżuje swoim pięknem wszystkich wielbicieli dobrej muzyki. Dziennikarze mają dobrego nosa, ale ich prognozy się nie do końca sprawdziły, bo chociaż "Boarding House Reach" to płyta, która zadowoli większość słuchaczy doskonała nie jest, a na pewno nie jest wielka jak sugeruje to "NME" (periodyk przyznał White'owi maksymalną ilość gwiazdek za nowe dzieło).

Przede wszystkim Jack White postawił na eklektyzm i nagrał płytę nawiązującą do różnych muzycznych kultur. Oczywiście "Boarding House Reach" to rock jak się patrzy, ale pomysł wzbogacenia piosenek elementami innych gatunków muzycznych był naprawdę dobry. Otwierający krążek utwór "Connected by Love" z hipnotycznym klawiszowym tematem à la The Stranglers to rock w czystej postaci i brzmi jak klasyczny kawałek The Rolling Stones. Powolny i smutny "Why Walk a Dog?" to rzecz przypominająca dokonania Nicka Cave'a i jego zespołu z czasów, gdy panowie hałasowali na gitarach ile wlezie. Dalsza część płyty to już z kolei trochę ekstrawagancja, ale daje obraz tego jakim pomysłowym twórcą jest Jack White. "Abulia and Akrasia" to piękna miniatura kojarząca się z muzyką Ennio Morricone z westernów, "Hypermisophoniac" to psychodelia pełną gębą - utwór pełny dziwacznych elektronicznych dźwięków, mocnych gitarowych brzmień oraz partii pianina kojarzących się z dokonaniami pianisty Mike'a Garsona znanego ze współpracy z Davidem Bowie. Ciężki, funkowy numer "Ice Station Zebra"  z melodeklamacja White'a, "Get in the Mind Shaft", pod którym mogliby się podpisać panowie z Daft Punk oraz ckliwa ballada country "What's Done Is Done" dopełniają obrazu "Boarding House Reach" jako płyty nowatorskiej, eksperymentalnej, nawiązującej do wszystkiego co najlepsze w dzisiejszej muzyce.

Konkludując nowe dzieło Jacka White'a to rzecz bardzo dobra, godna uwagi, ale nie tak  świetna jak przewidywali to specjaliści i jak niektórzy piszą. Na plus należy zaliczyć Jackowi testowanie nowych rozwiązań (chociaż między Bogiem a prawdą ten muzyk zawsze miał bogatą wyobraźnię), które przyczyniły się do powstania ciekawych, świeżo brzmiących utworów blues-rockowych.

Warto dodać, że takie rozwiązania muzyczne w przypadku artystów mogących się pochwalić pewną historią oraz mających pewne dokonania i brzmienie mogą zakończyć się niedobrze. W tym miejscu trzeba przypomnieć Duran Duran, którzy w 1995 zapędzili się tym sposobem w kozi róg. Anglicy nagrali własną wersję przeboju hip-hopowej formacji Public Enemy "911 Is a Joke". Wyszło im to dość dziwacznie. Rapujący Simon LeBon to nie jest coś, co żaden szanujący się fan dobrej muzyki chciałby usłyszeć w radiu. Kontrowersyjna okazała się również płyta "Lulu" Metalliki nagrana do spółki z Lou Reedem, o której recenzenci pisali same niewybredne rzeczy z fekalnymi porównaniami na czele. Jackowi White'owi udało się zrobić coś intrygującego, niezwyczajnego, eksperymentalnego, ale jednocześnie przyjemnie brzmiącego dla dużej grupy odbiorców.

Arctic Monkeys - Tranquility Base Hotel + Casino

augustc

 Arctic_Monkeys__Tranquillity_Base_Hotel

Arctic Monkeys - Tranquility Base Hotel + Casino (2018) Domino

 01. Star Treatment – 5:55
    02. One Point Perspective – 3:29
    03. American Sports – 2:38
    04. Tranquility Base Hotel & Casino – 3:32
    05. Golden Trunks – 2:54
    06. Four Out of Five – 5:12
    07. The World’s First Ever Monster Truck Front Flip – 3:00
    08. Science Fiction – 3:06
    09. She Looks Like Fun – 3:03
    10. Batphone – 4:32
    11. The Ultracheese – 3:38

2018_ArcticMonkeys_ZackeryMIchael920x584

Na najnowszy studyjny album fani Arctic Monkeys musieli czekać wybitnie długo, bo aż pięć lat. Ale członkom zespołu nie ma się co dziwić, że tak długo kazali czekać swoim miłośnikom na nowe nagrania. "Tranquility Base Hotel & Casino" jest bowiem następcą album "AM", który otrzymał nagrodę BRIT w kategorii najlepszy brytyjski album roku i stał się światowym bestsellerem. Grupa więc nie mogła sobie pozwolić na wydanie byle czego.

Przy okazji odsłuchu "Tranquility Base Hotel & Casino" warto przypomnieć sobie pokrótce historię zespołu. Grupa zadebiutowała w 2006 roku i w poprzedniej dekadzie cieszyła się dość dużą popularnością wśród młodych ludzi oraz przychylnością mediów. Jednak niedużo było osób, które wróżyło tej grupie aż tak wielką karierę - Arctic Monkeys na jej początku grali bowiem zwyczajnie brzmiącego gitarowego rocka. Zespół jednakże nie chciał być efemerydą i rozwijał się. Prezentował słuchaczom nowe rzeczy. Oczywiście wszystkie poprzednie płyty są w jakimś stopniu do siebie podobne i nawet laikowi zawsze łatwo było rozpoznać brzmienie Arctic Monkeys i głos Alexa Turnera.

Natomiast "Tranquility Base Hotel & Casino" to już rzecz z zupełnie innej beczki i bardzo odbiega od dotychczasowej twórczości formacji. Przed premierą krążka dużo osób robiło sobie duże nadzieje z nim związane. Zainteresowanie wzmogło się po opublikowaniu serii nowych zdjęć zespołu, który zaprezentował się podczas ostatniej sesji fotograficznej zdecydowanie inaczej niż do tej pory - niezwykle dojrzale i trochę dandysowsko. Wzrok szczególnie przykuwał zarośnięty Alex Turner. W sieci nawet pojawiła się petycja, aby muzyk jak najszybciej ściął brodę i powrócił do starego imażu, ale piosenkarz skwitował to stwierdzeniem, że dziwi się, że ludzie mają tyle wolnego czasu, aby zajmować się jego wyglądem - Turner brody raczej nie zetnie. Włosów chyba też w najbliższym czasie nie skróci. Nowy wizerunek Arctic Monkeys zmusił fanów do myślenia. Część z nich stwierdziła, że zespół wygląda jak Beatlesi, gdy nagrywali Sierżanta Pieprza i tym samym robiło sobie nadzieję na to, że Arctic Monkeys jest w przededniu wydania epokowej płyty.

Rzeczywiście "Tranquility Base Hotel & Casino" jest płytą jedyną w swoim rodzaju. Najnowszy krążek najważniejszej indie rockowej formacji ostatnich lat wypełnia bowiem muzyka, która gitarowym, niekomercyjnym alternatywnym rockiem na pewno nie jest. "Tranquility Base Hotel & Casino" to według krytyków lounge pop i nie sposób się z nimi nie zgodzić. Z uwagi na to, iż lounge music to gatunek muzyczny wywodzący się z popu, swingu, soulu i jazzu, popularny w połowie XX wieku i kojarzony z barami i kasynami hoteli trzeba przyznać, że nazwa płyty jest wyjątkowo adekwatna do zawartości. Jednak Arctic Monkeys średnio poradzili sobie z nagraniem tak nietypowej dla dzisiejszych czasów płyty.

Alex Turner jest generalnie bardzo chwalony za teksty znajdujące się na najnowszym dziele zespołu, dotyczące polityki, konsumpcjonizmu, religii i technologii, jednak jak zauważyli niektórzy słuchacze "piękne teksty czynią muzykę wielką, ale wspaniałe nagrania to przede wszystkim wielka muzyka", której na "Tranquility Base Hotel & Casino" jest niewiele. Większość młodych fanów muzyki gitarowej nie zostawiła na najnoszym dziele Arctic Monkeys suchej nitki i stwierdziła, że "Tranquility Base Hotel & Casino" to coś co się spodoba ich dziadkom podczas gry w bingo i że wygląda to jak zestaw odrzutów z sesji nagraniowych Davida Bowiego, gdy ten śpiewał dziwaczne piosenki o kosmosie.

Jednak aż tak fatalnie nie jest, żeby wystawić Arctic Monkeys zero punktów za ten album. Pomimo dziwacznego konceptu, braku zapamiętywalnych refrenów i rezygnacji z gitarowych riffów te album momentami chwyta za serce. Przyjemnie robi się podczas odsłuchu hipnotycznego i apatycznego kawałka tytułowego, przypominającego twórczość legendarnego zespołu The Stranglers. Jeszcze lepsze wrażenie robią: melodyjny utwór "Golden Trunks" z charakterystyczną gitarową zagrywką i glam-rockowy kawałek "Four Out of Five" nawiązujący do dokonań z lat 70. Davida Bowiego. Miło robi się jeszcze podczas odsłuchu paru innych momentów na płycie, jak np. "Batphone", gdzie wokal Alexa Turnera jest naprawdę nieziemski, a muzycy wytworzyli naprawdę specyficzną, trochę niepokojącą atmosferę.

Na koniec można tylko powiedzieć, że "Tranquility Base Hotel & Casino" to płyta bez przyszłości, albo w sumie raczej taka, której przyszłość jest w barach i holach hotelowych (swoją drogą usłyszeć Arctic Monkeys w poczekalniach hotelowych byłoby naprawdę przyjemnie). Poznać najnowsze dziecko najważniejszego zespołu indie rocka trzeba, ale chyba lepiej znowu katować "I Want It All", "Why'd You Only Call Me When You're High?" i "One for the Road" niż na siłę próbować przekonać się do nowego dzieła Arctic Monkeys.         

Janelle Monae - Dirty Computer

augustc

Janelle_Monae__Dirty_Computer

Janelle Monáe - Dirty Computer (2018) Bad Boy

 01. Dirty Computer (feat. Brian Wilson) – 1:59
    02. Crazy, Classic, Life – 4:46
    03. Take a Byte – 4:07
    04. Jane's Dream – 0:18
    05. Screwed (feat. Zoë Kravitz) – 5:02
    06. Django Jane – 3:10
    07. Pynk (feat. Grimes) – 4:00
    08. Make Me Feel – 3:14
    09. I Got the Juice (feat. Pharrell Williams) – 3:46
    10. I Like That – 3:20
    11. Don't Judge Me – 6:00
   12. Stevie's Dream – 0:46
    13. So Afraid – 4:04
    14. Americans – 4:06

JanelleMonaeGrammys

Janelle Monae, photo by JEWEL SAMAD/AFP/Getty Images


Czy to jest to? - zastanawiają się miłośnicy muzyki oczekujący wielkiego albumu, spoglądający na najnowszą płytę amerykańskiej diwy Janelle Monáe. "Dirty Computer" to najlepiej oceniony przez recenzentów tegoroczny krążek. O tym, że piosenkarka nagra teraz tak dobrze oceniony album dziennikarze największych światowych mediów byli przekonani od dawna. Artystka miała wszystko, aby tego dokonać. Janelle Monáe pojawiła się na rynku w 2003 roku. Nie zdobyła sympatii od razu. Amerykańska piosenkarka musiała długo przedzierać się na szczyt.

Debiutancka EP Janelle Monae zatytułowana "Metropolis: Suite I (The Chase)" z 2007 roku została dość ciepło przyjęta przez krytykę, ale nagrania błąkały się w drugiej setce najlepiej sprzedających się płyt w Stanach Zjednoczonych i szybko wypadły z zestawienia. Jednak artystce pomysłowo łączącej w twórczości pop, czarne brzmienia oraz muzykę psychodeliczną już wtedy zaczęto wróżyć wielką karierę. Ta  rozpoczęła się po wydaniu pierwszej studyjnej płyty The "ArchAndroid". Krytycy byli nią zachwyceni. Piosenkarka została za nią nominowana do nagrody Grammy w kategorii najlepszy album współczesnego R&B (Best Contemporary R&B Album).  Najważniejsze było jednak to, że Janelle Monáe zaczęła się sprzedawać. "The ArchAndroid" zanotował lepszy wynik od debiutanckiej EP-ki o blisko 100 pozycji. Nagrania zadebiutowały na 17. miejscu listy "Billbordu", co jak na tego typu muzykę zostało uznane za dobre osiągnięcie.

Od tego czasu Janelle Monáe nabrała sporego doświadczenia. Nagrywała z największymi: Prince'm, Nilem Rodgersem, Duran Duran, Solange oraz Miguelem. Ma też już na koncie mnóstwo nagród, na czele z nominacją do Grammy w kategorii nagranie roku za utwór "We Are Young" nagrany do spółki z zespołem fun .

Oczekiwania wobec trzeciego studyjnego albumu artystki "Dirty Computer" były ogromne. Krążek dla wielu słuchaczy musiał być petardą, świadectwem dojrzałości, najwyższej próby profesjonalizmem, albumem dopracowanym w najdrobniejszych szczegółach. Czy tak jest w istocie? Czy rzeczywiście jest to tak dobre dzieło jak piszą niektórzy recenzenci i jak tego oczekiwali słuchacze?

Na pewno jest to bardzo mocna pozycja. Słychać to już po pierwszym przesłuchaniu, chociaż na pewno album trochę rozczarowuje, bo nie ma na nim hitu z prawdziwego zdarzenia, który by uczynił z Janelle Monáe jedną z najbardziej rozpoznawalnych gwiazd. Nie ma tu rzeczy na miarę hitów The Weeknd sprzed trzech lat ("Earned It", "The Hills" i "Can't Feel My Face"), które uczyniły z Abla Tesfaye światową gwiazdę. Piosenkarka nie postawiła tym samym kropki nad i. Nie zrobiła tego, bo być może nie chciała być dla wszystkich. Tak więc Janelle Monáe w najbliższym czasie dalej będzie artystką znaną wyłącznie fanom nowoczesnego popu oraz r&b.

Stylowa, energetyczna i zwiewna piosenka "Crazy, Classic, Life" idealnie wprowadza w klimat tego przyjemnego albumu, aczkolwiek nie jest to hit na miarę możliwości Monáe. Jak na numer znajdujący się na samym początku płyty "Crazy, Classic, Life" wręcz rozczarowuje, a rapowane outro tego utworu wręcz zabija komercyjny potencjał piosenki, który i tak jest niewielki. O wiele lepsze wrażenie robią za to zainspirowane funkiem "Take a Byte" oraz "Screwed". To właśnie już podczas odsłuchu tych kawałków słychać jak wielką inspiracją jest dla piosenkarki Prince. Wpływ tego artysty najbardziej widoczny jest w chyba najbardziej zapadającym w pamięć utworze z płyty "Make Me Feel", który jest przez niektórych dziennikarzy porównywany do legendarnego numeru "Kiss". Oprócz tej piosenki największe wrażenie z "Dirty Computer" robią utwory "I Got the Juice" powstały we współpracy z Midasem muzyki pop Pharellem Williamsem, elektroniczny "Pynk" nagrany wraz z Grimes oraz urocza, pościelowa ballada "Don't Judge Me".

Podsumowując "Dirty Computer" to bardzo dobra płyta dla miłośników czarnej nuty, pełna ciekawych smaczków (sampel z piosenki "Pink" Aerosmith wykorzystany w utworze "Pynk") oraz inspirujących tekstów poruszających między innymi tematykę feminizmu oraz wolności. Warto jej posłuchać. Fani tego typu dźwięków odnajdą w nowym dziele Janelle Monáe intrygujący materiał nie tylko do odsłuchu, ale również do różnego rodzaju analiz.

© Popmusik
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci