Menu

Popmusik

Strona o muzyce popularnej

Bezkompromisowość

augustc
polska

1 stycznia 2009 Czechy objęły przewodnictwo UE. W związku z tym w Brukseli w budynku Rady Unijnej zawisła trójwymiarowa instalacja przedstawiająca 27 krajów unijnych. Ekspozycja zatytułowana „Stereotypy są barierami do zburzenia” miała być dziełem 27 artystów z każdego z krajów członkowskich. Jednak wystawa okazała się mistyfikacją, gdyż twórcą instalacji okazał się jeden człowiek, kontrowersyjny czeski rzeźbiarz David Czerny (warto przeczytać  tekst o artyście autorstwa Mariusza Szczygła „Wkurzacz czeski”). Wracając do wystawy okazała się ona niezwykle kontrowersyjna, choć niektórzy określili ją jako skandal, a Czechów oskarżyli o obrazę Unii. Co by tu o niej nie napisać, jedno określenie pasuje do niej jak ulał – bezkompromisowość. Dla przykładu Polska została przedstawiona w niej jako kartoflisko (czyżby to była aluzja do dwugłowego orła, wszakże Wielcy Bracia nie tak dawno temu zostali w pewnym niemieckim brukowcu przedstawieni jako kartofle), w środku którego księża wbijają gejowską flagę. Klerycy wbijający flagę w środek Polski nawiązują z kolei do historycznego zdjęcia upamiętniającego zdobycie przez Amerykanów japońskiej wyspy Iwo Jima w 1945 roku. Czyżby kolejna aluzja, tym razem do naszego bałwochwalczego stosunku w stosunku do USA? Ale nie tylko Polacy poczuli się urażeni. Krzywe miny mieli też między innymi Bułgarzy, których kraj został przedstawiony jako jeden wielki turecki szalet, Niemcy, których państwo jest pokryte siecią autostrad, układających się w swastykę oraz Holendrzy, których kraj został przedstawiony jako tonący w wodzie, nad którą wystają jedynie czubki meczetów. Zdjęcia oraz komentarze z wystawy można zobaczyć na tej stronie. Czerny jest artystą który ma pewną wizję swojej sztuki, jest też niezwykle bezkompromisowy i być może w tym tkwi jego sukces. To samo co o czeskim rzeźbiarzu można napisać też o brytyjskich twórcach z kręgu muzyki alternatywnej: członkach zespołu Portishead oraz Damonie Albarnie. To ich wydawnictwa zostały uznane za niezwykle istotne wydarzenia na rynku muzycznym w roku minionym.

third

Portishead powrócił z niebytu po 11 latach milczenia. Mroczny bristolski trip-hop jaki niegdyś prezentowali miał jednak pewną dozę melodyjności, był w jakiś sposób przyjazny dla słuchaczy. Przecież jeden z ich pierwszych i zarazem największych przebojów, „Glory Box” jest oparty na klasycznym utworze Isaaca Hayesa „Ike’s Rap II” i co by tu pisać, wpada w ucho jak mało co. A „All Mine” , „Humming” czy “Sour Times” to klasyka, grana często w niejednym radiu. Nowa płyta Beth Gibbons i kolegów jest skrajnie niemelodyjna, awangardowa i bezkompromisowa, momentami wręcz szokująca, ale na szczęście dobra. „Third” rozpoczyna niesamowite „Silence”, którego motywem przewodnim są hipnotyczne bębny. Gdzieniegdzie słuchać intrygującą gitarę, smyki,  mowę w jakimś dziwacznym jezyku, a najbardziej zaskakujące jest to, że utwór otwierający album urywa się niespodziewanie, tak jakby muzycy chcieli nas przestraszyć. Coś wywołującego gęsią skórkę jest w elektronicznych balladach, takich jak „Hunter” oraz „The Rip” które w głównej mierze wypełniają trzeci studyjny krążek pochodzących z Bristolu muzyków. Najbardziej paranoiczne są jednak inne utwory: garażowo – krautrockowy „We Carry On” oraz industrialny i hałaśliwy „Machine Gun” przenoszący odbiorców w sam środek konfliktu zbrojnego. Cały ten album jest dla słuchaczy wyzwaniem, które jednak warto podjąć. Od samego początku aż do końca, poprzez folkową miniaturkę „Deep Water” i doskonały, psychodeliczny, wydany na singlu kawałek „Magic Doors” trzyma to wydawnictwo poziom, który osiąga niewielu artystów.
monkey journey to the west
 

Aczkolwiek do tej skromnej wspomnianej grupki artystów należy jeden z najsłynniejszych rockowych intelektualistów, Damon Albarn, który po rozpadzie swojej macierzystej kapeli Blur, angażuje się w coraz to inne, ciekawe projekty (Gorillaz; The Good, The Bad & The Quuen). Jednym z takich przedsięwzięć jest opera „Journey to the West”, która jest soundtrackiem do przedstawienia „Monkey: Journey to the West”, opartego na powieści z czasów dynastii Ming, opowiadającej o małpie podróżującej na Zachód. Albarn muzyką pochodzącą z Państwa Środka interesował się już wcześniej. Muzyk ma na koncie przecież doskonały utwór „Honk Kong”, aczkolwiek tamten wyczyn można traktować w kategorii eksperymentu, mającego pogodzić chińską melodykę z anglosaskim pojmowaniem ballady Jeszcze wcześniej Albarn nagrał numer „Yuko and Hiro”. Ta piosenka znajduje się na słynnej  płycie Blur „The Great Escape”. Natomiast „Journey to the West” jest czymś więcej. Płyta jest udanym zbiorem krótkich instrumentalnych kawałków i arii śpiewanych po chińsku. Łączenie chińszczyzny, brytyjskiego popu i opery może się wydawać stąpaniem po bardzo niepewnym gruncie, aczkolwiek Albarn, jak przystało na uzdolnionego człowieka renesansu fajnie sobie z tym poradził. Warto spróbować dania przyrządzonego przez głównodowodzącego formacji Blur, zaglądając na jego stronę albo oglądając krótki filmik stworzony przez Jamiego Hewletta, stałego współpracownika Albarna.A najlepiej posłuchać w całości tej niecodziennej płyty, gdyż jest po prostu przyjemna w odbiorze.

Nick Cave & The Bad Seeds - Dig!!! Lazarus Dig!!!

augustc
nick cave and the bad seeds

Nick Cave & The Bad Seeds to zespół doprawdy niezwykły. Od samego początku działalności (1983) aż do chwili obecnej nie dotknął ich kryzys twórczy. Jakby tego było mało notowania Cave’a i złych nasion wciąż rosną. W 2008 roku ukazała się nowa, 14. studyjna płyta zespołu, zatytułowana „Dig!!! Lazarus Dig!!!”.

Przed przesłcuhaniem albumu warto pobieżnie poznać historię zespołu, której znajomość pozwoli słuchaczom dojść do tego, dlaczego muzycy nagrali taki, a nie inny album.

Po rozpadzie australijskiej post-punkowej kapeli Birthday Party dwóch kolegów z tamtego zespołu autor tekstów, wokalista i klawiszowiec Nick Cave oraz multiinstrumentalista Mick Harvey postanowiło działać dalej, aczkolwiek pod innym szyldem, by tworzyć muzykę bardziej wyrafinowaną i finezyjną niż wcześniej. Dokooptowali jeszcze paru ludzi: gitarzystów Hugo Race’a i Blixę Bargelda (lidera ważnej, niemieckiej, eksperymentalnej kapeli Einstürzende Neubauten) oraz basistę Barry’ego Adamsona. W takim składzie jako Nick Cave & The Caveman nagrali swoje debiutanckie EP, „The Bad Seed”. Nazwa zespołu szybko uległa zmianie, jak zresztą skład członków grupy oraz muzyka przez nią prezentowana. Jedynym wspólnym mianownikiem dla wszystkich dotychczasowych wydawnictw jest ich niezmiernie wysoki poziom.

Jednym z punktów zwrotnych w historii kapeli było odejście w 2003 roku jej wieloletniego członka Blixy Bargelda. Wielu zadawało sobie pytanie czy grupa podoła ciężkiemu zadaniu, jakie przed nią postawiono. Niemiec był niezmiernie istotną postacią w The Bad Seeds, nie centralną jak Cave, ale bardzo ważną. Wtedy muzycy nagrali jeden za swoich najlepszych albumów, dwupłytowe arcydzieło „Abbatoir Blues/The Lyre of Orpheus”. Ten surowy, subtelny i niezwykle energiczny album zyskał nie tylko uznanie krytyków (nagroda magazynu MOJO w kategorii album roku 2004), ale też dobrze poradził sobie na listach przebojów, docierając w Wielkiej Brytanii do 11. miejsca na liście albumów, co było dużym komercyjnym sukcesem biorąc pod uwagę specyfikę muzyki Nicka Cave’a & The Bad Seeds oraz to, że wcześniej tylko jednej płycie tej grupy udało się zajść tak wysoko - oczywiście  albumowi „Murder Ballads” z 1996 roku, aczkolwiek jego sukces był efektem znakomitej promocji, która opierała się na kooperacji z jedną z największych gwiazdeczek pop Kylie Minogue. Zespół nagrał z nią piosenkę „Where the Wild Roses Grow”, która zajęła wysokie miejsca na listach przebojów na świecie oraz zgarnęła dwie nagrody Australijskiego Przemysłu Muzycznego, w tym dla najlepszego singla roku.

Sukces „Abbatoir Blues/The Lyre of Orpheus” sprawił, że Cave nabrał wiatru w żagle. Razem z kolegą z zespołu skrzypkiem Warrenem Ellisem skomponował piękną muzykę do filmu „The Proposition”, która otrzymała nagrodę Australijskiego Instytutu Filmowego, Australijskiego Przemysłu Filmowego oraz Australijskiego Stowarzyszenia Krytyków Filmowych. W 2007 zadebiutował garażowy Grinderman, poboczny projekt Cave’a, w którym swój udział mają koledzy z The Bad Seeds: Warren Ellis, basista i gitarzysta Martyn Casey oraz perkusista Jim Sclavunos.

To wszystko co się wydarzyło w ciągu ostatnich pięciu lat miało wpływ na to, co Cave i jego koledzy grają teraz i jaki materiał zaprezentowali. Po pierwszym przesłuchaniu płyta trochę rozczarowuje, ale po kilku przesłuchaniach z całą świadomością i świętym przekonaniem można stwierdzić, że „Dig!!! Lazarus Dig!!!” to jeden z kandydatów do tytułu płyty roku (MOJO po raz kolejny nie miało wątpliwości, że ta nagroda się artystom należy).

Nick_Cave__Dig_Lazarus_Dig

Nick Cave inspiruje się wieloma rzeczami przy pisaniu swoich utworów, aczkolwiek w głównej mierze jest to literatura. W licznych artykułach poświęconych artyście najczęściej pojawiające się hasła to: Dostojewski, Nabokov oraz Pismo Święte. To właśnie Pismem Świętym artysta się inspirował, gdy nadawał tytuł nowej płycie zespołu "Powstań, Łazarzu, Powstań!!!" (Ewangelia J 11,3-7.17.20-27.33.B-45). Jak twierdzi artysta historia największego cudu Chrystusa niegdyś spędzała mu sen z powiek i do dzisiaj wywołuje w nim niejasne emocje. Dlatego też napisał piosenkę o Łazarzu, której postać umiejscowił w Nowym Jorku. Zmartwychwstały Łazarz ma być też dla wszystkich słuchaczy duchowym przewodnikiem po nowej twórczości zespołu, która co przyznał sam artysta nie tak wiele wspólnego z zagadnieniami wiary, przynajmniej nie tyle co dawna. Hałaśliwa partia gitarowa w utworze tytułowym przywołuje klimat dawnych The Stooges , a bliski melodeklamacji śpiew, który na samym początku odrzuca większość słuchaczy przypomina to co robił Eric Burdon z zespołem War w utworze „Spill the Wine” z 1970 roku. To nie jedyne odwołania muzyków do muzyki z lat 60. i początku lat 70. Słychać wpływy Captain Beefharta oraz The Doors. Najdobitniejszym przykładem na wpływ stylu gry klawiszowca The Doors Raya Manzarka na brzmienie tego albumu są kawałki: „Today’s Lesson” oraz „Midnight Man.

Wielu dziennikarzy zauważyło, że grupa brzmi trochę inaczej niż wcześniej, zdecydowanie ostrzej i gitarowo niż dotychczas. Nie sposób się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Na pewno wpływ na to miał, poboczny projekt muzyków The Bad Seeds - Grinderman. „Dig!!! Lazarus Dig!!!” nie jest jednak płytą tak garażową jak „Grinderman” (nawet najostrzejszemu „Albert Goes West” trochę brakuje do bezkompromisowości Grindermana), a ortodoksyjnym fanom, lirycznego wcielenia Cave’a album też powinien przypaść do gustu, bo znajdziemy na niej takie perełki, jak „Hold on to Yourself”, najbliższe balladom z chwalebnej przeszłości „Jesus of the Moon” oraz autobiograficzne „More News From Nowhere, w którym Cave przywołuje duchy kobiet z przeszłości (miss Polly – PJ Harvey, Alina – Anita Lane, Deanna?),  przypominające klimat, genialnego albumu „Tender Pray” (zresztą zbudowane jest to na podobnym do „Deanna” riffie).

To płyta niewiarygodnie równa, trudno jest wyróżnić najlepszy jej fragment. Dla niektórych będzie to wspomniane cudo „Jesus of the Moon”, dla innych bliźniaczo podobne do kawałków z poprzedniego dzieła „Moonland”, a dla jeszcze innych, żwawe, rozpędzone, pełne nadziei, wesołe, „Lie Down Here (&Be my Girl)”. Jakiegokolwiek kawałka by nie wyróżnić, jeden utwór odstaje zdecydowanie od innych. Chodzi o hipnotyczny, klaustrofobiczny kawałek „Night of the Lotus Eaters”, w którym dominującą rolę odrywa nerwowa linia basu, rodem z Quake’a oraz delikatne, ledwo zauważalne świszczenie skrzypiec Ellisa, podkreślające grobowy klimat.

Słowem „Dig!!! Lazarus Dig!!!” to świetny album, który znalazł wielu nabywców. Sprzedaż może nie jest imponująca, ale 4. miejsce na Brytyjskiej Liście Przebojów jest najwyższym w karierze muzyków.

Scars on Broadway - Scars on Broadway

augustc

Scars_on_Broadway

Blizny na Broadwayu. Cóż za intrygująca nazwa dla zespołu rockowego! Aczkolwiek nazwa tego zespołu mogła być jeszcze bardziej interesująca, gdyż jej pomysłodawca Daron Malakian zastanawiał się nad swastykami na Broadwayu. To wszystko przez swastyki, które zdobią latarnie na Broadwayu w Kalifornii. Ale stanęło tylko na bliznach.

Macierzysta formacja Darona Malakiana System of a Down zawiesiła działalność na czas nieokreślony w 2006 roku. Rok później ukazało się debiutanckie dzieło wokalisty SOAD Serja Tankiana „Elect the Dead”. Całkiem niedawno z kolei światło dzienne ujrzała płytka projektu gitarzysty i wokalisty Darona Malakiana Scars on Broadway, w którym maczał palce bębniarz System of a Down John Dolmayan.

Album robi duże wrażenie, tak jak kiedyś „Nevermind” Nirvany, bo do tego dzieła najlepiej porównać tę płytę. „Scars on Broadway” jest prostą kontynuacją tego co System of a Down prezentował na swojej przedostatniej, niesamowicie przebojowej płycie „Mezmerize” z 2005 roku. Nowe kawałki Malakiana są nie tyle równie melodyjne co ostatnie piosenki SOAD, ale są też zdecydowanie lżejsze i co ważne wreszcie nie słychać Tankiana, który w głównej mierze szczeka, a nie śpiewa.

Płytę otwiera szybki i mocny utwór „Serious”, który przypomina dokonania The Clash, aczkolwiek w trochę mocniejszym wydaniu. Dalej mamy wariację na temat „Pretty Woman” Roya Orbisona oraz piosenek Beatlesów z początkowego okresu działalności. Utworek nazywa się „Funny”, a jego ważnym elementem są syntezatory rodem z lat 80. Zresztą muzykom spodobało się ich brzmienie, używają ich tutaj bardzo często, jednak warto pochwalić ich za to, że robią to naprawdę w bardzo umiejętny sposób.

Na płycie „Scars on Broadway” znajdują się przede wszystkim kawałki szybsze, podobne do otwierającego album utworu "Serious" jak: „Stoner-Hate”, „Cute Machines” czy „They Say”. Jednak na debiutanckim albumie Scars on Broadway są także spokojniejsze utwory, przypominające szczytowe osiągnięcia łagodniejszego wcielenia System of a Down („Spiders”, „Aerials”, „Lost In Hollywood”) jak „3005” czy „Whoring Streets”.

Wszystkie piosenki z tej płyty są bardzo dobre. Najlepszym fragmentem tego krążka jest jednak roztańczony „Chemicals”, ponieważ się najbardziej wyróżnia z całości, a ponadto ten utwór to taka mocniejsza wersja Franz Ferdinand, który jest teraz w cenie dzięki albumowi „Tonight: Franz Ferdinand”. Podsumowując Scars on Broadway nagrali jeden z najciekawszych albumów końca roku, który będzie się bardzo liczył w końcowym rozliczeniu.

The Mars Volta - The Bedlam in Goliath

augustc
the_mars_volta__bedlam_in_goliath

Czwartej płycie pochodzącej z Texasu kapeli The Mars Volta towarzyszyło nie lada zainteresowanie. Wszystko przez jedną, niepozorną tabliczkę.

Zespół The Mars Volta powstał w 2001 roku na gruzach nieodżałowanego składu At the Drive-In. Tamta grupa była uznawana za jedną z najciekawszych formacji alternatywnych i art punkowych i co ciekawe do rozłamu w At the Drive-In doszło po ukazaniu się albumu „Relationship of Command”, uznawanego za jedno z najwybitniejszych nagrań przełomu wieków. Omar Rodriguez-Lopez i Cedric Bixler-Zavala, którzy zainicjowali rozłam, tłumaczyli później w wywiadach, że At the Drive-In ich dusiło, i że nie mogli tworzyć i wykonywać takiej muzyki, jaką by chcieli. W ich sercach grał im wczesny Pink Floyd. Dlatego panowie Lopez i Zavala postanowili opuścić zespół i założyć własny - The Mars Volta. Ich koledzy z At the Drive-In zdecydowali się kontynuować działalność, aczkolwiek pod innym szyldem - Sparta.

O ile Sparta nie odniosła dotychczas większych sukcesów, to formacja dowodzona przez Lopeza i Zavalę miała się bardzo dobrze. Ich pierwszy album „De-Loused in the Comatorium” opowiadający o śmierci pochodzącego z Texasu artysty i prywatnie przyjaciela Cedrica Zavali, Julio Venegasa, okazał się sporym sukcesem artystycznym. „De-Loused in the Comatorium” zajął 55. miejsce na liście najlepszych albumów gitarowych wszech czasów, ogłoszonej w 2006 roku przez magazyn Guitar World. Wspomniana płyta odniosła także sukces komercyjny - sprzedała się w ponad 500 000 egzemplarzy na świecie. Liczba sprzedanych płyt może zbyt imponująca nie jest, szczególnie gdy się porówna tę kapelę do innych rockowych kapel, np. Nickelback, ale trzeba wziąć pod uwagę jak bardzo skomplikowaną i mało przyswajalną muzykę gra The Mars Volta.

Później przyszły czasy „Frances the Mute”, najlepszej płyty tego zespołu, które były dla muzyków bardzo łaskawe. Potem nastąpił ostry spadek notowań. Formacja zjechała jak po równi pochyłej. Kolejne płyty spotkały się nie tylko z mniejszym zainteresowaniem, ale też z mniejszą akceptacją. Ale parę tygodni później nastąpił zwrot akcji. Po zakończeniu miksów do trzeciej studyjnej płyty „Amputechture” gitarzysta grupy Rodriguez-Lopez postanowił zwiedzić Bliski Wschód. W trakcie jednej z wycieczek wstąpił do sklepu z antykami, w którym zakupił różne przedmioty kultu religijnego, między innymi wspomnianą na samym wstępie tabliczkę. Nie wiem w jakich kategoriach traktować wyznanie, że ten przedmiot pozwalał komunikować się muzykom z duchami zmarłych, aczkolwiek faktem jest, że właśnie on był główną inspiracją artystów w trakcie pracy nad czwartym longplayem zatytułowanym „The Bedlam in Goliath”. Faktem pozostaje też to, że sesja nagraniowa do nowej płyty nie należała do najprzyjemniejszych. The Mars Volta miała ogromne problemy z obsadą perkusji po rozstaniu z pałkarzem Jonem Theodorem. Grupa nie mogła znaleźć sensownego zastępcy perkusisty. Dla przykładu Deantoni Parks, który z nimi zaczął grać stwierdził, że woli grać razem ze swoją dziewczyną niż z The Mars Volta. Ale to nie wszystko. Grupę spotkały prawdziwe nieszczęścia w trakcie rejestracji materiału, do których można zaliczyć: kontuzję stopy Bixlera-Zavali, problemy zdrowotne basisty Juana Alderete, który zapadł na rzadką chorobę krwi – czerwienicę prawdziwą, załamanie nerwowe inżyniera dźwięku Jona DeBauna, problemy z komputerami, które same z siebie kasowały gotowe nagrania oraz powodzie w piwnicach Lopeza. Wszystko to sprawiło, że w prasie pojawiły się teksty mówiące o klątwie jaką dotknął zespół. Zabobonny Rodriguez-Lopez uznał, że to wszystko jest sprawą tabliczki, którą przywiózł z Izraela, tak więc jeszcze przez zakończeniem prac nad płytą, specjalnie poleciał z powrotem na Bliski Wschód po to, aby tabliczkę, która tak źle działała na zespół zakopać w ziemi. W końcu nagrania dobiegły końca. Efekty można było poznać pod koniec stycznia ubiegłego roku. Oczywiście informacja o klątwie dotarła do mediów. Tym samym grupa The Mars Volta znowu znalazła się w centrum uwagi, tak jak przy okazji premiery albumów „De-Loused in the Comatorium” i „Frances the Mute”, a „The Bedlam in Goliath” stał się jednym z najbardziej komentowanych albumów poprzedniego roku.

Prawdę powiedziawszy ta płyta niczym nie zaskakuje. Historia o tabliczce jest znacznie ciekawsza od tego, co Bixler-Zavala i jego koledzy prezentują w nowych nagraniach. „The Bedlam in Goliath” jest niczym więcej jak średnio-udaną powtórką z rozrywki. To samo można usłyszeć na poprzednich płytach. Otwierający album utwór „Aberinkula” i łączący się z tym kawałkiem „Metatron” mogą troszeczkę intrygować (końcówka pierwszego z nich, czwarta minuta drugiego – spokojniejszy fragment, udane gitary), ale marne to w porównaniu do tego co The Mars Volta robili kiedyś. Jest to szaleńcza, chaotyczna, hałaśliwa i przede wszystkim wtórna gra.

Co innego „Ilyena”, poświęcona doskonałej brytyjskiej aktorce Hellen Mirren. Ten spokojniejszy, funkujący utwór ma to czego nie mają dwa poprzednie utwory, tj. znakomitą, zapadającą w pamięć melodię. Aczkolwiek i tutaj Lopez musiał powydziwiać. Wspomniany kawałek wyraźnie dzieli się na dwie luźno powiązane ze sobą części. W trakcie drugiej słychać przede wszystkim dziwaczne dźwięki rodem z komputerowych gier akcji.

Niezły kawałek „Wax Simulacra” to z kolei singiel promujący wydawnictwo. Krótki, głośny, dziki, z wstawioną wstawką saksofonu, doskonale pokazuje nam czego spodziewać się po płycie. Co ciekawe jest to pierwszy utwór kapeli nominowany do nagrody Grammy w kategorii najlepszy utwór hard rockowy. Aczkolwiek to wyróżnienie jest przyznane zbyt późno. Wrażenie, że panowie otrzymują je za zasługi jest nazbyt wyraźne. O wiele lepsze były poprzednie single: „Inertitic ESP” , „The Widow” i „L'Via L'Viaquez”.

Drugim singlem promującym „The Bedlam in Goliath” jest utwór tytułowy - blisko ośmiominutowy, zeppelinopodobny „Goliath", który tak jak poprzedni singiel  wiernie kawałek odzwierciedla muzykę zawartą na płycie. Niestety ten utwór jest nudnawy. Przede wszystkim jest bardzo wtórny, a to przy tego typu graniu nie jest zaletą, szczególnie w sytuacji, gdy wydawnictw tego rodzaju jest na rynku pod dostatkiem (nie sposób nawet zliczyć wydawanych hurtem nagrań Rodriguez-Lopeza). The Mars Volta kopiują samych siebie jak się tylko da, a znakomitych, zapadających w pamięć fragmentów niestety jest niewiele. Oprócz wymienionej wcześniej „Ilyeny” oraz krótkiego, opętanego „Tourniquet Man”, kojarzącego się między innymi  ze spokojniejszymi kawałkami „Metropolis Pt.2” Dream Theater nie można znaleźć tutaj niczego do czego słuchacze będą chcieli w przyszłości często powracać. Ale tak to już jest. Z dużej chmury mały deszcz.

© Popmusik
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci