Menu

Popmusik

Strona o muzyce popularnej

Noel Gallagher's High Flying Birds - Who Built the Moon?

augustc

Noel_Gallagher__Who_Built_the_Moon

Noel Gallagher's High Flying Birds - Who Built the Moon? (2017) Sour Mash

01. Fort Knox – 3:57
    02. Holy Mountain – 3:54
   03. Keep on Reaching – 3:24
    04. It's a Beautiful World – 5:17
    05. She Taught Me How to Fly – 5:02
    06. Be Careful What You Wish For – 5:40
   07. Black & White Sunshine – 3:41
    08. Interlude (Wednesday Pt. 1) – 2:10
   09. If Love Is the Law – 3:25
   10. The Man Who Built the Moon – 4:28
   11. End Credits (Wednesday Pt. 2) – 2:27

NGR16FR8

NGR18FR6_F2

Gdyby materiał zarejestrowany podczas ostatniej sesji nagraniowej okazał się nieudany Noel Gallagher i jego muzycy znaleźliby się w bardzo niekomfortowej sytuacji. Najnowszy studyjny album legendy brytyjskiego rocka oraz jego kompanów jest czymś więcej niż tylko kolejną w karierze płytą i nie ma to związku z 50. urodzinami Noela. Nagrywanie płyty "Who Built the Moon?" było sprawdzianem umiejętności, a ona sama ma pokazać światu, iż grupa Noel Gallagher's High Flying Birds jest w stanie zaprezentować ludziom coś wartościowego. Odbiorcy mogli bowiem przez ostatnie lata popaść w takie wątpliwości, a wszystko przez  Liama Gallaghera, który skutecznie sabotował działania brata. Liam opowiadał między innymi, że Noel woli otaczać się potakiwaczami, których może zwalniać wedle uznania niż grać w prawdziwym zespole, jest wkurzający niczym Jaś Fasola, a na imprezach charytatywnych występuje tylko dla rozgłosu. Oczywiście zespół Noel Gallagher's High Flying Birds nie ma u Liama zbyt wysokich notowań. Ostatnio żeby dokuczyć bratu Liam na swoim koncercie kazał fanom obierać ziemniaki. To była odpowiedź na dołączenie do koncertowego składu Noel Gallagher's High Flying Birds, Charlotte Marionneau - artystki grającej na ... nożyczkach.

Ataki Liama spowodowały, że ludzie zaczęli postrzegać Noela jako nieprzyjemnego, zarozumiałego, chytrego, denerwującego i mało już twórczego rockowego dinozaura. "Who Built the Moon?" oraz nadchodząca trasa koncertowa ma więc pokazać Noela z tej lepszej, kreatywnej strony i zdobyć sympatię ludzi słuchających Liama niczym wyroczni. Już po pierwszym przesłuchaniu nowej płyty Noela można powiedzieć, że pierwsza część planu się powiodła. Noel Gallagher's High Flying Birds nagrali bardzo dobrą płytę, znacznie różniącą się od typowych piosenek Oasis, z których Noel jest najbardziej znany. Przede wszystkim trzeci studyjny album kapeli jest dziełem psychodelicznym, bardziej niż jakiekolwiek inne nagrania braci Gallagher. Oczywiście tę płytę można zestawić przede wszystkim z nagraniami Arctic Monkeys, Paula Wellera, Richarda Ashcrofta czy też Stereophonics, ale jej korzenie sięgają właśnie rocka psychodelicznego z lat 60., co dla wielu będzie miłą odmianą, a dla ludzi kochających Love, The Mothers of Invention czy The Jimi Hendrix Experience może być czymś niezwykle ekscytującym.

Już sam początek tej płyty robi niezłe wrażenie. Hipnotyczny, bardzo bogaty brzmieniowo, z żeńskimi wokalizami i powtarzanym jak mantra tekstem "Trzymaj się. Musisz wziąć się w garść" numer "Fort Knox" świetnie wprowadza w klimat "Who Built the Moon?", a dalej już jest tylko lepiej. Zaraz po nim na płycie znajduje się wybrany na singiel dance-rockowy kawałek "Holy Mountain" z wyraźnie zaznaczoną partią dęciaków, który przypomina szaloną glam-rockową muzykę lat 70. Innymi fragmentami płyty, które łatwo zapamiętać są: oniryczny i przypominający o niegdysiejszej współpracy Gallaghera z The Chemical Brothers utwór "It's a Beautiful World", dynamiczny numer "She Taught Me How to Fly", wolno rozwijające się i ciężkie nagranie "Be Careful What You Wish For" oraz przypominający muzykę filmową, najlepszy na krążku, numer tytułowy. Potężne symfoniczne brzmienie, duża dawka psychodelii oraz niedająca spokoju melodia czynią z "The Man Who Built the Moon" utwór wyjątkowy, którego fani z utęsknieniem będą wyczekiwać na koncertach.

Czy "Who Built the Moon?" jest najlepszym albumem Noela Gallaghera po rozpadzie Oasis? Być może. Dużo da się z niego zapamiętać i przede wszystkim daje przyjemność słuchaczom. O tym drugim twórcy z kręgu muzyki alternatywnej często zapominają. Jednak "Who Built the Moon?" przegrywa z debiutanckim dziełem Noel Gallagher's High Flying Birds na pewno pod jednym względem - nie ma tu takich perełek jak "Everybody's on the Run", "Dream On" czy "AKA... What a Life!".    

Mike Oldfield - Return to Ommadawn

augustc

Mike_Oldfield__Return_to_Ommadawn

Mike Oldfield - Return to Ommadawn (2017) Virgin EMI


  01. Return to Ommadawn Pt. I – 21:10
    02. Return to Ommadawn Pt. II – 20:57

Mike_Oldfield_z_psem

Ten niepozornie wyglądający starszy pan na tym sielskim obrazku jest jedną z największych postaci współczesnej muzyki. Mało tego. To jedna z największych gwiazd światowego rocka. Zdjęcie z psem przedstawia bowiem Mike'a Oldfielda, który już jako 20-letni młodzian zmienił bieg muzyki rozrywkowej. Twórczość Oldfielda znają wszyscy. Może nie każdy kojarzy to nazwisko, ale jeżeli u kogoś w domu znajdowało się kiedykolwiek radio to musiał słyszeć takie piosenki jak: "Moonlight Shadow", "Five Miles Out", "Family Man","To France" czy "In High Places". Z powodu tego powodzenia niektórzy nazywają Oldfielda celtycką Madonną albo Elvisem New Age'u, choć z tymi artystami nie ma on absolutnie nic wspólnego.

Ostatnie lata na pewno nie należały do najlepszych w karierze muzyka. Co prawda Oldfield otwierał Igrzyska Olimpijskie w Londynie, ale jego ostatnie płyty sprzedawały się marnie, a krytycy wyżywali się na nim ile wlezie, głównie z powodu wtórności jego dokonań. Nawet najwięksi fani Brytyjczyka muszą przyznać, że co jak co, ale Oldfield lubi się powtarzać jak mało kto. Przykładowo swoje najsłynniejsze dzieło "Dzwony rurowe" muzyk prezentował fanom kilka razy. Oprócz trzech części "Tubullar Bells" na rynku pojawiły się płyty: "Tubular Bells 2003", "The Orchestral Tubular Bells", "The Best of Tubular Bells" oraz Tubular Beats", czyli "Dzwony rurowe" w wersji trance. Dużo dziennikarzy muzycznych nie mogło tego przeboleć. Przykładowo zmarły niedawno Robert Sankowski z "Gazety Wyborczej" w artykule poświęconym Oldfieldowi żartobliwie nawiązał do zombi, a reszta pismaków stwierdziła, że wszystko co robi ten artysta jest wyjątkowo odtwórcze i niegodne uwagi.

Może dlatego album "Return to Ommadawn" pojawił się na rynku niepostrzeżenie. Nie było fanfar ani fajerwerków. Ten krążek wszedł do sklepów jakby tylnym wejściem. Zresztą jak się słucha tej płyty ma się wrażenie, że nie jest to nowe dokonanie muzyka, tylko jedno ze starszych dzieł Oldfielda. Bowiem składający się z dwóch dwudziestominutowych, instrumentalnych suit album bardzo przypomina dzieła Anglika z lat 70., oczywiście z "Ommadawn" na czele, gdyż w zamyśle autora ten krążek ma być do niego sequelem. Wielu krytyków nie jest zbytnio zachwyconych tym dziełem, jednak fani artysty będą szczęśliwi, ponieważ znajduje się tu wszystko za co kochali do tej pory Mike'a, tj. piękne folkowe dźwięki, żywiołowe solówki zagrane na gitarze elektrycznej, celtycki klimat, potężne bębny oraz żeńskie wokalizy rodem ze średniowiecznych legend. "Return to Ommadawn" chyba nie może się równać z wielkimi dziełami Oldfielda z lat 70., ale to bardzo dobra płyta art-rockowa, której się znakomicie słucha, gdyż pięknie nawiązuje do tego co było najlepsze w muzyce popularnej lat 70.

Björk - Utopia

augustc

Bjork__Utopia

Björk - Utopia (2017) One Little Indian Records


    01. Arisen My Senses – 4:59
   02. Blissing Me – 5:05
    03. The Gate – 6:33
   04. Utopia – 4:42
    05. Body Memory – 9:46
    06. Features Creatures – 4:49
   07. Courtship – 4:44
  08. Losss – 6:51
    09. Sue Me – 4:57
    10. Tabula Rasa – 4:42
    11. Claimstaker – 3:18
   12. Paradisia – 1:44
   13. Saint – 4:41
   14. Future Forever – 4:47

BJORK_PRESS_1000920x584

Eksperymenty w studiach nagraniowych przyczyniają się do powstawania rzeczy wspaniałych, ale czasami na tego typu sesjach powstają muzyczne koszmarki, których normalny człowiek nie jest w stanie przesłuchać. Björk zawsze lubiła eksperymentować. Jej muzyka od zawsze się  wyróżniała, jednak ostatnimi czasy nagrania islandzkiej artystki są wyjątkowo awangardowe, nowatorskie i nieszablonowe. Przyczyniło się to do tego, że jej słuchacze okopali się w dwóch przeciwstawnych obozach. Jedni nową muzykę Björk bardzo poważają i doszukują się w niej czegoś wyjątkowego, natomiast innych twórczość Islandki wręcz drażni. Generalnie ciężko jest obok tej sztuki przejść obojętnie. Można ją tylko pokochać albo znienawidzić jak to mówią.

"Utopia" jest kolejnym bardzo dziwacznym i niezwykle trudnym w odbiorze dziełem artystki. Björk do pomocy w studiu zatrudniła modnego i ekscentrycznego producenta Arcę, chór The Hamrahlid Choir, kontrabasistę, wiolonczelistkę, harfistkę oraz całą armię flecistów. Już sama ta informacja brzmi osobliwie i dzięki niej wiadomo, że "oficjalny" dziewiąty studyjny album piosenkarki będzie zawierał muzykę znacząco się różniącą od tego co jest grane w popularnych radiostacjach. Ten ciężki i niezwykle długi materiał zawiera jednak parę momentów zaskakująco melodyjnych, jak potężnie brzmiący "Arisen My Senses", ambientowy i niezwykle klimatyczny "The Gate", a także brudny, zawierający sporo niepokojących i industrialnych dźwięków i kojarzący się z muzyką wychodzącą masowo spod ręki Arci kawałek "Losss".

Generalnie jednak "Utopia" to dzieło bardzo niemelodyjne  i będące w całkowitej opozycji do większości rzeczy znajdujących się na rynku. Być może żeby docenić wszystkie elementy składające się na ten długi, trwający ponad 70-minut album potrzeba kilkudziesięciu wnikliwych przesłuchań? Po kilku odsłuchach śmiało można jedynie powiedzieć, że "Utopia" intryguje, a postacie Björk i Arci zachęcają do dalszego i głębszego poznawania dzieła. W niedalekiej przyszłości może się okazać bowiem, że "Utopia" to dzieło na miarę eksperymentalnego, progresywnego "Atom Heart Mother" Pink Floyd (ten klimat i ten chór!). Równie dobrze można po czasie nic nie odkryć, a "Utopia" okaże się utopią, muzycznym potworkiem zrodzonym z dobrej - w założeniu - idei przez Björk i Arcę, świetnie zobrazowanym na okładce krążka, zawierającym jednakże parę wybitnych momentów. 

Taylor Swift - Reputation

augustc

Taylor_Swift__Reputation

Taylor Swift - Reputation (2017) Big Machine Records

01. ...Ready for It? – 3:28
   02. End Game (feat. Ed Sheeran & Future) – 4:04
   03. I Did Something Bad – 3:58
    04. Don't Blame Me – 3:56
   05. Delicate – 3:52
  06. Look What You Made Me Do – 3:31
    07. So It Goes... – 3:47
  08. Gorgeous – 3:29
    09. Gateway Car – 3:53
   10. King of My Heart – 3:34
    11. Dancing With Our Hands Tied – 3:31
    12. Dress – 3:50
    13. This Is Why We Can't Have Nice Things – 3:27
   14. Call It What You Want – 3:23
    15. New Year's Day – 3:55

taylorswiftpressphoto201705aabillboard1548

Ostatnie płyty Taylor Swift są nie lada rozczarowaniem dla wszystkich melomanów. Piosenkarka jest jedną z największych i najbardziej docenionych gwiazd muzyki pop i od kilku lat premiery jej nowych albumów są wydarzeniami bez precedensu na scenie muzycznej. Tak więc nowe krążki artystki powinny być bombowe, miażdżyć słuchaczy, deklasować i usuwać na dalszy plan konkurencję, jednak tak nie jest. Poprzedni studyjny album wokalistki "1989" przy pierwszych przesłuchaniach robił mieszane wrażenie. Nie sposób było nie dostrzec potencjału połowy piosenek znajdujących się na płycie, jednak tak dopiero osłuchanie uczyniło klasyki z takich numerów jak "Out of the Woods", "Blank Space", "Style", "Bad Blood", natomiast dopiero nagroda Grammy w kategorii album roku uczyniła z tego wydawnictwa dzieło, które koniecznie trzeba przesłuchać.

"Reputation" był więc jednym z najbardziej oczekiwanych albumów muzycznych roku. Jak przystało na dzieło wytęsknione od momentu wydania krążek sprzedaje się błyskawicznie i do tego w olbrzymim nakładzie. W ciągu pierwszego tygodnia sprzedaży płyta rozeszła się w nakładzie ponad miliona dwustu tysięcy egzemplarzy w samych tylko Stanach Zjednoczonych i to nie koniec! "Reputation" niestety podobnie jak jego poprzednik robi wrażenie jedynie niezłe, lecz nie rewelacyjne. Szkoda, bo zapewne każdy spodziewał się po tym dziele nie wiadomo czego. Niewątpliwie podczas pierwszego kontaktu z płytą w pamięć zapada mocne, syntetyczne brzmienie, jakiego parę lat temu nikt by się po Taylor Swift nie spodziewał. Artystka całkowicie zerwała związki z muzyką country, co na pewno ułatwi jej dalszy podbój światowych rynków muzycznych.

Nie ma też żadnych wątpliwości, że nowy materiał Swift jest dość przebojowy, jednakże ciężko spośród tego dość monotonnego i agresywnie brzmiącego electropopu coś konkretnego wyróżnić. Po paru odsłuchach wśród ulubionych fragmentów  "Reputation" na pewno większość umieści: "Don't Blame Me", trochę łagodniejszy "Delicate", "So It Goes..." i ewentualnie  singlowe szlagiery "...Ready for It?" oraz "Look What You Made Me Do". Z całą pewnością fani elektronicznego popu muszą mieć ten album w swojej kolekcji. Bez wątpienia można go też polecić wszystkim podróżującym samochodami, gdyż pomimo dość potężnego elektronicznego brzmienia jest to krążek stosunkowo neutralny. Jednakże na pewno nie jest to dzieło, które chyba ktokolwiek bardziej osłuchany w muzyce widziałby na liście najlepszych tegorocznych krążków.

Sam Smith - The Thrill of It All

augustc

Sam_Smith__The_Thrill_of_it_All

Sam Smith - The Thrill of It All (2017) Capitol

01. Too Good at Goodbyes – 3:21
    02. Say It First – 4:07
    03. One Last Song – 3:12
   04. Midnight Train – 3:27
   05. Burning – 3:23
   06. Him – 3:10
    07. Baby, You Make Me Crazy – 3:27
   08. No Peace (featuring YEBBA) – 4:43
   09. Palace – 3:07
    10. Pray – 3:41

Kim jest Sam Smith?  Czy to wybitny, wrażliwy muzyk, który poprzez swoje melancholijne piosenki chce ukoić ból ludzi borykających się z problemami miłosnymi, czy też wyrachowany twórca, żerujący na nieszczęściach wszystkich tych osób, skrupulatnie obliczający zyski ze sprzedaży płyt w swoim pałacu? Dobre pytanie, które zapewne zadaje sobie mnóstwo fanów brytyjskiego piosenkarza.

Temat Sama Smitha powrócił w największych światowych mediach przy okazji premiery nowej płyty artysty zatytułowanej "The Thrill of It All". To, że ten album będzie hitem wiedzieli wszyscy na długo przed jego premierą. Fenomenalny głos, wielki talent Smitha do melodii, nagrody Grammy w kategoriach nagranie roku i piosenka roku za numer "Stay With Me" oraz moda na soulowe nagrania młodych brytyjskich twórców zapoczątkowana pojawieniem się rynku Amy Winehouse sprawiły, że można było obstawiać w ciemno u bukmacherów, że "The Thrill of It All" zdobędzie szczyty światowych list przebojów. Oczywiście tak też się stało. Drugi studyjny album Smitha w pierwszym tygodniu sprzedaży rozszedł się w olbrzymim nakładzie i zdobył 1. miejsce list w Wielkiej Brytanii i USA.

Co tym razem zaprezentował Brytyjczyk? Dokładnie to czego oczekiwali słuchacze, czyli materiał bardzo podobny do tego z płyty "In the Lonely Hour", poruszający oczywiście problematykę miłosną. Najbardziej zapadającym w pamięć utworem z "The Thrill of It All" jest "HIM", o którym dużo się mówiło jeszcze przed premierą krążka. Ten numer to bowiem nic innego jak spowiedź Smitha przed konfesjonałem. Artysta śpiewa w nim:
"Ojcze Święty,
Musimy porozmawiać.
Mam sekret,
Którego nie mogę zatrzymać.
Nie jestem tym chłopcem,
O którym myślałeś i chciałeś.
Proszę, nie bądź zły.
Uwierz we mnie.
Mówię, że nie powinienem tu być,
Ale nie potrafię zrezygnować z jego dotyku.
To jest ten, którego kocham,
To jest ten."

Pozostałe piosenki na płycie również są wysokich lotów, aczkolwiek po przesłuchaniu tych pięknych, balsamicznych utworów niewiele zostaje w głowie. Może jest to spowodowane produkcją krążka - perfekcyjną, ale jednocześnie dość bezpieczną, uwypuklającą przede wszystkim powalający na kolana głos Smitha. Czy "The Thrill of It All" to najlepszy mainstreamowy soulowy album roku? Z dużym przekonaniem można powiedzieć, że tak. "Say It First", "Pray", "One Last Song" czy wytypowany do pilotowania całości "Too Good at Goodbyes" to bowiem bardzo mocne numery. Jednakże ten krążek zostanie najpewniej stosunkowo szybko zapomniany, gdyż o ile o jego produkcji można mówić w samych superlatywach, to o jego rewolucyjności, innowacyjności, świeżości nie da się nic powiedzieć. "The Thrill of It All" to bowiem dość stereotypowy, mało odkrywczy album, który wzruszy co wrażliwszych odbiorców, a pozostałym uprzyjemni weekendową przejażdżkę samochodem.

Foo Fighters - Concrete and Gold

augustc

Foo_Fighters

Foo Fighters - Concrete and Gold (2017) RCA

01. T-Shirt – 1:22
  02. Run – 5:23
    03. Make It Right – 4:39
    04. The Sky Is a Neighborhood – 4:04
  05. La Dee Da – 4:02
    06. Dirty Water – 5:20
   07. Arrows – 4:26
    08. Happy Ever After (Zero Hour) – 3:41
   09. Sunday Rain – 6:11
   10. The Line – 3:38
    11. Concrete and Gold – 5:31

foofighters

Foo_Fighters__The_Sky_Is_a_Neighborhood

Dave_Grohl

20 lat temu chyba nikt nie postawiłby złamanego grosza na to, że Foo Fighters stanie się największą gwiazdą amerykańskiego rocka. Co prawda członkowie tego zespołu David Grohl oraz Pat Smear przyczynili się do sukcesu Nirvany, jednak każdy wie kto był mózgiem tamtej grupy. Grohl brał udział w nagraniu "Nevermind" - najlepszego albumu lat 90., ale jego udział w tworzeniu materiału był mały. I chociaż wpływy Nirvany słychać w muzyce Foo Fighters to nie można tej drugiej grupy traktować jako sukcesora legendarnej kapeli Kurta Cobaina. Foo Fighters od samego początku mogli się podobać fanom rocka. Grali mocno i rytmicznie, tak jak większość zespołów z Seattle, jednak byli przeciwieństwem depresyjnie brzmiących Alice in Chains, Stone Temple Pilots czy też Nirvany. Dowodzona przez Grohla grupa była wręcz nieprzyzwoicie zabawna i dała temu dowód już na samym początku działalności prezentując klip do utworu "Big Me", gdzie zespół sparodiował serię reklam z lat 90. "Mentos. The Freshmaker". Później były surrealistyczne, zabawne i kultowe już klipy do numerów "Everlong" i "Learn to Fly", jednak dalej nikt nie widział w Foo Fighters w roli head-linera największych festiwali muzycznych czy też zespołu ze szczytu list przebojów. Jednak pracowitość, wytrwałość i kreatywność członków grupy przyczyniła się do tego, że tak się stało.

"Wasting Light" z 2011 roku to był pierwszy krążek grupy, który zdobył szczyt amerykańskiej listy przebojów. Album doszedł też do 1. miejsca w Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Australii, Niemczech i Szwecji, czyli na największych światowych rynkach. I chociaż płyty zespołu sprzedawały się do tej pory naprawdę bardzo dobrze (przykładowo krążek "One by One" z 2002 roku dotarł do szczyty angielskiej listy przebojów i sprzedał się na wyspach w ogromnym nakładzie ponad 800 tysięcy egzemplarzy), to Foo Fighters nigdy wcześniej nie dominowali tak na świecie. Co prawda kolejny album grupy "Sonic Highways", zawierający wyłącznie utwory nagrane wraz z innymi wykonawcami, sprzedał się trochę słabiej, bo doszedł "tylko" do 2. miejsca w UK i Stanach, ale należy go rozpatrywać również w kategorii sukcesu.

"Concrete and Gold" już w dniu premiery okazał się wielkim bestsellerem, co było do przewidzenia. Najważniejsze jednak z tego jest to, że płyta zawiera naprawdę dobrą i dopracowaną pod każdym względem muzykę. Twórcy mówią o "Concrete and Gold" jako swoim Sierżancie Pieprzu i mają w tym co mówią trochę racji. Album tworzy zwartą, logiczną, jednakże dość różnorodną całość, łączącą w sobie ciężkie brzmienia oraz elementy charakterystyczne dla muzyki pop - grupa mówi, że chodzi tu o wrażliwość jaką cechuje się muzyka pop. I chociaż zazwyczaj takie albumy nie zawierają zbyt wielu przebojów, bo są pomyślane jako całość, to na "Concrete and Gold" jest parę wyróżniających się momentów. Pierwszym z nich jest genialny "The Sky Is a Neighborhood", który nawiązuje do rocka alternatywnego z połowy lat 90. Billy Corgan, który był twarzą gatunku w tamtych czasach pewnie by się dał pokroić za taki numer, bo w przeciwieństwie do Foo Fighters nie miał od dawna przeboju.

Utworowi towarzyszy kapitalny teledysk, gdzie członkom zespołu świecą się oczy na tle wypełnionego gwiazdami nieba. To wideo idealnie współgra z nazwą zespołu, która oznacza świetliste kule, obserwowane przez żołnierzy, marynarzy i lotników alianckich podczas II wojny światowej i których zjawisko nie zostało do dnia dzisiejszego wyjaśnione. Oczywiście porównywanie tego klipu do teledysku "Blackstar" Bowiego, jak to czynią fani, jest nadinterpretacją, jednak zestawienie tych dwóch wykonawców ma sens, jeżeli przesłucha się akustyczną balladę "Happy Ever After (Zero Hour)", która brzmi jak wczesne folkowe kawałki brytyjskiego piosenkarza. Nie można zapominać, że przecież Nirvana przerabiała Bowiego i to tak skutecznie, że nawet ludzie z branży mówili, że „The Man Who Sold the World" to piosenka Cobaina, którą wykonywał David Bowie na koncertach.

Wyróżnia się też tytułowy i ostatni numer z tej płyty. Chociaż chłopaki z Foo Fighters bardzo chwalą ten kawałek i mówią, że brzmi on bardzo dziwnie i jednocześnie jak Black Sabbath i Pink Floyd to nie bardzo można przy tym psychodelicznym utworze pokiwać głową, bo znamion radiowego przeboju to on nie ma. Oczywiście oprócz tych charakterystycznych fragmentów fani zapewne znajdą też na "Concrete and Gold" kawałki, które wrzucą do playlist ze swoimi ulubionymi gitarowymi numerami, jak chociażby wybrane do promocji "Run", "Arrows" czy "La Dee Da". Jednak uczciwie trzeba stwierdzić, że nie można tych numerów zestawić z najwybitniejszymi rockowymi piosenkami. Pomimo mankamentów "Concrete and Gold" jest kolejnym wielkim sukcesem zespołu z Seattle i grupa Dave'a Grohla udowadnia tym albumem, że to nie Metallica, nie Linkin Park, nie Marilyn Manson, ale Foo Fighters jest największym rockowym zespołem ostatnich lat na rynku!

Beck - Colors

augustc

Beck__Colors

Beck - Colors (2017) Capitol

 01. Colors – 4:21
    02. Seventh Heaven – 5:00
   03. I'm So Free – 4:07
    04. Dear Life – 3:44
    05. No Distraction – 4:32
   06. Dreams (Colors mix) – 4:57
   07. Wow – 3:40
    08. Up All Night – 3:10
    09. Square One – 2:55
   10. Fix Me – 3:13

Beckowi we wczesnych latach 90. nie wiodło się najlepiej. Artysta przez pewien czas żył nawet jak bezdomny. Wszystko zmieniło się jednak w 1994 roku dzięki utworowi "Loser". Piosenkarz miał łut szczęścia jak mało kto. "Loser" nie miał prawa odnieść jakiegokolwiek sukcesu. Tekst piosenki jest totalnie bez sensu ("za czasów szympasów/byłem małpą/w moich żyłach płynie butan/więc będę udawał ćpuna/o plastikowych oczach/sprejował warzywka/miski na psie żarcie/ciągnące się jak rajstopy/zabijał reflektory/i rzucał je na neutralne/składy samochodów..."). Muzycznie ten numer również nie przedstawia się ciekawie. Jest to dziwaczna mieszanina folku, rocka oraz hip-hopu. To wszystko jest zilustrowane surrealistycznym teledyskiem, w którym można podziwiać między innymi dziwaczne tańce na cmentarzu w wykonaniu młodych dziewcząt oraz Becka ciągnącego trumnę przez las. Jednak "Loser" odniósł bardzo duży sukces. Utwór trafił do pierwszej dziesiątki list przebojów w kilku krajach, w tym w Stanach Zjednoczonych, gdzie sprzedał się w ponad półmilionowym nakładzie. Co ciekawe numer polubili też krytycy, którzy porównywali śpiew Becka do mówionego bluesa Dylana, a piosenkę przywoływali przy okazji rozmów o ludziach żyjących bez celu, unikających pracy i odrzucających wyścig szczurów, czyli tzw. generacji X (prawdopodobnie z uwagi na pojawiające się kilkukrotnie w piosence zdanie "frajer ze mnie, kotku/więc może byłoby lepiej, gdybyś mnie zabiła?"). Sam artysta był trochę zniesmaczony tym, że jego utwór dziennikarze przywoływali podczas rozmów o ludziach odrzucających system i niechętnych do jakiekolwiek pracy. Jak tłumaczył w swoich chudych latach podejmował się nawet najgorzej płatnych fuch i wykonywał pracę nawet za 4 dolary za godzinę, więc nie za bardzo mu pasuje, gdy zestawia się go z mało ambitnymi i unikającymi obowiązków ludźmi.

"Loser" był dla Becka przepustką do show-biznesu. Przez pewien czas artysta był ulubieńcem krytyków oraz ludzi szukających nietypowych rzeczy w muzyce. Twórczość piosenkarza nie dała się bowiem z niczego porównać - muzyk mieszał w swojej twórczości elementy prawie wszystkich możliwych gatunków muzycznych i tworzył naprawdę intrygujące dzieła, takie jak "Odelay", nagrodzone nagrodą Grammy w kategorii najlepszy album z muzyką alternatywną. Tego Becka już dawno nie ma. Jest za to wielka gwiazda muzyki popularnej, dojrzały muzyk, wypuszczający przemyślane, zwarte i już nie tak eklektycznie jak kiedyś muzyczne dzieła. Poprzedni album artysty, folk-rockowy "Morning Phase" wywołał duży entuzjazm wśród słuchaczy oraz ludzi z branży. Płyta została nagrodzona statuetką Grammy w kategorii album roku.

Niedawno ukazał się nowy studyjny krążek Becka zatytułowany "Colors", który oczywiście trzyma poziom. Beck oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie zaskoczył czymś odbiorców. "Colors" różni się diametralnie od poprzednich płyt artysty. Krążek wypełnia bowiem łatwa w odbiorze pop-rockowa muzyka, silnie zabarwiona brzmieniem syntezatorów. Tak radiowo chyba Beck nigdy wcześniej nie brzmiał. Trzeba mu przyznać, że całkiem nieźle sobie z tym zadaniem poradził. Nagrał parę fajnych, przebojowych piosenek i nie zatracił przy tym swojego stylu. Chociaż na tej krótkiej płycie właściwie wszystko jest udane, jest tu parę ciekawszych momentów. "Colors", "I'm So Free", "No Distraction" oraz "Dreams" to znakomite utwory, które na długo powinny wejść do koncertowej setlisty piosenkarza. Oczywiście jest parę osób, które narzekają na nową propozycję Becka twierdząc, że jest oczywista, przewidywalna i nawiązująca zbytnio do tego co już było, ale tym ludziom można tylko zaproponować, aby wyluzowali i rozkoszowali się nową, łatwo wchodzącą do ucha płytą muzycznego outsidera.      

Marilyn Manson - Heaven Upside Down

augustc

Marilyn_Manson__Heaven_Upside_Down

Marilyn Manson - Heaven Upside Down (2017) Loma Vista, Caroline

 01. Revelation #12 – 4:42
    02. Tattooed in Reverse – 4:24
    03. We Know Where You Fucking Live – 4:32
   04. Say10 – 4:18
   05. Kill4Me – 3:59
    06. Saturnalia – 7:59
    07. Je$u$ Cri$i$ – 3:59
    08. Blood Honey – 4:10
    09. Heaven Upside Down – 4:49
    10. Threats of Romance – 4:37

Getty_MarilynManson_051117

Zawsze gdy zbliża się Halloween, a dodatkowo na świecie dzieją się złe rzeczy, takie jak te w Las Vegas czy też Stalowej Woli doskonale słucha się grupy Marilyn Manson. Ten zespół nieodparcie kojarzy się z diabłem, egzorcyzmami, seryjnymi mordercami, horrorami klasy B i generalnie wszystkimi tymi rzeczami, które fascynują amerykański lud podczas ponurych jesiennych wieczorów. Co prawda w rodzinie Marilyn Manson nie dzieje się ostatnio zbyt dobrze, jednak najnowsze studyjne dzieło tych muzycznych straceńców robi świetne wrażenie. Niektórzy nawet spekulują, że "Heaven Upside Down" to najlepszy album Marilyn Manson od czasu legendarnych "Mechanicznych Zwierzaków".

Ale zacznijmy od początku. Proces tworzenia muzyki na nową płytę Marilyn Manson "Heaven Upside Down" oraz jej promocja były naznaczone dramatycznymi oraz dziwacznymi wydarzeniami. Na początku lipca 2017 roku wokalista kapeli Brian Warner, znany też jako Marilyn Manson, stracił swojego ukochanego ojca Hugh Warnera. Artysta uczcił jego pamięć w wyjątkowy sposób - wyraził swój ból w wyjątkowo emocjonalnym wpisie na Instagramie: „Dzisiaj straciłem mojego tatę, Hugh Warnera. Nauczył mnie, jak być mężczyzną, wojownikiem i zwycięzcą. Nauczył mnie, jak posługiwać się bronią. Jak prowadzić samochód. Jak być najlepszym. Na zawsze będzie najlepszym tatą na świecie. Wiem, że jest teraz w jakiś sposób z moją mamą. Dotrzymam mojej obietnicy i nigdy cię nie zawiodę. Tęsknię i kocham cię tato”.

manson_father2

Później było tylko gorzej. Na Briana Warnera podczas jednego z koncertów promujących nowy album spadła konstrukcja sceny. Do zdarzenia doszło, gdy wokalista śpiewał utwór "Sweet Dreams". Muzyk zaczął wspinać się na dekorację i wtedy dwa olbrzymie pistolety umocowane metalowym rusztowaniu na niego spadły. Warner leżał na scenie przez 15 minut zanim przeniesiono go na nosze i zabrano do szpitala. Zespół po tym musiał odwołać najbliższe koncerty na trasie "Heaven Upside Down". Warto dodać, że dzień wcześniej podczas koncertu artysta skręcił kostkę!

Do dochodzącego do zdrowia Warnera jednak cały czas dochodziły fatalne wieści z jego obozu. 22 października po długiej chorobie zmarł jeden z jego dawnych współpracowników Scott Putesky, znany bardziej jako Daisy Berkowitz. Putesky brał udział w nagraniach pierwszych dwóch studyjnych albumów Marilyn Manson i miał znaczący wpływ na brzmienie oraz ogromny sukces zespołu w pierwszej fazie działalności.

Kolejny cios nadszedł od Jessicki Addams, byłej dziewczyny basisty zespołu Twiggy'ego Ramireza lub jak kto woli Jeordiego White'a. W pełnym emocji wpisie na Facebooku oskarżyła Ramireza o gwałt, który rzekomo miał miejsce 20 lat temu. Skonfundowany Warner po tych oskarżeniach zakończył definitywnie współpracę z jednym najważniejszych członków Marilyn Manson. Twiggy Ramirez na to wszystko stwierdził tylko, że gwałtów w żadnym wypadku nie popiera, a jeżeli komuś przypadkiem sprawił dawno temu ból to przeprasza i jest mu przykro. Ponadto basista w czasie tego całego zamieszania dawał też do zrozumienia, że koniec współpracy pomiędzy nim a Warnerem może być spowodowany problemem alkoholowym tego drugiego, a nie niepotwierdzonymi przez nikogo oskarżeniami - Ramirez napisał między innymi, że skupi się na utrzymywanej od kilku lat trzeźwości. Jest to w sumie prztyczek w nos Briana Warnera, który ostatnio nie wylewał za kołnierz. 

Po tym wszystkim można dojść do wniosku, że "Heaven Upside Down" to album przeklęty. Być może tak jest w istocie. Jednak nawet gdyby tak było jest to kolejne bardzo udane wydawnictwo zespołu, które trzeba posłuchać. Płyta zawiera melodyjną muzykę, będącą mieszanką gotyckiego rocka, industrialu i heavy metalu. Pomimo braku wielkich, wyróżniających się utworów słucha się tego albumu bardzo dobrze, co klasyfikuje "Heaven Upside Down" bardzo wysoko wśród ciężkich, gitarowych płyt wydanych w tym roku.    

Miley Cyrus - Younger Now

augustc

Miley_Cyrus__Younger_Now

Miley Cyrus - Younger Now (2017) RCA

01. Younger Now – 4:08
    02. Malibu – 3:51
    03. Rainbowland (feat. Dolly Parton) – 4:25
   04. Week Without You – 3:44
    05. Miss You So Much – 4:53
    06. I Would Die for You – 2:53
   07. Thinkin' – 4:05
    Bad Mood – 2:59
    Love Someone – 3:19
    She's Not Him – 3:33
    Inspired – 3:21

miley_cyrus_2017

Miley_Cyrus

mileycyrusyoungernowofficial
Co interesującego może zaoferować fanom dobrego popu Miley Cyrus? - pytają Internauci na przeróżnych forach i portalach muzycznych. Ludzie zadający to pytanie mają na pewno w pamięci obraz Miley sprzed lat - księżniczki Disneya oraz kontrowersyjnej piosenkarki, która za wszelką cenę chce zerwać z dziecięcym wizerunkiem i opowiadającej z uśmiechem na ustach o swoim uzależnieniu od marihuany oraz lesbijskich związkach. Młoda gwiazdka od kilku dobrych lat ma jednak do zaoferowania fanom dobrej muzy o wiele więcej niż się wydaje laikom. Płyta "Bangerz", słynna dzięki kontrowersyjnemu teledyskowi do numeru "Wrecking Ball", gdzie artystka pojawiła się zupełnie naga na wielkiej, metalowej kuli, zawierała kilka naprawdę świetnych piosenek, pokazujących kunszt wokalny oraz talent muzyczny piosenkarki. Utwory "Drive", "FU", "Rooting for My Baby", "On My Own" czy wspomniane "Wrecking Ball" pokazały wielką wyobraźnię muzyczną Cyrus, która sprawnie łączy w swoich utworach elektronikę, soft rock, hip-hop i prezentuje nowocześnie brzmiący i intrygujący pop. Później była eksperymentalna płytka "Miley Cyrus & Her Dead Petz" nagrana z psychodelicznym zespołem The Flaming Lips, która co nie jest dziwne przepadła bez echa na rynku.

Wydany niedawno "Yunger Now" to szósty studyjny album Miley, gdzie artystka prezentuje numery zainspirowane głównie rockiem oraz muzyką country. Jest to zdecydowanie jej najrówniejszy album, aczkolwiek nie zawierający tak kozackiego utworu jak "Wrecking Ball". Co interesujące druga część płyty robi zdecydowanie lepsze wrażenie niż jej początek. Wybrane do promocji płyty kawałki z pierwszej części krążka "Younger Now" oraz "Malibu" ukazują Miley jako muzyczne wcielenie mrocznej i owianej złą sławą Courtney Love, wdowy po Kurcie Cobainie. Warto dodać, że zespół Courtney Love - Hole ma nawet w swoim dorobku piosenkę zatytułowaną "Malibu". Numer utrzymany w estetyce country "Rainbowland" nagrany do spółki z legendą tej sceny Dolly Parton może natomiast zainteresować jedynie Amerykanów i do tego lubujących się w tego typu kowbojskich klimatach. Natomiast wszystkie piosenki na "Younger Now" począwszy od "Thinkin'" to pop-rock na najwyższym poziomie, idealny dla słuchaczy komercyjnych stacji radiowych, kochających dobre melodie. W tej części płyty Miley wyszły wszystkie utwory, zarówno te bardziej żwawe jak "Love Someone" oraz spokojniejsze "She's Not Him" i "Inspired". Reszta krążka jest do zapomnienia, jednak Cyrus dzięki "Younger Now" jest na prostej drodze do tego, by w przyszłości walczyć o tytuł największej gwiazdy amerykańskiej sceny.

Liam Gallagher - As You Were

augustc

Liam_Gallagher__As_You_Were

Liam Gallagher - As You Were (2017) Warner Bros. Records


    01. Wall of Glass – 3:43
   02. Bold – 3:59
    03. Greedy Soul – 3:34
    04. Paper Crown – 3:28
    05. For What It's Worth – 4:11
    06. When I'm in Need – 4:18
    07. You Better Run – 3:24
   08. I Get By – 3:09
    09. Chinatown – 3:20
    10. Come Back to Me – 3:21
    11. Universal Gleam – 4:07
    12. I've All I Need – 4:09

LiamGallagher2006122

getty_liam_noel_oasis_reunion_1000920x584

Ten rok należy bezsprzecznie do dwóch panów - braci Gallagher. Aczkolwiek wielbiciele muzyki są tym faktem zapewne trochę zdegustowani, ponieważ o Gallagherach mówi się nie do końca w kontekście muzycznym. Zaczęło się od Twittera. Młodszy z braci, Liam przy pomocy komunikatora wywołał wśród jego użytkowników niezły niesmak. To był początek lipca, sezon ogórkowy. Artysta ogłosił, że woli zjeść własne gówno niż słuchać U2! Ten atak na ikonę rocka był nieprzypadkowy. Ex-frontman Oasis oprócz tego, że nie znosi Bono i spółki, chciał jeszcze dogryźć swojemu bratu Noelowi, który rozpoczął trasę koncertową z Irlandczykami. Noel odpowiedział bratu dowcipnie - napisał, że posiłki serwowane są podczas trasy z U2 są niezwykle smaczne. Aczkolwiek starszy z braci Gallagher na pewno był tą całą sytuacją zirytowany, gdyż Liam zawsze, gdy nadarza się ku temu okazja mówi o bracie, że jest smutnym dupkiem, który rozwalił Oasis. W wywiadzie dla BBC Radio 2 muzyk powiedział nawet, że Noel woli otaczać się potakiwaczami, których może zwalniać wedle uznania niż grać w normalnym zespole, dlatego powrót Oasis jest w tej sytuacji nierealny.

Nawet jeżeli fani przyznawali rację Liamowi to artysta ich nieźle zdenerwował podczas festiwalu Lollapalooza w Chicago w sierpniu br. Piosenkarz zakończył swój występ po zaledwie 20 minutach. Tłumaczył się później, że to z powodu problemów ze strunami głosowymi, jednakże fani mieli na ten temat inne zdanie. Uważają, że wielka tablica z napisem „I LOVE YOU NOEL” trzymana przez jedną z fanek pod sceną nie dawała artyście spokoju, dlatego zszedł ze sceny. Jest to całkiem możliwe, biorąc pod uwagę, że muzyk znany jest z różnych chimerycznych zachowań.

Całkiem niedawno muzyk znowu zaskoczył. Nie mówił nic o swoim nowym dziele. Liam Gallagher wydał oświadczenie, w którym stwierdził, że ma DOWODY, że jego brat Noel wystąpił na koncercie charytatywnym "We Are Manchester" na rzecz ofiar zamachu po koncercie Ariany Grande w Manchesterze wyłącznie dla rozgłosu. Po tym komunikacie Noel powiedział: "Po raz kolejny mówię, że Liam powinien udać się do PSYCHIATRY. Zostali zamordowani ludzie, fani muzyki, a on chce, żeby gadano tylko i wyłącznie o nim."

W końcu 6 października światło dzienne ujrzał debiutancki album młodszego z Gallagherów "As You Were". Płyta zapewne nie zapisze się złotymi zgłoskami w historii rocka, jednak trzeba przyznać, że jest całkiem niezła. Przede wszystkim jest to superprodukcja, na jaką zasługują fani zarówno Oasis, jak i muzyki rozrywkowej w ogóle. "As You Were" powstał we współpracy Gallaghera między innymi z Gregiem Kurstinem, odpowiedzialnym za ostatnie sukcesy Adele, oraz Andrew Wyattem, znanym z kooperacji z Bruno Marsem, Markiem Ronsonem i Flume.

Płytę otwiera psychodeliczny, dynamiczny i bardzo przebojowy numer "Wall of Glass", który przypomina czasy świetności britpopowego wokalisty. W ogóle na "As You Were" sporo jest dźwięków nawiązujących do tego szlachetnego gatunku. Dobre wrażenie robią utwory: "Bold", "For What It's Worth", "Greedy Soul" i "I Get By", które brzmią jak kawałki Oasis z późniejszego okresu działalności zespołu. Zadaje to kłam twierdzeniu, że zespół był teatrem jednego aktora, Noela Gallaghera, bez którego istnienie grupy nie ma sensu. Liam bardzo dobrze nawiązał na debiutanckiej płycie do chwalebnej przeszłości i nagrał parę hitów mogących bez problemu konkurować z osłuchanymi do bólu hitami Oasis. Przy odsłuchu krążka nie można też pominąć akustycznej ballady "Paper Crown", będącej w pewnym sensie hołdem dla Davida Bowiego, gdyż ten numer brzmi jak piosenki artysty z okresu takich płyt "Hunky Dory"  czy też "The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars". Album "As You Were" mimo, że nie jest wielki sprawia bardzo dobre wrażenie i między innymi dzięki temu zdobył szczyt brytyjskiej listy przebojów (notabene to największy hit od czasu "÷" Eda Sheerana), za co Liam Gallagher pogratulował sam sobie. Cały Liam. Za to go kochamy. :)

© Popmusik
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci