Menu

Popmusik

Strona o muzyce popularnej

Black Mountain - In The Future

augustc

blackm

Grupa Black Mountain pochodząca z kanadyjskiego miasta Vancouver to zespół zdobywający coraz większą popularność wśród fanów hard rocka oraz muzyki psychodelicznej. Kapela gra rewelacyjną muzykę zainspirowaną dokonaniami wielkich artystów z lat 60. i 70.: Davida Bowie, Pink Floyd, Led Zeppelin oraz Deep Purple.

Grupa wydała do tej pory dwa albumy studyjne: "Black Mountain" i "In The Future" oraz dwa mini-albumy: "Druganaut" i "Stormy High". Formacja otwierała  koncerty gwiazdorów z Coldplay na trasie "Twisted Logic Tour" w Ameryce Północnej, natomiast piosenka Black Mountain "Stay Free" pojawiła się na ścieżce dźwiękowej do filmu "Spiderman 3".

"In The Future" to płyta ciężka, psychodeliczna, ale również melodyjna. Wszystkie utwory z drugiego krążka Kanadyjczyków zasługują na uwagę.  Warto posłuchać blisko 17-minutowego, pięknie rozwijającego się "Bright Lights", w którym słychać dźwięki organów, przywodzące na myśl najwspanialsze kawałki Deep Purple oraz znakomity, mocny riff przypominający starym wyjadaczom klasyczne nagrania Led Zeppelin z  "Whole Lotta Love" na czele. "Bright Lights" to nie jest najlepszy utwór z drugiej płyty Kanadyjczyków. Najbardziej na to miano zasługują rytmiczny, hipnotyczny  numer "Angels" oraz powolny, klimatyczny, wygładzony utwór "Queens Will Play" ze znakomitą gitarową solówką na końcu utworu.

Black Mountain to nie tylko znakomici instrumentaliści. To również  fantastycznie śpiewający wokaliści Stephen McBean oraz Amber Webber, dzięki którym muzyka pochodzącej z Vancouver formacji przywołuje ducha najciekawszych dokonań Fleetwood Mac.

Koncert The Cure - wpis z 2008/02/20

augustc

The Cure

Koncert legendy brytyjskiego gotyckiego rocka do najkrótszych nie należał - trwał równo trzy godziny. Publiczność nie powinna mieć specjalnych powodów do narzekań. Członkowie The Cure dali z siebie wszystko - każdy z uczestników tego niesamowitego spektaklu widział lejący się strumieniami pot z tłustych, będących już w średnim wieku, grających niemalże bez chwili wytchnienia muzyków. Dużym mankamentem był brak wizualizacji oraz scenografii, ale podobno wina leżała  po stronie hali widowiskowo-sportowej Spodek nie spełniającej standardów bezpieczeństwa.

Trochę zawiódł repertuar. Brytyjczycy nie zagrali wielu wybitnych kawałków. Zabrakło między innymi "The Kiss", "Charlotte Sometimes", "Plainsong", "Disintegration" oraz "Pornography". The Cure nie zagrali tez niczego z płyty "Bloodflowers". Szkoda, ponieważ utwory "Where The Birds Always Sing", "Out of This World" czy "39" doskonale się nadawały by je zaprezentować tego nieprzyjemnego, chłodnego wieczoru.

Niektórych standardów, między innymi "Cold" oraz "All Cats Are Grey" grupa nie była w stanie w ogóle zagrać, ponieważ na chwilę obecną w The Cure nie ma klawiszowca. Innym tego skutkiem było zubożenie paru  utworów, które wyraźnie straciły na zmianie aranżacyjnej. Dobrym przykładem jest sztandarowy utwór angielskiej kapeli "Lullaby", który zabrzmiał nijako, choć był najbardziej wyczekiwanym momentem koncertu.

Występ zdominowały nagrania z najpopularniejszych albumów The Cure. Muzycy zagrali wszystkie singlowe utwory z "Disintegration" oraz  najambitniejsze fragmenty "Wish". Materiał zaprezentowany z tych płyt pozostawił wiele do życzenia.  Zagrana bez emocji ballada "Lullaby" oraz dziwacznie spowolniony, rozlazły, zaśpiewany  jakby od niechcenia kawałek "The Lovesong" mógł wzbudzić niesmak ortodoksyjnych fanów kapeli. Dobrze zabrzmiały za to numery  "Fascination Street" i "Pictures Of You", choć obyło się bez fajerwerków. W przypadku albumu "Wish" panowie zaprezentowali najambitniejsze, ale również najdłuższe utwory, które siłą rzeczy rozciągały się do granic nieskończoności. Osobnicy mający w przeszłości nikły kontakt  z zespołem wyraźnie usypiali w trakcie gdy Brytyjczycy prezentowali tak zacne utwory jak "To Wish Impossible Things" czy "From the Edge of the Deep Green Sea".

Były też momenty niezwykłe. Syntetyczna, błaha piosenka "The Walk", znana ze składanki "Japanese Whispers" w nowej gitarowej aranżacji zabrzmiała niezwykle intrygująco i dynamicznie. Utwór "Shake Dog Shake" z fatalnie ocenionego przez recenzentów albumu "The Top" zabrzmiał o wiele ostrzej i potężniej niż na płycie. Kultowy kawałek "One Hundred Years" z legendarnej płyty "Pornography" został wykonany doskonale, z należytą pasją i namiętnością. 

The Cure na koniec zostawili niespodziankę. Podczas pierwszego bisu Anglicy zagrali najlepsze utwory z "Seventeen seconds". Kawałki "At Night" oraz "Play For Today" zostały wykonane w mistrzowskim stylu i porwały uczestników koncertu pod niebiosa.  Pojawiła się magia, której brakowało na początku koncertu. Z kolei inny numer z "Seventeen seconds" - "A Forest" wgniótł widownię z ziemię - to był zdecydowanie najlepszy moment wieczoru.

Choć trudno w to uwierzyć, drugie bisy były jeszcze bardziej energetyczne niż pierwsze. Zespół zagrał materiał z początków kariery -  same najlepsze rzeczy. Co ciekawe muzycy zagrali je w sposób, jakby średnia ich wieku wynosiła 25 lat, a nie 50, z animuszem jakiego brakowało Smithowi i kolegom na początku koncertu. Ostatnim utworem zaprezentowanym przez grupę tego melancholijnego, smutnego wieczoru był skoczny, wesoły, nowofalowy przebój  "Why Can't I Be You?" z 1987 roku.

10 razy The Cure - wpis z 2008/02/13

augustc

10 razy The Cure:

1) proste postpunkowe pioseneczki z początku ich działalności twórczej, jak: "Killing An Arab", "Boys Don't Cry", "Fire In Cairo" czy "10.15 Saturday Night". Prawdopodobnie zagrają niektóre z nich na koncertach w Polsce. Na ostatnim koncercie w Oslo zagrali aż 7 utworów z pierwszego okresu ich działalności;

2) Mroczną, gotycka trylogia, która budzi we mnie mieszane uczucia. 17 Seconds i Faith to płyty bardzo nierówne. Pornography jest zdecydowanie lepsza, ale tez nie jest doskonała. Albumy mają  chwytające za gardło momenty, np. "A Forest", "A Strange Day", "Cold" czy "Pornography";

3) Świetne singlowe przeboje: "Charlotte Sometimes", "The Lovecats", "The Walk";

4) Zróżnicowana bardzo przebojowa płyta Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me - mam nadzieję, że oprócz "obowiązkowych" "Why Can't I Be You" i "Just Like Heaven" zagrają coś jeszcze, może mocne, wręcz "psychodeliczne" "The Kiss", może funkujące "Hot Hot Hot !!!", a może będzie ładna ballada "How Beautiful You Are";

5) Natchniona, trochę pompatyczna, trochę zajeżdżające Vangelisem, ale w końcu wielka płyta Disintegration;

6) Bloodflowers - powrót do wielkiej formy po 10 latach, ja tą płytę nazywam "Disintegration 2":]

7) Parę innych wielkich utworów, które znajdują się na pozostałych, słabszych moim zdaniem płytach zespołu, jak: "From the Edge of the Deep Green Sea", "Anniversary" czy "The Baby Screams";

8)  NIektóre teledyski - "Lullaby" rządzi:D, ale też "Just Like Heaven" jest bardzo ciekawe;

9) Aktywność, The Cure to nie tylko albumy studyjne, ale też remiksy, wykonania unplugged, różne inne rarytasy zebrane na na składance "Join the Dots";

10) Niepowtarzalny klimat niektórych ich utworów, moim zdaniem nie do podrobienia.

© Popmusik
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci