Menu

Popmusik

Strona o muzyce popularnej

Wpisy otagowane : funk

Gorillaz - The Now Now

augustc

Gorillaz__The_Now_Now

Gorillaz - The Now Now (2018) Parlophone


    01. Humility (feat. George Benson) – 3:17
   02. Tranz – 2:42
   03. Hollywood (feat. Snoop Dogg & Jamie Principle) – 4:53
   04. Kansas – 4:08
   05. Sorcererz – 3:00
   06. Idaho – 3:42
    07. Lake Zurich – 4:13
    08. Magic City – 3:59
    09. Fire Flies – 3:53
    10. One Percent – 2:21
    11. Souk Eye – 4:34

Muzycy ukrywający się za kreskówkowymi postaciami pod raz kolejny atakują rynek. I robią to całkiem udanie. Nowego albumu Gorillaz słucha się naprawdę nieźle. Większość fanów jest zadowolona z premierowych kawałków, w których brzmienia elektroniczne mieszają się przede wszystkim z funkiem i soulem. "The Now Now" jest jednak płytą, której słuchanie nie wzbudza żadnych specjalnych uczuć. Takie numery jak "Sorcererz", "Lake Zurich" czy "Humility" są przyjemne, jednak nie wzbudzają wielkich emocji. Po ich przesłuchaniu spokojnie wraca się do innych zajęć i o nich zapomina. Nie jest to najlepsza rekomendacja dla Damona Albarna. Jednakże nawet na tak mało ważnym w dyskografii artysty albumie znajdują się kawałki, które z przyjemnością można zapodać sobie jeszcze kilka razy. Chodzi o numery "Tranz" i "Hollywood". Może nie jest to mistrzostwo świata i te numery nie mogą się  równać z: "Out of Time", "Parklife", "DARE" czy "Feel Good Inc.", ale słychać w nich rękę mistrza.

Snoop Dogg - Bush

augustc

Snoop_Dogg

Snoop Dogg - Bush (2015) Doggystyle

Snoop Dogga można nie lubić, ale na każdym wrażenie powinno robić to, że muzyk od ponad dwudziestu lat utrzymuje się w ścisłej czołówce najpopularniejszych artystów na świecie. Ostatni album rapera, który doszedł do 1. miejsca amerykańskiej listy przebojów to "Da Game Is to Be Sold, Not to Be Told" z 1998 roku, jednak Snoop Dogg od tego czasu stał się popularniejszy niż kiedykolwiek przedtem. Muzycznie najwięcej dała mu współpraca z Pharellem. Dwójka muzyków nagrała kilka najbardziej rozpoznawalnych utworów piosenkarza, między innymi jeden z największych przebojów poprzedniej dekady "Drop It Like It's Hot". Był to pierwszy numer artysty, który doszedł do 1. miejsca w Stanach Zjednoczonych. Snoop Dogg po latach eksperymentów, kiedy to bawił się muzyką reggae oraz funk, które nie przysporzyły mu fanów postanowił powrócić do współpracy z Pharellem. Najnowszy 13. studyjny krążek rapera to bardzo porządna rzecz, ale raczej nie pokochają tego albumu ortodoksyjni fani hip-hopu, najbardziej szanujący Snoopa za nagrania z początków kariery. Przede wszystkim "Bush" jest hybrydą różnych gatunków muzycznych. Hip-hop to jedna z części składowych tego dania, na które składają się również pop, funk, soul i muzyka disco. Ten fakt można było zresztą wyczytać przed odpaleniem krążka przeglądając listę gości, którzy pomagali nagrać ten album. Stevie Wonder, Gwen Stefani oraz wspomniany Pharell byli gwarantem tego, że będzie "Bush" będzie albumem ugrzecznionym, przeznaczonym dla szerszego audytorium. Nowej płyty Snoopa słucha się świetnie. "Bush" to album lekki, łatwy i przyjemny w odbiorze, nadający się idealnie do odsłuchu podczas leżenia na kanapie. Jednak największym jego mankamentem nie są teksty na które narzekają fani rapu, tylko brak wybitnych, zapadających w pamięć piosenek, które można by zestawić z takimi hitami jak: "From tha Chuuuch to da Palace", "Beautiful" czy "Sexual Seduction".

David Bowie - Station to Station

augustc

station_to_station

David Bowie - Station to Station (1976) RCA

1. Station to Station - 10:11
2. Golden Years - 4:00
3. Word on a Wing - 5:59
4. TVC 15 - 5:31
5. Stay - 6:13
6. Wild Is the Wind - 6:00

Dziesiąty studyjny album w karierze Davida Bowiego "Station to Station" jest najwybitniejszym krążkiem nagranym przez artystę w Ameryce. Warto wspomnieć, że okres amerykański w twórczości piosenkarza był silnie naznaczony kokainą oraz dymem nikotynowym.

Nagrania ukazały się na rynku niedługo po premierze filmu Nicolasa Roega "Człowiek, który spadł na Ziemię", w którym główną rolę zagrał artysta. David Bowie wcielił się w tym filmie w rolę humanoida, który przybywa na Ziemię w poszukiwaniu wody dla swojej umierającej planety o nazwie Anthea. Kosmita pod ludzkim przebraniem jako Thomas Newton zdobywa fortunę, jednak w trakcie swojego pobytu na Ziemi nabywa też ludzkich cech i nawyków, takich jak: egoizm, chciwość i alkoholizm, przez co nie jest w stanie wykonać zadania. Alegoryczny dramat science-fiction jest obrazem kultowym.  Stało się tak głównie dzięki kapitalnej roli Davida Bowiego. Artysta stworzył bowiem w tym filmie niezwykle sugestywną kreację wyalienowanej, dziwacznej postaci z innej galaktyki. W jej stworzeniu muzykowi pomógł nie tylko ekstrawagancki styl bycia gwiazdy rocka oraz androgyniczny wygląd, ale również pogłębiające się uzależnienie od narkotyków.

David Bowie w czasie swego pobytu na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych zamieszkał w willi swojego kolegi po fachu Glenna Hughesa, basisty formacji Deep Purple. To był bardzo dziwny i neurotyczny czas w życiu gwiazdora. Biografowie artysty podkreślają, że piosenkarz w domu Hughesa doprowadził do ekstremum dekadencki styl życia, z którego wcześniej był znany. Piosenkarz w połowie lat 70. w miewał stany lękowe, cierpiał na nerwicę i depresję, a także miewał rozliczne halucynacje. Częściowo było to spowodowane charakterem artysty, ale duży wpływ na tę sytuację miały też używki. Otumaniający dym unoszący się z mocnych papierosów Marlboro, wciągana bez taryfy ulgowej kokaina oraz ekstremalna dieta składająca się wyłącznie z mleka oraz czerwonej papryki przyczyniły się do szaleństwa artysty. Bowie dryfował w tym czasie w zupełnie innej rzeczywistości niż wszyscy dookoła.

Glenn Hughes wspominał, iż nie sposób było się z nim porozumieć. Ilekroć członek Deep Purple próbował rozpocząć z Davidem rozmowę, temat zawsze schodził na nazistów, którymi brytyjski piosenkarz był wówczas zafascynowany. Artysta bowiem w tym czasie naczytał i naoglądał się wielu rzeczy na temat II wojny światowej, ideologii hitlerowskiej oraz III Rzeszy. Doszło nawet do tego, iż w jednym z wywiadów porównał Adolfa Hitlera do Micka Jaggera, twierdząc że wódz III Rzeszy był tak niezwykle charyzmatyczną postacią, że można go porównać z gwiazdami rock 'n' rolla, co oczywiście wywołało niemałe kontrowersje. Skandal wywołało również hitlerowskie pozdrowienie Davida Bowiego w trakcie promocji płyty "Station to Station" na dworcu kolejowym Victoria w Londynie, sfotografowane przez dziennikarzy NME.

Największą obsesją Bowiego był jednak okultyzm. Muzyk w tamtym czasie niejednokrotnie podejmował temat zdjęcia z niego klątwy. Według piosenkarza czarownice czyhały na jego spermę po to, aby spłodzić dziecko, a następnie złożyć je w ofierze Szatanowi. Motyw został oczywiście zapożyczony z klasycznego horroru Romana Polańskiego "Dziecko Rosemary", jednak David Bowie w młodości bardzo serio traktował tego typu tematy. Warto dodać, iż podczas pierwszej trasy Ziggy'ego Stardusta domagał się przeprowadzenia egzorcyzmu basenu w swojej rezydencji! Zatem nic dziwnego, że w okresie największego uzależnienia od używek obsesje i lęki artysty się nasiliły.

Nie tylko okoliczności powstania czynią album "Station to Station" dziełem wyjątkowym. Wydany w styczniu 1976 roku krążek wypełnia najwyższej próby muzyka! Piosenki zawarte na płycie są nawet lepsze niż na albumach nagranych z Pająkami z Marsa. David Bowie mimo wszystkich problemów, jakie miał podczas sesji nagraniowej do tego albumu pozostał profesjonalistą w stu procentach. Co prawda pomysł, aby utwory nagrywać w pokoju bez zegarów i okien, ale za to z łóżkiem, był szalony, ale zaproszenie do pracy nad nagraniami wirtuoza gitary Earla Slicka oraz pianisty Roya Bittana, znanego jako Profesor było strzałem w dziesiątkę. Wspomniani muzycy dużo wnieśli do muzyki Bowiego. Partie gitarowe autorstwa Earla Slicka w kawałku "Stay" są uznawane przez fanów za jedne z najbardziej porywających fragmentów w dyskografii artysty. Roy Bittan, który na czas nagrywania "Station to Station" zrobił sobie wolne od gry w zespole Bruce'a Springsteena, również miał duży wkład w brzmienie albumu.

Utwór tytułowy rozpoczynający album, zainspirowany zarówno twórczością Jethro Tull, jak i dokonaniami krautrockowych grup Neu! i Kraftwerk podzielony jest na dwie części. Powolna, pierwsza część zdominowana jest przez dźwięk nadjeżdżającego pociągu, marszowe partie pianina oraz ciężkie partie gitarowe Slicka. Śpiew Davida pojawia się dopiero po trzech i pół minutach, kiedy to piosenkarz przedstawia siebie jako Szczupłego, Białego Księcia (The Thin White Duke). Druga część utworu to szybka, blues rockowa piosenka, w której artysta przybliża słuchaczom swoje najnowsze wcielenie. Tekst piosenki również robi wrażenie. Bowie odnosi się w "Station to Station" do kabały, kolekcji pornograficznych wierszy słynnego okultysty Aleistera Crowleya ("white stains") oraz przede wszystkim do chrześcijaństwa - tytuł utworu "Station to Station" odnosi się do stacji drogi krzyżowej, przedstawiających historię śmierci Jezusa.

Cztery następujące po kawałku tytułowym numery to wyśmienite utwory, łączące w sobie elementy muzyki disco, funk, rock oraz soul. Najbardziej z nich wyróżnia się zdecydowanie optymistyczny kawałek "TVC15", zainspirowany filmem "Człowiek, który spadł na Ziemię". W filmie Nicolasa Roega jest bowiem niezwykle zapadająca w pamięć scena, gdy Thomas Newton siedzi naprzeciwko kilkunastu ustawionych jeden na drugim telewizorów. Najprawdopodobniej piosenkarz wciąż miał ten obraz w pamięci, gdy pisał piosenkę o tym jak telewizor pożera dziewczynę Iggy'ego Popa. Bez dwóch zdań płyta nie mogłaby się obejść bez utworu odnoszącego się w jakiś sposób do ciągłego oglądania starych filmów wojennych przez artystę w połowie lat 70. - "TVC15" to przecież trafny, żartobliwy i jakże przebojowy komentarz do nałogu telewizyjnego, w który również popadł muzyk.

Soulowy numer "Word on a Wing" to kolejna piosenka, w której tekście muzyk odwołuje się do religii chrześcijańskiej. W refrenie pojawia się zwrot "Panie, klękam i oferuję. Moje słowo na skrzydle", co po raz kolejny pokazuje, że David Bowie mimo zainteresowania okultyzmem i magią nigdy tak naprawdę nie gardził swoimi chrześcijańskimi korzeniami.

"Golden Years" to z kolei romantyczny, funkowy numer poświęcony żonie artysty Angeli. Był to pierwszy kawałek nagrany na płytę i utwór promujący album. Singiel zawierający piosenki "Golden Years" i "Can You Hear Me" został wydany w listopadzie 1975 roku i doszedł do pierwszej dziesiątki list przebojów w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Nie ma wątpliwości, że przebojowy numer "Golden Years" wywindował sprzedaż krążka "Station to Station" w USA. Album niedługo po premierze dotarł albowiem do 3. miejsca listy Billboardu. Zdumiewające jest to, biorąc pod uwagę jak popularnym artystą jest David Bowie, że była to najwyższa lokata albumu artysty na amerykańskiej liście przebojów aż do 2013 roku, kiedy to światło dzienne ujrzał rockowy album "The Next Day".

Album zamyka numer "Wild Is the Wind", który jest to jedyną balladą na płycie. Kawałek jest interpretacją napisanej do filmu "Wild Is the Wind" piosenki Dimitri Tiomkina i Neda Washingtona z 1957 roku. Z tym utworem zmierzyła się niegdyś jazzowa piosenkarka Nina Simone, jednak to wersja Davida Bowiego przeszła do historii, jako najlepsze wykonanie tej piosenki. Śpiew artysty w "Wild Is the Wind" jest wśród krytyków uznawany za jedno z jego najlepszych wokalnych osiągnięć. Możliwe, iż inspiracją do zaśpiewania w ten sposób tego numeru były odwiedziny w studiu nagraniowym samego Franka Sinatry - jednego z najwybitniejszych piosenkarzy epoki Eisenhowera i Kennedy'ego.

Podczas pracy nad albumem "Station to Station" David Bowie o mało nie stracił życia. Wyniszczony używkami oraz mało kaloryczną dietą piosenkarz nie kontynuował później stylu życia, jaki prowadził w Los Angeles, a także artystycznej drogi obranej na płycie. Kolejnym przystankami w karierze artysty były nagrania z Iggym Popem oraz zimny, awangardowy krążek "Low".

tv_bowie

powyżej: kadr z filmu "Człowiek, który spadł na Ziemię" Nicolasa Roega

Bowie_Victoria_Station

powyżej: jedno ze zdjęć artysty na stacji Victoria w Londynie z 1976 roku, autorstwa reportera NME. Więcej zdjęć tutaj.

D'Angelo and the Vanguard - Black Messiah

augustc

D'Angelo and the Vanguard - Black Messiah

D'Angelo and the Vanguard - Black Messiah (2014) RCA

Najnowsza płyta D'Angelo zrobiła ogromną karierę u dziennikarzy muzycznych. "Black Messiah" to dopiero trzecia płyta w trwającej od 1995 karierze amerykańskiego muzyka. Poprzedni krążek "Voodoo" ukazał się w 2000 roku i osiągnął olbrzymi sukces artystyczny oraz komercyjny. Przerwa pomiędzy dwoma wspomnianymi nagraniami wynikała z zawirowań w życiu osobistym zwariowanego artysty. W czasie kilkunastoletniej przerwy pomiędzy dwoma wydawnictwami D'Angelo zaatakował kobietę na stacji benzynowej, jeździł pod wpływem alkoholu, został aresztowany za posiadanie kokainy, przeżył poważny wypadek samochodowy, a na sam koniec zaproponował policjantce seks oralny. Na szczęście D'Angelo wziął się wreszcie do roboty i w grudniu 2014 roku na rynku pojawił się "Black Messiah". Krążek planowo miał się ukazać w styczniu 2015 roku, jednak dzieło ukazało się wcześniej ze względu na napiętą sytuację w Stanach Zjednoczonych po zamieszkach w Ferguson. Piosenkarz w wywiadach tłumaczył, iż tytuł "Czarny Mesjasz" nie jest odniesieniem do konkretnej postaci a przede wszystkim nie należy go utożsamiać z jego osobą. Według D'Angelo "Czarnym Mesjaszem" należy tytułować społeczność, działającą na rzecz zmian w takich miejscach jak Egipt czy amerykańskie miasto Ferguson.

Geneza oraz tytuł płyty są bardzo ciekawe, jednak słuchacze oczekują od artysty przede wszystkim dobrej muzyki. Wielbiciele czarnej muzyki powinni być w większości przypadków usatysfakcjonowani. "Black Messiah" to jeden z najciekawszych krążków ostatnich lat, łączących w sobie funk, soul, jazz oraz muzykę R&B. Oczywiście wśród słuchaczy znajdują się również malkontenci, którym album nie przypadł do gustu, ponieważ "Black Messiah" brzmi według nich jak "zbiór starych, nudnych nagrań jazzowych z lat 60., okraszonych melodiami dobrymi na bezsenność", jednak takich osób nie ma zbyt dużo.

Na trzeciej studyjnej płycie D'Angelo znajduje się parę wyróżniających się nagrań, wpadających w ucho już po pierwszym przesłuchaniu. Zdecydowanie największym hitem jest w tym zestawie funkowy utwór "The Charade", mimowolnie kojarzący się z twórczością Prince'a. "Till It's Done (Tutu)", "Another Life" oraz "Ain't That Easy" to niesamowicie melodyjne numery R&B, natomiast wybrany na pierwszy singiel utwór "Really Love" to niezwykle stylowy, zmysłowy kawałek miłosny. Utworem, który na długo zapada w pamięć, już po pierwszym przesłuchaniu jest na pewno paranoiczny numer "1000 Deaths", w którym słuchać fragmenty jakiegoś przemówienia, przerywane gitarowe riffy oraz szarpany bas.

"Black Messiah" to płyta niezwykle wyrafinowana pod względem produkcyjnym i aranżacyjnym. Instrumenty dęte, smyki oraz gitary tworzą jednak tylko barwne tło dla niezwykłego głosu D'Angelo, który operuje nim w sposób mistrzowski, udowadniając, że warto było czekać na niego tyle lat, ponieważ nikt inny nie mógłby zaśpiewać piosenek z płyty "Black Messiah" w taki pomysłowy sposób z tak dużym zaangażowaniem.

© Popmusik
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci