Menu

Popmusik

Strona o muzyce popularnej

Wpisy otagowane : lata-80

Ronnie James Dio nie żyje

augustc

Ronnie James Dio

"Dziś pękło mi serce. Ronnie odszedł o godz. 7.45 rano w dniu 16 maja. Przed jego spokojną śmiercią zdążyła pożegnać go rodzina i wielu przyjaciół. Wiedział jak bardzo go kochaliśmy. Bardzo doceniamy okazane nam wsparcie i miłość. Proszę o kilka dni prywatności, abyśmy mogli uporać się z tą straszą stratą. Wiedzcie, że Ronnie kochał Was wszystkich, a jego muzyka będzie żyła wiecznie" - oto komunikat jaki opublikowała parę godzin temu żona wybitnego muzyka Wendy na oficjalnej stronie internetowej artysty.

Piosenkarz rozpoczął karierę pod koniec lat 50. w kapeli The Vegas Kings jako gitarzysta basowy, jednak prawdziwą sławę zdobył dopiero w latach 70. jako wokalista kapel Elf, Rainbow i Black Sabbath (to właśnie Ronnie zaśpiewał największe hity Black Sabbath jakie zespół nagrał w latach 80.: "Neon Knights", "Heaven and Hell", "Children of the Sea" i "The Mob Rules"). Największym powodzeniem ze wszystkich dzieł, w których maczał palce Ronnie James Dio cieszą się jednak płyty sygnowane nazwą DIO. Energetyczne, agresywne, pełne dramatyzmu nagrania grupy jak "Holy Diver", "Rainbow in the Dark", "The Last in Line", "Rock 'N' Roll Children" przyniosły artyście wiele uznania ze strony krytyki oraz mnóstwo fanów. Przez blisko 30 lat istnienia zespołu ukazało się 9. studyjnych płyt sygnowanych nazwą Dio, w tym doskonale ocenione przez recenzentów "Holy Diver" z 1983 roku oraz "Dream Evil" z 1987 roku. Scena heavy metalowa straciła wczoraj jednego ze swoich najwybitniejszych przedstawicieli - charyzmatycznego wokalistę, którego nie sposób pomylić z żadnym innym. To wielka stata dla muzyki popularnej i wszystkich fanów ciężkiego grania.

Hot Chip - One Life Stand

augustc

Hot Chip - One Life Stand

Zespół Hot Chip to jeden z najdziwniejszych przedstawicieli brytyjskiej alternatywy. Z jednej strony jest to kapela posiadająca własne, charakterystyczne brzmienie umiejscawiające grupę w czołówce muzycznej awangardy, z drugiej strony formacja dowodzona przez Alexisa Taylora jawnie czerpie z klasycznych nagrań muzyki pop. Na poprzedniej, dość nierównej płycie "Made in the Dark" zespół połączył elektroniczne brzmienia z muzyką gitarową. Efektem końcowym pracy w studiu nagraniowym był popowo brzmiący album z paroma godnymi zapamiętania kawałkami, między innymi: "Shake a Fist", "One Pure Thought" czy "Ready for the Floor". Tegoroczna propozycja grupy Hot Chip "One Life Stand" jest niemal całkowicie syntetyczna (wśród gości pomagających w tworzeniu najnowszego dzieła kwintetu znalazł się znakomity perkusista, odpowiedzialny za brzmienie instrumentów stalowych Fimber Bravo), nagrana prawie bez gitar i przez to jeszcze bardziej popowa. Otwierający krążek, trwający niewiele ponad 6 minut "Thieves in the Night" dużo czerpie z twórczości wykonawców z kręgu new romantic; skojarzenia z "Fade to GreyVisage, który był jednym z hymnów początku lat 80. są jak najbardziej wskazane, aczkolwiek odwołania do muzyki Kraftwerk są również widoczne. O ile "Thieves in the Night" rozwija się bardzo powoli i może co poniektórych słuchaczy nudzić, to oparty na mocnym fortepianowym akordzie utwór "Hand Me Down Your Love" jest całkowitym zaprzeczeniem kompozycji otwierającej "One Life Stand". Hipnotyczny, przebojowy "Hand Me Down Your Love" jest jednym z wielu kawałków tanecznych zawartych na najnowszym dziele pochodzącej z Londynu formacji. "One Life Stand" jest niemal w całości wypełniony utworami dość "szybkimi". Oprócz wyżej wymienionych piosenek zaliczają się do nich zainspirowane twórczością New Order kawałki: "One Life Stand", "We Have Love" i "Take It In" oraz patetyczny "I Feel Better". "I Feel Better" jest najbardziej wyróżniającym się utworem na najnowszej płycie Anglików, ale też najbardziej irytującym. Przetworzony przez vocoder wokal, podniosłe partie smyków oraz linia melodyczna wiele czerpiąca ze słynnego przeboju Madonny "La Isla Bonita" nie czynią drugiego singla z "One Life Stand" moim ulubionym utworem. Jednak warto zauważyć, że reżyserią klipu do tego wesołego kawałka zajął się mający polskie korzenie angielski aktor Peter Serafinowicz. Pozostałą część najnowszego dzieła Hot Chip wypełniają utwory wyjatkowo spokojne, dla niektórych wręcz mdłe (ze szczególnym wskazaniem na najdłuższy na krążku kawałek "Slush"; aczkolwiek mnie przekonuje udana, bardzo słodka końcówka tej piosenki). "One Life Stand" jest płytą bardzo przyzwoitą, bez większych przebojów. Na pewno nie jest to wielkie muzyczne wydarzenie, jak na to wskazuje chociażby Pitchfork; nie jest to też jednak album, wobec którego można przejść obojętnie, tym bardziej, że Hot Chip będą jedną z gwiazd tegorocznej edycji festiwalu Heineken Open'er.

Depeche Mode - Sound of the Universe

augustc

depeche_mode_sounds_of_the_universe

Depeche Mode - Sound of the Universe (2009) Mute

  1. In Chains
  2. Hole To Feed
  3. Wrong
  4. Fragile Tension
  5. Little Soul
  6. In Sympathy
  7. Peace
  8. Come Back
  9. Spacewalker
  10. Perfect
  11. Miles Away / The Truth Is
  12. Jezebel
  13. Corrupt

Oczekiwania względem 12. studyjnego albumu grupy były ogromne. Depeche Mode ma na koncie kilka klasycznych albumów oraz wiele nieprzeciętnych, zapadających w pamięć przebojów singlowych, między innymi: "Personal Jesus", wzięty na warsztat przez samego Johnny'ego Casha oraz "Enjoy the Silence" wyróżniony nagrodą Brit  w 1991 roku w kategorii najlepszy brytyjski  utwór roku. Poza tym dowodzona przez Martina Gore'a grupa była w ostatnich latach w dobrej formie. Poprzedni krążek kapeli "Playing the Angel" z 2005 roku okazał się sporym sukcesem artystycznym. Nic więc dziwnego, że "Sound of the Universe" z miejsca stał się bestsellerem.

Słuchając najnowszych dokonań Depeche Mode mimowolnie przychodzą na myśl lata 80. Wszystko dlatego, że Martin Gore w ostatnich miesiącach stał się ofiarą nowego nałogu, polegającego na kupowaniu starych instrumentów na internetowych serwisach aukcyjnych. To spowodowało, że lider kapeli stał się posiadaczem olbrzymiej liczby nieużywanych od lat syntezatorów i automatów perkusyjnych. To całe instrumentarium zostało oczywiście wykorzystane w pracach nad najnowszą płytą Depeche Mode, przez co album brzmi jak z poprzedniej epoki. Martin Gore przez te wszystkie syntezatory całkowicie zapomniał o gitarach. Ma to swoje wady i zalety. Najnowszy album Brytyjczyków brzmi trochę inaczej niż poprzednie nagrania zespołu przez co nie odnosi się wrażenia, jakby kapela serwowała słuchaczom odgrzewany kotlet, ale z drugiej strony dzięki gitarom wiele nagrań grupy brzmiało drapieżnie i stylowo.

Album "Sound of the Universe" otwiera kompozycja "In Chains", która jest najdłuższym nagraniem znajdującym się na płycie. Utwór swoim hipnotycznym brzmieniem przypomina legendarny numer "Black Celebration", jednakże "In Chains"  nijak ma się do tamtego kawałka. "Black Celebration" to utwór niezwykle  dynamiczny i przebojowy, natomiast "In Chains" intryguje, jednak jest to piosenka ospała, tocząca się powoli jak walec, nie mająca zadatków na przebój.

Skoczny, rytmiczny i znacznie bardziej melodyjny utwór "Hole to Feed" to przeciwieństwo "In Chains". "Hole to Feed" nie dorównuje klasycznym propozycjom zespołu, takim jak "People Are People" czy "Behing the Wheel", jednak z pewnością ten kawałek zostanie zapamiętany. Nie tylko dlatego, że jednym z najbardziej oczywistych fragmentów tego enigmatycznego, niełatwego w odbiorze krążka, ale również z powodu towarzyszącego mu wideoklipu uznawanego przez większość widzów jako niesmaczny, bezpruderyjny oraz bez wątpienia wysoce oryginalny.

Klip Erica Wareheima do utworu "Hole to Feed" wzbudza  mieszane uczucia, ale za to teledysk do piosenki "Wrong" autorstwa Patricka Daughtersa, współpracującego wcześniej z Yeah Yeah Yeahs oraz Beckiem musi się podobać. Drastyczne i mroczne dzieło Daughtersa za samochodem w roli głównej kojarzy się z kultowymi wideoklipami do utworów "Only When I Lose Myself" Depeche Mode w reżyserii Briana Griffina oraz "Karma Police" Radiohead autorstwa Jonathana Glazera.  Warto zaznaczyć, że teledysk do piosenki "Wrong"  został nominowany do nagrody Grammy w kategorii najlepsze krótkie wideo. 

Narodowa Akademia Sztuki i Techniki Rejestracji doceniła również formację Martina Gore'a przyznając nominację do nagrody Grammy płycie "Sounds of the Universe" w kategorii najlepszy album alternatywny. Brytyjczycy nie są bez szans. "Sounds of the Universe" nie jest tak dobrą płytą jak "It's Blitz!" Yeah Yeah Yeahs czy "Wolfgang Amadeus Phoenix" Phoenix. Nie ma na tej płycie powalających kompozycji jak "I Feel My Stuff" czy "Strange Overtones", wypełniających ostatnie wspólne dzieło Briana Eno i Davida Byrne'a "Everything That Happens Will Happen Today", ale Depeche Mode zasługuje na Grammy jak żaden inny wykonawca za całokształt kariery artystycznej. Warto zauważyć, że Narodowa Akademia Sztuki i Techniki Rejestracji często przyznaje nagrody wybitnym artystom obecnym na rynku przez dłuższy okres czasu, niekoniecznie za ich najlepsze dokonania. Tak było w przypadku Herbiego Hancocka, Roberta Planta oraz grup Santana i Steely Dan. Być może w tym roku będzie podobnie.

"Sounds of the Universe" nie jest płytą łatwo przyswajalną, głównie ze względu na brak komercyjnych hitów wypełniających najpopularniejsze albumy grupy. Jednak na nowej płycie zespołu jest parę melodyjnych kawałków które fani kapeli z pewnością dopiszą do listy swoich ulubionych piosenek. Należą do nich utwory:  "Wrong", "Hole to Feed", wybitnie synthpopowe kawałki "Peace" i "Come Back" oraz inspirowany bluesem oraz muzyką country "Miles Away/The Truth Is". Inną rzeczą z wysokiej półki jest krótki instrumentalny utwór autorstwa Martina Gore'a "Spacewalker", choć nie jest on tak dobry jak kawałki "Agent Orange" czy "Pimpf".

Nieprzychylny odbiór najnowszego krążka Depeche Mode przez wielu fanów grupy może być też podyktowany tym, że "Sounds of the Universe"  jest zwyczajnie za długi. 12. studyjny album grupy jest najdłuższą płytą w historii zespołu. Brak wielkich kompozycji spowodował najprawdopodobniej brak entuzjazmu towarzyszącemu każdej poprzedniej premierze Depeche Mode.

Yoko Ono i zespół z plastiku

augustc

rollingstonejohnlennonandyokoAnnieLeibovitz

Yoko Ono to ikona popkultury. Artystka stała się sławna po serii happeningów, uznanych za klasyczne przykłady sztuki współczesnej, a także dzięki małżeństwu z członkiem grupy The Beatles Johnem Lennonem. Yoko Ono praktycznie od samego początku trwającej pół wieku kariery tworzyła muzykę. Na samym początku jej radykalne, eksperymentalne kompozycje były częścią jej projektów teatralnych, z czasem artystka zdecydowała się wydawać swoją twórczość w formie tradycyjnych albumów długogrających.

Jej pierwszy krążek "Unfinished Music No.1: Two Virgin" z 1968 roku, wydany do spółki z mężem Johnem Lennonem wywołał skandal i oburzenie na świecie. Na okładce płyty znalazło się zdjęcie całkowicie roznegliżowanych artystów, podpisane cytatem z Księgi Rodzaju "I oboje byli nadzy, mężczyzna i jego żona, i się nie wstydzili". Album zawierający głównie różnego rodzaju efekty muzyczne, zniekształcone odgłosy i wokalne improwizacje Yoko Ono został rozjechany przez krytyków muzycznych. Krytyka była zresztą nieodłącznym elementem muzycznej twórczości Yoko Ono z lat 70. Jej płytom z tamtego okresu towarzyszyło niezrozumienie. Nic dziwnego. Radykalna muzyka artystki z lat 70. jest zbyt niekonwencjonalna i trudna w odbiorze dla masowego odbiorcy. Mimo że twórczości Yoko Ono z tamtych lat nie można polecić przeciętnym słuchaczom muzyki popularnej, to kompozycje pochodzącej z Japonii gwiazdy wywarły istotny wpływ na kształt sceny nowofalowej w latach 80. i dziś stanowią inspirację dla całej rzeszy artystów współczesnych.

Nagraniami Yoko Ono świat zainteresował się po raz pierwszy w 1980 roku. Wtedy to John Lennon i Yoko Ono zaprezentowali światu owoc ich wspólnych poszukiwań muzycznych - krążek "Double Fantasy". Płyta została ciepło przyjęta przez fanów i krytyków muzycznych i rozeszła się w wielomilionowym nakładzie. Swoje powodzenie album "Double Fantasy" zawdzięcza temu, że jest wypełniony przyjaznymi pop-rockowym piosenkami, niepozbawionymi artystycznych ambicji. Materiał napisany i nagrany przez Johna Lennona jest bardzo udany, jednak nie zaskakuje niczym. Piosenkarz skomponował parę dobrych utworów, które jednak w porównaniu do jego poprzednich osiągnięć wypadają dość blado. Piosenki Lennona z "Double Fantasy" są przebojowe, dowodzi tego chociażby powodzenie pierwszego singla z płyty, zainspirowanego twórczością Elvisa Presleya i Roya Orbisona "(Just Like) Starting Over", który zdobył szczyt zestawień muzycznych po obu stronach Atlantyku. O wiele ciekawszy jest jednak materiał stworzony przez wdowę po słynnym muzyku. Utwory Ono z tego krążka nie są kompozycjami rodem z innego wymiaru, chaotycznymi, pozbawionymi ładu kawałkami, jakie znajdują się na wczesnych płytach artystki. To zwyczajne piosenki, mające w sobie ładunek komercyjny. O ile utwory Lennona z tego okresu działalności, jak wspomniane "(Just Like) Starting Over" czy "Woman" można określić mianem radiowych standardów, to kompozycje Yoko Ono z tej płyty w większości przypadków stały się nowofalowymi klasykami i do dzisiaj stanowią wyzwanie i wielką frajdę dla odbiorców muzyki popularnej.

Sielanka Johna i Yoko została przerwana nagle w bardzo brutalny sposób 8 grudnia 1980 roku przez szalonego fana Johna Lennona Marka Chapmana, który zastrzelił piosenkarza przed wejściem do jego rezydencji The Dakota w Nowym Jorku. To był wielki szok i bardzo bolesny cios dla Yoko Ono, która przez długi czas nie mogła się pozbierać po tym wydarzeniu.

Po śmierci Lennona oczy całego świata zwróciły się na pewien czas na wdowę po wybitnym muzyku. Artystka znalazła się w prawdziwym świetle jupiterów dzięki świetnie ocenionemu albumowi "Season of Glass" wydanemu niecałe pół roku po zabójstwie piosenkarza oraz nagrodzie Grammy dla płyty "Double Fantasy" w kategorii album roku przyznanej przez Narodową Akademię Sztuki i Technikę Rejestracji w 1982 roku. Później postać Yoko Ono była cały czas obecna w popkulturze, aczkolwiek zainteresowanie jej twórczością było umiarkowane.

Yoko_Ono__Between_My_Head_and_the_Sky

Wydany w tym roku krążek "Between My Head and the Sky" raczej tej sytuacji nie zmieni, aczkolwiek warto posłuchać tego materiału, ponieważ pokazuje on, że Yoko Ono pomimo wieku (artystka skończyła w tym roku 76 lat) jest wciąż osobą pełną pomysłów, a jej twórczość może się równać z najciekawszymi wydawnictwami muzycznymi z ostatnich lat.

Najnowszy krążek Ono jest sygnowany nazwą Yoko Ono Plastic Ono Band, nie używaną od 1975 roku. Tak naprawdę do momentu wydania "Between My Head and the Sky" tylko jeden album był nagrany pod tą nazwą. Chodzi oczywiście o słynną płytę "Yoko Ono/Plastic Ono Band" z 1970 roku. W trakcie sesji nagraniowej do albumu "Yoko Ono/Plastic Ono Band" Yoko Ono wspierali John Lennon, Ringo Starr oraz basista Klaus Voormann. Obecnie skład Yoko Ono Plastic Ono Band jest zupełnie inny. Z oryginalnego składu Yoko Ono Plastic Ono Band pozostała tylko Yoko Ono. W składzie zespołu znajdują się znani przedstawiciele japońskiej alternatywy: Cornelius i Yuka Honda oraz syn Johna i Yoko – Sean Lennon. Mimo tego że skład grupy został całkowicie przemeblowany to najnowsze nagrania zespołu Yoko Ono przypominają klimatem stare awangardowe dokonania artystki z lat 70. Od dziwacznych, eksperymentalnych nagrań odróżnia je to, że utwory zawarte na "Between My Head and the Sky" są bardziej melodyjne, przez co można polecić je przeciętnym zjadaczom chleba. Wspomniana melodyka tych kompozycji spowodowała zapewne całą lawinę zachwytów, jakimi obdarzyli dziennikarze muzyczni ten krążek. "Excellent" – takim sformułowaniem określił płytę recenzent magazynu Uncut, który przyznał albumowi maksymalną ocenę 5. gwiazdek, "Fantastically cool, fearlessly weird" – okrzyknął dziennikarz Daily Telegraph. Bardzo wysokie oceny przyznali też krytycy największych branżowych pism i portali internetowych: NME, Q, Spin, Mojo oraz Pitchfork.

Bez wątpienia to wszystko sprawia, że mamy do czynienia z nie byle jakim wydarzeniem w świecie muzyki rozrywkowej. Laureatka nagrody Grammy w kategorii album roku powraca na scenę z płytą przed którą padają najbardziej wymagający recenzenci z najpoważniejszych pism muzycznych. Jaki jest "Between My Head and the Sky"? Kosmiczny. Na albumie zostały wymieszane różnorakie muzyczne style, począwszy od nowoczesnego techno, a skończywszy na nostalgicznym, knajpianym jazzie. Krążek rozpoczyna motoryczny, oparty na mocnej linii basu "Waiting For The D Train", którego najbardziej charakterystycznym elementem są obłąkańcze krzyki i wrzaski Ono. Mimo że "Waiting For The D Train" trudno nazwać piosenką w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, kompozycja zapada w pamięć. Jeszcze lepszy jest wybrany do promocji albumu elektroniczny, niemalże dyskotekowy "The Sun Is Down!" z powtarzanym przez Yoko jak mantra tytułem piosenki. W całkowitej opozycji do wyżej wymienionych piosenek stoi spokojna, jazzująca ballada "Memory of Footsteps". Pięknie zaaranżowana na fortepian, smyki i dęciaki kompozycja powinna przypaść miłośnikom łagodnych brzmień spod znaku twórczości Antony & the Johnsons. Nastrojowy kawałek płynnie przechodzi w odważne, pełne fantastycznych efektów dźwiękowych "Moving Mountains". Podczas słuchania tego utworu na myśl przychodzą wyspy wulkaniczne pełne tropikalnej roślinności i egzotycznych ptaków. Dużo jest na tej płycie ciekawych momentów. Oprócz najbardziej przebojowych fragmentów z początku płyty najbardziej w pamięć zapadają utwory najbardziej oryginalne - na przykład zainspirowany estetyką reggae "Hashire, Hashire", najgłośniejsze – zaliczyłbym do nich tytułową kompozycję z krążka "BETWEEN MY HEAD AND THE SKY" oraz najpiękniejsze – prawdziwą perłą jest tu piękna, fortepianowa ballada z samego końca płyty, zaśpiewana w języku japońskim "Higa Noboru". Całość wieńczy stwierdzenie Ono – "It’s me, I’m alive", jakby wokalistka chciała dowieść wszystkim, że cały czas tu jest i jest aktywną, poszukującą artystką. Obyłoby się bez tego zdania. Yoko Ono tą płytą pokazała nie tylko, że żyje, ale również, że rządzi w świecie muzycznej alternatywy.

Whitney Houston - I Look to You

augustc

whitneyhoustonilooktoyoualbumcover

Whitney Houston - I Look to You (2009) Arista

  1. Million Dollar Bill
  2. Nothin' But Love
  3. Call You Tonight
  4. I Look to You
  5. Like I Never Left
  6. A Song for You
  7. I Didn't Know My Own Strength
  8. Worth It
  9. For the Lovers
  10. I Got You
  11. Salute

Whitney Houston nie trzeba nikomu przedstawiać. Artystka jest legendą muzyki popularnej, mającą na koncie wiele niezapomnianych przebojów, między innymi jazzującą balladę "Saving All My Love for You" oraz przeróbkę soft-rockowego hitu Dolly Parton "I Will Always Love You". Jednak ostatnimi czasy piosenkarka przeżywała ciężkie chwile. Gwiazda była uzależniona od kokainy, cracku, leków nasennych i antydepresyjnych, z kolei jej dom według doniesień osób trzecich przypominał pobojowisko. Fanom krajało się serce gdy oglądali wycieńczoną i wychudzoną wokalistkę, która powoli staczała się na samo dno. Wielu postawiło na artystce krzyżyk. Jednak nieoczekiwanie Whitney Houston udało się wybrnąć z kłopotów. Najpierw przeszła dwa programy leczenia odwykowego, a następnie rozwiodła się z poniżającym ją mężem, piosenkarzem R&B Bobby'm Brown'em. Niedługo po tych wydarzeniach w 2007 roku wokalistka powróciła do studia, żeby rozpocząć pracę nad nowym materiałem. Efektem tej pracy jest krążek "I Look to You", który jest lepszy niż można się było tego spodziewać.

Pierwszym singlem promującym wydawnictwo był utwór tytułowy, napisany przez R. Kelly'ego. Numer "I Look to You" jednak nie zaskoczył słuchaczy. Piosenka dotarła zaledwie do 70. miejsca listy Billboardu, ale nie ma się czemu dziwić. Kawałek jest znośny, ale nie ma w nim  nic takiego co mogłoby przyciągnąć odbiorców. To po prostu zręcznie napisana, podniosła, fortepianowa ballada.
R. Kelly pisze lepsze piosenki, jak na przykład "Salute". Wymieniony wyżej utwór również znajduje się na najnowszym albumie pochodzącej z New Jersey gwiazdy, choć ten numer również nie ma szans na to by stać się sukcesem komercyjnym.

Duży komercyjny potencjał ma natomiast drugi singiel promujący wydawnictwo "Million Dollar Bill", jednak co ciekawe ten numer jak na razie także przepadł na listach przebojów. Kawałek został napisany przez najlepiej sprzedającą się piosenkarkę ostatnich lat Alicię Keys. "Million Dollar Bill" jest oparty jest na wybitnie zapadającym w pamięć samplu pochodzącym z piosenki "We're Getting Stronger" Loleatty Holloway, przez co oldschoolowy utwór już po pierwszym przesłuchaniu zapada w pamięć. Niepowodzenie piosenki "Million Dollar Bill" na listach przebojów tłumaczy być może to, że fani zamiast kupić singiel woleli nabyć nowy album wokalistki. Wszak "I Look to You" już w pierwszym tygodniu sprzedaży rozszedł się blisko w pół milionowym nakładzie i tym samym doszedł na szczyt wielu list przebojów w tym polskiej. Najważniejsze z tego wszystkiego jest to, że "I Look to You" to pierwszy numer 1. artystki w USA od czasu ścieżki dźwiękowej do filmu "The Bodyguard".

Krążek nie jest wybitny, ale słuchacze, którzy nabyli nowy album Whitney Houston dobrze wydali pieniądze. Płyta zawiera same przyjemne popowe piosenki, których dobrze się słucha. Najlepsze z tego zestawu są szybkie, dyskotekowe, oparte na dźwiękach syntezatorów utwory: "Nothin' But Love", "For the Lovers" oraz "A Song For You". Ten drugi numer został wyprodukowany przez Danję, który wraz z Timbalandem jest odpowiedzialny za brzmienie najlepszych i najbardziej motorycznych kawałków Nelly Furtado, natomiast "A Song For You" jest przeróbką starej ballady Leona Russella z 1970 roku.

Pet Shop Boys - Yes

augustc

pet_shop_boys__yes

01. Love etc. - 3:32
    02. All Over The World- 3:50
    03. Beautiful People - 3:41
    04. Did You See Me Coming? - 3:42
    05. Vulnerable - 4:50
    06. More Than a Dream - 4:58
    07. Building a wall - 3:49
    08. King of Rome - 5:31
    09. Pandemonium - 3:42
    10. The Way It Used To Be - 4:43
    11. Legacy - 6:22

Pet Shop Boys to dinozaury tanecznej muzyki pop - początki zespołu sięgają 1981 roku! To bardzo długi okres czasu jak na grupę wykonującą tego typu muzykę. Niedawno na rynku ukazała się nowa płyta zespołu zatytułowana "Yes", która nie jest tak mocna i przebojowa jak najbardziej znane dzieła kapeli z krążkiem "Actually" na czele, ale jest godna uwagi z kilku powodów. Przede wszystkim jest to pewnego rodzaju superprodukcja. Po wydaniu świetnie przyjętego albumu "Fundamental" z 2006 roku, za który Pet Shop Boys otrzymali trzy nominacje do nagrody Grammy, panowie Tennant i Lowe rozpoczęli pracę nad nowymi piosenkami. Do studia zaprosili produkcyjny team Xenomania, legendarnego gitarzystę The Smiths - Johnny'ego Marra, wokalistę The Human League - Philipa Oakeya oraz będącego na topie aranżera partii instrumentów smyczkowych Owena Palletta, pracującego przy produkcji takich albumów jak "Funeral" Arcade Fire czy "The Age of the Understatement" The Last Shadow Puppets. Tę przebogatą, pełną przepychu produkcję słychać na "Yes". W piosenkach zawartych na płycie można usłyszeć wiele smaczków produkcyjnych i aranżacyjnych - najlepszym tego przykładem są wszechobecne, patetyczne smyki London Metropolitan Orchestra zaaranżowane przez Palletta oraz harmonijka Marra w "Beautiful People". Jednak to nie ten utwór jest tym, który najbardziej pozostaje w pamięci po przesłuchaniu krążka.

Najbardziej zapadające w pamięć fragmenty "Yes" to: łagodny, precyzyjnie skonstruowany i zawierający zapadający w pamięć motyw klawiszowy elektroniczny utwór "Love Etc.", zwiewny, z ładną partią gitary akustycznej numer "Vulnerable", taneczne nagranie "Building a Wall" oraz piosenka "All Over the World". Ten ostatni kawałek może stać się dużym przebojem radiowym. Jest to niezwykle melodyjny utwór oparty na samplu pochodzącym z kompozycji Piotra Czajkowskiego "Dziadek do orzechów". Dzięki temu zabiegowi numer "All Over the World" od samego początku brzmi niezwykle znajomo, aczkolwiek nie ma się wrażenia, że gdyby nie geniusz rosyjskiego kompozytora kawałek byłby nijaki.

"Yes" to dobry i ciekawy materiał. Album jest dla Pet Shop Boys tym samym czym był dla New Order krążek "Get Ready" z 2001 roku, czyli "powrotem na salony". "Yes" jest bowiem najlepiej sprzedającą się płytą Pet Shop Boys od dawna. Album doszedł do 32. pozycji na liście Billboardu - najwyższej od 1993 roku i 4. miejsca w Wielkiej Brytanii - najwyższego od 1996 roku. Jedyną rzeczą jaka działa na jego niekorzyść jest to, że nie zawiera tanecznego killera w rodzaju "It's a Sin", "Heart" czy "Where the Streets Have No Name (I Can't Take My Eyes off You)".

Michael Jackson - ciemna strona mocy

augustc

michaeljackson1

W 1992 roku, po wydaniu czwartego studyjnego super albumu "Dangerous" z 1991 roku Michael Jackson był na absolutnym szczycie. Pod koniec lat 80. media nadały artyście przydomek "Król Popu", z kolei Biały Dom uhonorował piosenkarza nagrodą dla artysty dekady (wyróżnienie wręczył mu sam prezydent USA George H. W. Bush). Media również rozpisywały się o Jacksonie jako nie tylko utalentowanym muzyku, ale także wspaniałym człowieku, wrażliwym na losy świata, czemu artysta miał dać wyraz między innymi za pomocą takich piosenek, jak "We Are the World", "Man in the Mirror" czy "Heal the World", ale również wrażliwym na los drugiego człowieka. Dowodem na poparcie tej drugiej tezy miał być chociażby jeden z najbardziej dopracowanych utworów piosenkarza "Billie Jean", poświęcony psychicznie chorej fance Michaela Jacksona, podającej się za żonę muzyka i nachodzącej artystę w trakcie trasy macierzystego zespołu piosenkarza The Jacksons w 1981 roku.

Media jednak bardzo szybko zmieniły stosunek do muzyka po tym jak gwiazdor został po raz pierwszy oskarżony o molestowanie nieletnich w 1993 roku. Wtedy rozpoczęła się nagonka na wokalistę. Dziennikarze coraz częściej zaczęli zwracać uwagę na zmieniający się kolor skóry piosenkarza, liczne operacje plastyczne, którym się poddawał (według niektórych źródeł Michael Jackson chciał się upodobnić do innej megagwiazdy muzyki pop Diany Ross), a także na fakt, że artysta jest uzależniony od leków przeciwbólowych (po raz pierwszy miał je wziąć po wypadku jaki się przydarzył piosenkarzowi podczas kręcenia reklamówki dla Pepsi – wybuch iskier z jednego ze specjalistycznych urządzeń spalił muzykowi włosy i poważnie poparzył twarz). Co prawda plotkarskie media zawsze w jakiś sposób próbowały dowalić piosenkarzowi (chociażby podając swego czasu do publicznej wiadomości nieprawdziwą informację, że artysta kupił zwłoki Człowieka Słonia), z czego Jackson nie był specjalnie zachwycony - dał temu wyraz chociażby w doskonałych piosenkach "Leave Me Alone" i "Why You Wanna Trip On Me", ale wówczas te ataki znacząco się nasiliły.

Według dziennikarzy Michael Jackson przeszedł na ciemną stronę mocy - stał się wcielonym diabłem, szaleńcem nadmiernie ingerującym we własny wygląd i wykorzystującym nieletnich. W dodatku ego muzyka rozbuchało się niewyobrażalnych rozmiarów. W ramach promocji swojego 9. studyjnego albumu "HIStory" Jackson postawił kilka swoich pomników na świecie, natomiast w trakcie gali rozdania nagród BRIT w 1996 roku podczas wykonywania utworu "Earth Song" Jackson ubrany w białą szatę, otoczony dziećmi, obejmujący parę drzew przypominał Jezusa Chrystusa. Ten występ wywołał oburzenie na sali, zbulwersowany całą tą sytuacją inteligent, lider alternatywnego zespołu Pulp - Jarvis Cocker wybiegł na scenę, wypiął pośladki w kierunku Jacksona, zatańczył i zszedł ze sceny.

Album "HIStory" został średnio przyjęty przez krytyków muzycznych, ale nie ma się co dziwić, w końcu artysta zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko. Jednak znalazło się na nim parę wartych uwagi utworów, między innymi: zawierająca mnóstwo sampli z różnego rodzaju kompozycji oraz wypowiedzi znanych osób piosenka tytułowa, będący efektem kooperacji Jacksona ze słynnym raperem Notoriousem B.I.G. kawałek "This Time Around", przeróbka piosenki grupy The Beatles (której MJ był wielbicielem) "Come Together" oraz zobrazowana wyjątkowo naturalistycznym teledyskiem (w którym wystąpił gwiazdor wraz z żoną Lisą Marie Presley) ballada R&B "You Are Not Alone". Ten ostatni utwór napisany dla Jacksona przez R. Kelly'ego był ostatnim wielkim sukcesem singlowym muzyka w Stanach Zjednoczonych (był to ostatni kawałek gwiazdora, który doszedł do 1. miejsca Billboardu, ostatni, który pokrył się platyną w USA, ale też pierwszy singiel męskiego solisty w historii muzyki rozrywkowej, który zadebiutował na szczycie listy Billboardu) i ostatni wielki sukces artystyczny Jacksona – utwór otrzymał nominację do nagrody Grammy w kategorii piosenka roku.

Późniejsze dokonania muzyczne Króla Popu prezentowały się znacznie gorzej. Kolejna studyjna płyta "Invincible" z 2001 roku została bardzo chłodno przyjęta przez recenzentów, ale nie ma się czemu dziwić - była zdecydowanie słabsza od poprzednich wydawnictw i nie było na niej przeboju na miarę tych z poprzednich płyt. Mimo to zajęła 1. miejsca na listach przebojów w wielu krajach, między innymi w USA i w Wielkiej Brytanii. Jackson bez przeboju poruszającego masową wyobraźnię znów był jednym z najlepiej sprzedających się wykonawców. W tym czasie media po raz kolejny zaczęły podawać do wiadomości publicznej informacje o kolejnych operacjach plastycznych, zabiegach wybielających skórę i uzależnieniach Michaela Jacksona. Wszystko przez to, że skóra gwiazdora stała się trupio blada, artysta wyglądał niezwykle staro, w dodatku odpadł mu poddawany wielu zabiegom chirurgicznym nos. W dodatku w 2003 roku gwiazdor został ponownie oskarżony o molestowanie nieletnich. Ostatecznie sąd wydał wyrok uniewinniający, jednak niesmak pozostał, nawet ławnicy zasiadający w ławie przysięgłych mieli duże wątpliwości.

Michaelowi Jacksonowi niestety nie udało się powrócić na scenę. Artysta zmarł najprawdopodobniej na zawał serca spowodowany najpewniej niechlujnym trybem życia (gwiazdor nadużywał różnego rodzaju leków, alkoholu i najprawdopodobniej narkotyków). Po tej dramatycznej, szekspirowskiej postaci, mającej niejako dwa oblicza: czarne i białe, jasną i ciemną stronę pozostało wiele wspaniałych, iście królewskich hitów, które na zawsze zmieniły bieg historii muzyki popularnej.

Nikt nie był wobec tych przebojów obojętny (wszystkie przeboje można obejrzeć na oficjalnej stronie piosenkarza), nawet artyści wykonujący rocka alternatywnego, między innymi: punkrockowa, niemiecka grupa The Bates, Chris Cornell znany głównie z Soundgarden, Alien Ant Farm, Ian Brown z brytyjskiej grupy Stone Roses (piosenkarz w swoim, flegmatycznym stylu wyśpiewał między innymi utwór "Thriller"), pop punkowy Fall Out Boy, nasz polski Closterkeller, muzycy reprezentujący scenę rap (P. Diddy, The Game, 50 Cent czy nieżyjący już, uznawany za geniusza w swoim fachu, producent J Dilla), a także wspomniani w poprzednim tekście: Eddie Van Halen, Paul McCartney i Stevie Wonder.

Śmierć Michaela Jacksona jest nie tylko smutnym zakończeniem dramatycznej historii niezwykle utalentowanego muzyka, ale również symbolicznym końcem epoki telewizji, która tak naprawdę zakończyła się kilka lat wcześniej. Wszyscy żyjemy już dawno w zupełnie innym świecie, zdominowanym przez inne medium – Internet, które jeszcze swojego króla nie ma, bo on się dopiero rodzi. A kto nim ostatecznie zostanie, pewnie dowiemy się już niedługo, w końcu tron nie może być pusty.

Michael Jackson - jasna strona mocy

augustc

Michael Jackson w czasach największej świetności

Gdy 25 czerwca 2009 roku świat obiegła szokująca wiadomość o śmierci największego gwiazdora muzyki rozrywkowej w historii wiele osób nie mogło w nią uwierzyć. Dużo było takich osób, które wiadomość podaną na łamach plotkarskiego serwisu TMZ.com traktowało jako kolejny chwyt marketingowy mający zwiększyć zainteresowanie piosenkarzem – w końcu za niecałe trzy tygodnie miał się rozpocząć cykl 50 londyńskich koncertów mającym być pożegnanie artysty ze sceną, w planach było też wydanie płyty z nowym materiałem, nagrywanym wraz z szeregiem wykonawców młodego pokolenia, między innymi z liderem będącego na szczycie Black Eyed Peas, Will.i.am'em. Jednak parę minut później informacja została potwierdzona przez poważniejsze media: Los Angeles Times i Associated Press. O godzinie 1:30 czasu polskiego porucznik Fred Corral, koroner miasta Los Angeles w wywiadzie dla CNN powiedział, że artysta zmarł o godzinie 14:26 czasu lokalnego (23:26 czasu polskiego). Nieprawdopodobna, szokująca dla wszystkich wiadomość stała się faktem.

W ciągu ostatnich kilu lat wielu odeszło wielu wybitnych artystów, jednak żaden zgon, nawet śmierć George'a Harrisona, członka The Beatles - najwybitniejszego zespołu w historii muzyki popularnej nie wywołał takiej sensacji. Śmierć Jacksona wzbudziła takie emocje, ponieważ artysta był ikoną popkultury i funkcjonował w masowej wyobraźni tak jak nieistniejący naprawdę bohaterowie komiksowi, czyli jak postać w pewien sposób nieśmiertelna. Michael Jackson nie przypadkowo był postrzegany w ten sposób. Mimo że w mediach mówi się o odejściu utalentowanego muzyka, profesjonalisty w każdym calu, to piosenkarz wspomnianą nieśmiertelność zawdzięczał działaniom na zupełnie innych polach, tj. operacjom plastycznym, zmianie koloru skóry, rewolucyjnym teledyskom, niewiarygodnym spektaklom scenicznym oraz dziwnym, nieracjonalnym zachowaniem (piosenkarz między innymi sypiał z młodymi chłopcami i hodował szympansa na należącym do niego ranczu Neverland).

Michael Jackson wbrew pozorom zostawił po sobie ogromny dorobek artystyczny. Wiele jego nagrań jest wartych poznania, ponieważ jest to prawdziwa klasyka muzyki popularnej, której niestety młodzi ludzie nie znają. Piosenkarz zadebiutował w bardzo młodym wieku w rodzinnym zespole The Jacksons 5. Kapela wykonywała mieszankę muzyki pop, soulu oraz funku, określaną przez dziennikarzy mało zaszczytnym określeniem bubblegum pop. Jednak to dzięki tej formacji muzyk stał się profesjonalistą, doświadczonym o wiele bardziej od niejednego artysty w branży w bardzo młodym wieku. W wieku 20 lat miał na koncie blisko 20 albumów, w tym 4 solowe. Co prawda wczesne dokonania piosenkarza nie są zbyt dobrze oceniane przez krytyków, ale to dzięki nim muzyk niezwykle się rozwinął i mógł już w 1979 roku zaprezentować dojrzały, w głównej mierze taneczny krążek "Off the Wall", doskonale przyjęty przez recenzentów. To dzięki sławie jaką osiągnął z The Jacksons 5 miał szansę współpracować przy produkcji albumu z najwybitniejszymi przedstawicielami muzyki rozrywkowej: Paulem McCartneyem, Stevie'm Wonder'em i Quincy Jonesem. Dwóch pierwszych nikomu nie trzeba przedstawiać, jednak warto zatrzymać się na chwilę przy postaci Jonesa, laureata 27 nagród Grammy (w tym za najlepszy album roku "Back on the Block" z 1989 roku). To legendarny aranżer, kompozytor i trębacz wyprodukował 5. studyjny album Michaela Jacksona, dzięki czemu był to produkt niemalże doskonały w swoim gatunku, zawierający takie taneczne arcydzieła jak: "Don't Stop 'til You Get Enough" czy "Rock with You" – obydwa przeboje doszły do szczyt amerykańskiego Billboardu i sprzedały się w ilości ponad miliona egzemplarzy każdy.

Quincy Jones był też producentem kolejnej płyty artysty "Thriller" z końca 1982 roku, najlepiej sprzedającego się albumu w historii muzyki rozrywkowej (na świecie rozeszło się ponad 100 milionów egzemplarzy tego krążka). "Thriller" był pilotowany przez spokojną, romantyczną balladę "The Girl Is Mine" wykonaną do spółki z Paulem McCartneyem dającą mylne pojęcie o nowym, niezwykle przebojowym i dynamicznym materiale, określanym bardzo często przez krytyków jako najlepszym zestawie piosenek w historii muzyki pop. Album rozpoczyna się tanecznym "killerem", niezwykle rytmicznym "Wanna Be Startin' Something". Na szczególną uwagę zasługuje końcowy fragment funkującego utworu, w którym chórek zaaranżowany przez Jacksona wyśpiewał kilkakrotnie charakterystyczną frazę "Mama-se, mama-sa, ma-ma-coo-sa", zaczerpniętą z twórczości kameruńskiego saksofonisty Manu Dibango (konkretnie z kawałka "Soul Makossa"). Jednak Michael Jackson przy nagrywaniu dzieła inspirował się nie tylko "czarną muzyką", ale też modną na początku lat 80. sceną heavy metalową. To był powód dla którego artysta skontaktował się w trakcie nagrywania albumu z gitarzystą będącej na szczycie formacji Van Halen - Eddiem Van Halenem. Efektem tej kooperacji jest oszałamiający kawałek "Beat It" ze słynnym gitarowym solem Van Halena, nagrodzony nagrodą Grammy w kategoriach: nagranie roku oraz najlepszy wokalny utwór rockowy wykonywany przez mężczyznę. Łącznie muzyk za album "Thriller" i wydawnictwa z nim powiązane zdobył 8 nagród Narodowej Akademii Sztuki i Techniki Rejestracji - 7 w 1984 roku i jedną w 1985 roku za najlepszy, długometrażowy muzyczny film "Making Michael Jackson's Thriller".

Nie można w związku z tym wyróżnieniem nie wspomnieć, że to właśnie Michael Jackson przyczynił się do rozwoju teledysków. Jego teledyski do utworów "Billie Jean", "Beat It" i "Thriller" robiły w pierwszej połowie lat 80. wielkie wrażenie. Szczególnie niesamowite wrażenie robił klip do ostatniego z tych utworów, blisko 14-minutowy, kiczowaty mini-horror wyreżyserowany przez hollywoodzkiego reżysera Johna Landisa ("Blues Brothers", "Amerykański wilkołak w Londynie"). Jednak największym przebojem Michaela Jacksona z 6. studyjnej płyty stał się kawałek "Billie Jean" - pierwszy utwór artysty, który dotarł do 1. miejsca list przebojów w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Opowiadająca o ciemnych aspektach miłości piosenka stała się hitem nie tylko z powodu świetnego wideoklipu, ale również dzięki perfekcyjnej aranżacji, nad którą artysta pracował kilka tygodni (muzyk za wszelką cenę chciał napisać idealną partię basu, w znaczący sposób przyczynił się też do brzmienia syntezatorów w tej piosence). Mordercza praca w studiu nad "Billie Jean" opłaciła się, to za ten utwór Jackson otrzymał dwie nagrody Grammy w kategoriach: najlepszy wokalny utwór R&B wykonany przez mężczyznę oraz najlepsza piosenka R&B. "Billie Jean" była jeszcze nominowana w jednej z najbardziej prestiżowych kategorii - piosenka roku (nagrodę jednak zgarnął Sting za utwór z repertuaru The Police "Every Breath You Take").

Michael Jackson otrzymał jednak nagrodę Grammy za najlepszą piosenkę roku w 1986 roku za utwór "We Are the World". Podniosła, patetyczna pieśń została napisana przez artystę do spółki z Lionelem Richie. Miała ona uświadomić skalę problemu jaką był głód w Afryce Wschodniej. Piosenka nagrana i zaśpiewana przez Jacksona wraz z najwybitniejszymi przedstawicielami amerykańskiej muzyki rozrywkowej, między innymi z Bobem Dylanem, Paulem Simonem, StevieWonderem, Billym Joelem i Bruce'm Springsteenem sygnowana nazwą USA for Africa doskonale spełniła swoją rolę, tj. poruszyła serca i kieszenie Amerykanów.

W latach 80. Michael Jackson wydał jeszcze jeden niezwykle przebojowy krążek, "Bad" z 1987 roku. To właśnie "Bad" jest tym albumem, z którego zostało wykrojonych 5 singli, które doszły do 1. miejsca listy Billboardu (nikomu wcześniej, ani później się ta sztuka nie udała). Co ciekawe największą popularnością ze wszystkich piosenek z "Bad" cieszyła się romantyczna ballada "I Just Can't Stop Loving You" wykonana wraz z piosenkarką Siedah Garrett, tak jak w przypadku "The Girl Is Mine" nic nie mówiąca słuchaczom o albumie jako całości ("Bad" do dnia dzisiejszego jest kojarzony z motorycznymi, wpadającymi w ucho kawałkami w stylu "Dirty Diana", "Bad" czy "Smooth Criminal"). Dziś ten kawałek jest prawie nieznany, a wszystko dlatego, że nie został nakręcony do niego teledysk. To wszystko jeszcze raz tłumaczy nieprawdopodobną popularność Michaela Jacksona – był on produktem w dużej mierze stworzonym przez media, przede wszystkim przez bijącą w latach 80. i 90. stację muzyczną MTV. Później gdy Michael Jackson symbolicznie przeszedł na "ciemną stronę mocy" media będą systematycznie go niszczyć.

Michael Jackson 1958-2009

augustc

Król Popu - oczywiście pośrodku, takim jakim warto go zapamiętać

Najsłynniejszy piosenkarz w historii muzyki popularnej Michael Jackson zmarł 25 czerwca 2009 roku z powodu zatrzymania akcji serca. Zgon stwierdzono o godzinie 23:26 polskiego czasu. Najprawdopodobniej jeszcze dzisiaj dojdzie do autopsji, w celu ustalenia przyczyny śmierci artysty.

Szerzej o twórczości Króla Popu wkrótce.

DJ Hell - Teufelswerk

augustc

dj_hell__teufelswerk

DJ Hell - Teufelswerk (2009) International DeeJay Gigolo Records

Disc: 1
  1. U Can Dance
  2. Electronic Germany
  3. The DJ
  4. The Disaster
  5. Badyfarm2
  6. Hellracer
  7. Wonderland
  8. Friday, Saturday, Sunday

Disc: 2
  1. Germania
  2. The Angst
  3. The Angst, Pt. 2
  4. Carte Blanche
  5. Nightclubbing
  6. I Prefer Women to Men Anyway
  7. Action (Interlude)
  8. Hell's Kitchen

Helmut Josef Geier, znany bardziej jako DJ Hell nie jest typowym muzykiem, artystą regularnie wydającym płyty, którego utwory można usłyszeć w radiu, a teledyski zobaczyć w telewizji. Jednak DJ Hell to postać niezwykle szanowana, muzyk niesamowicie aktywny, mająca niebagatelny wpływ na kształt współczesnej sceny muzyki elektronicznej. Helmut Josef Geier w głównej mierze zajmuje się didżejowaniem. Artysta sprawuje także pieczę nad założoną przez siebie wytwórnią International DeeJay Gigolo Records, stanowiącą prawdziwą kuźnię talentów muzyki electroclash. To właśnie w założonym przez Geigera gnieździe wykluł się jeden z największych talentów tej sceny – amerykański duet Fischerspooner. Helmut Josef Geier czasem też coś nagrywa. Na rynku pojawiło się kilka studyjnych albumów autorstwa Geiera. Wszystkie zostały okrzyknięte wydarzeniami artystycznymi. Nie inaczej stało się z najnowszym studyjnym dziełem Niemca - monumentalnym, dwupłytowym krążkiem "Teufelswerk", którego tytuł w tłumaczeniu na język polski brzmi „Robota diabła”.

Płytę otwiera najbardziej piosenkowy fragment "Teufelswerk" - utwór "U Can Dance" nagrany do spółki z nieco zapomnianą gwiazdą muzyki pop lat 80.,  wokalistą grupy Roxy Music – Bryanem Ferry. Aczkolwiek określenie piosenka w stosunku do otwierającego album "U Can Dance" nie jest najszczęśliwsze - kompozycja trwa blisko 10 minut, a jej podstawą jest mocny, dyskotekowy bit. Mimo tego, że utwór nie jest w szczególny sposób rozbudowany, nie ma w nim wielu wątków, to nie sposób się nudzić w trakcie jego słuchania – wszystko dzięki tasiemcowatym partiom klawiszy kojarzącym się z twórczością  gigantów sceny elektronicznej - Kraftwerk. Skojarzenia z kapelą z Düsseldorfu są jeszcze większe w trakcie słuchania drugiej kompozycji z "Teufelswerk" – „Electronic Germany”, utworowi, będącemu jednym z najwspanialszym hołdów dla grupy Ralfa Hüttera.

Później przychodzi największe zaskoczenie. Utwór "The DJ" rozpoczyna się od wyjątkowo wulgarnej nawijki autorstwa popularnego rapera P. Diddiego, wykonawcy przebojów: "Can’t Nobody Hold Me Down" i "I’ll Be Missing You" ("motherfucker, don’t be a crowd pleaser, cock sucker, ass kisser, motherfucker dj – play 20 minut version for 2 motherfuckers, who’ll understand it"). Rapowane kwestie Seana Combsa odwracają trochę uwagę od muzyki w tym kawałku, a szkoda, ponieważ kompozycja charakteryzuje się wyjątkową finezją – Helmut Josef Geier dał w "The DJ" upust swoim muzycznym fantazjom prezentując cały zestaw wyjątkowo ciekawych muzycznych wariacji.

Jednak zdecydowanie najlepszym utworem z pierwszego krążka "Teufelswerk", zatytułowanego "Night" jest "Bodyfarm 2", będący efektem kooperacji Dj-Hella z zaprzyjaźnionym artystą Anthonym Rotherem. Ten monotonny kawałek nie byłby tym czym jest bez przetworzonego przez vocoder wokalu, charakteryzującego muzykę Rothera oraz genialnej syntezatorowej wstawki imitującej dźwięk akordeonu. Pozostałe utwory z krążka "Night" również są godne uwagi, aczkolwiek nie zapadają tak w pamięć jak wyżej wymienione utwory.

Druga część "Teufelswerk" zatytułowana, jakżeby inaczej "Day" jest zdecydowanie ciekawsza i bardziej nostalgiczna - DJ Hell odwołuje się w niej do muzyki lat 70., w szczególności do rocka progresywnego. W utworach zawartych na tym krążku jest wiele nawiązań do nagrań Tangerine Dream, Can, Pink Floyd i rzecz jasna Kraftwerk. Zainspirowane muzyką filmową piękne miniaturki: "Carte Blanche", "Nightclubbing" oraz "Action Interlude" wydają się być idealne. Wykastrowana z gitar przeróbka starego hitu space rockowego zespołu Hawkwind "Silver Machine" intryguje, z kolei wielowątkowa kompozycja "The Angst…The Angst Part 2", będąca niczym innym jak prog-rockową suitą, wzorowaną na tych z lat 70., wzbudza podziw. Jednak ze wszystkich kompozycji z "Day" najlepsza jest ta najbardziej oczywista, najbardziej klasyczna, przywołująca ducha Tangerine Dream oraz utworu "Autobahn" grupy Kraftwerk  - "Germania".

"Teufelswerk" nie jest tak wielkim albumem jak to sugerują brytyjscy dziennikarze z "The Guardian" i "NME", aczkolwiek monumentalne wydawnictwo Niemca jest naprawdę godne uwagi. To bardzo ciekawe wydawnictwo DJ-a Hella, nagrane przy udziale wielkich, znanych na całym świecie postaci muzycznej sceny, stanie się najpewniej najbardziej rozpoznawalnym dziełem tego muzyka.

© Popmusik
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci