Menu

Popmusik

Strona o muzyce popularnej

Wpisy otagowane : Grammy

Sam Smith - In the Lonely Hour

augustc

Sam Smith - In the Lonely Hour

Sam Smith - In the Lonely Hour (2014) Capitol

01. Money on My Mind – 3:12
   02. Good Thing – 3:21
    03. Stay with Me – 2:52
    04. Leave Your Lover – 3:08
    05. I'm Not the Only One – 3:59
    06. I've Told You Now – 3:30
   07. Like I Can – 2:47
    08. Life Support – 2:53
    09. Not in That Way – 2:52
    10. Lay Me Down – 4:13

Gdy pod koniec 2014 roku zostały ogłoszone nominacje do prestiżowych nagród Grammy niewiele osób myślało, że urodzony w 1992 roku wokalista soulowy Sam Smith może mieć cokolwiek wspólnego z legendą rocka progresywnego Jeffem Lynnem. W styczniu 2015 roku do publicznej informacji podano, iż do listy twórców największego przeboju Sama Smitha "Stay With Me", piosenki nominowanej do trzech nagród Grammy zostali dopisani Tom Petty oraz Jeff Lynne. Petty i Lynne są autorami piosenki "I Won't Back Down" Toma Petty, której melodia jest podobna do tej z utworu Smitha. Southern rockowy numer z 1989 roku "I Won't Back Down" z soulowym kawałkiem z elementami muzyki gospel "Stay With Me" ma niezbyt wiele wspólnego, ale Smitha łączy z Lynnem coś więcej niż tylko wspomniane piosenki.

Jeff Lynne jako członek grupy Electric Light Orchestra jest twórcą jednego z największych dzieł w historii muzyki popularnej, koncepcyjnego albumu z gatunku rocka symfonicznego "Eldorado" z 1974 roku. Gdy się słucha takich numerów jak "Good Thing", "I'm Not The Only One" czy "Lay Me Down" z płyty Smitha mimowolnie do głowy przychodzą wspaniałe, rozbuchane, wysmakowane utwory Lynne'a sprzed 40 lat, zaaranżowane na zespół rockowy, chór i orkiestrę. Żaden z utworów Smitha z płyty "In the Lonely Hour" nie może się równać z fragmentami nieco zapomnianego arcydzieła Electric Light Orchestra, aczkolwiek Smith jest od Lynne'a zdecydowanie lepszym wokalistą i nikt temu nie może zaprzeczyć. W każdym bądź razie Smitha i Lynne'a łączy zamiłowanie do wyrafinowanych, filmowo zaaranżowanych piosenek.

W najbliższy weekend wszystkie oczy będą zwrócone jednak na Sama Smitha, który będzie jednym z bohaterów 57. rozdania nagród Grammy. Smith jest nie tylko jednym z najbardziej utalentowanych soulowych wokalistów w historii, ale to również zadeklarowany homoseksualista, mający za sobą tragiczny zawód miłosny oraz człowiek wciąż borykający się z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi. W jednej z kluczowych kategorii za album roku krytycy będą wybierać pomiędzy płytą Smitha a najnowszym, wybitnym dziełem Becka "Morning Phase", artysty należącego do Kościoła Scjentologicznego. Szykuje się więc niezwykle emocjonujący pojedynek pomiędzy dokonaniami dwóch niezwykłych osobistości muzycznego świata.

Daft Punk - Random Access Memories

augustc

Daft Punk - RAM

Daft Punk Grammy

Punk

Najnowszy album francuskiego duetu Daft Punk "Random Access Memories" osiągnął najbardziej spektakularny sukces w historii muzyki elektronicznej oraz w historii francuskiej muzyki popularnej. Rok temu nikt nie dałby złamanego grosza za to, że grupa zdobędzie popularność gdziekolwiek poza salami klubów z muzyką house. Jednak już pierwszy singiel z nowej płyty Francuzów, nawiązujący do muzyki dyskotekowej lat 70., "Get Lucky" wywołał euforię wśród słuchaczy. Utwór w którym gościnnie zaśpiewał jeden z najpopularniejszych amerykańskich wokalistów r&b Pharell Williams dotarł do 1. miejsca listy przebojów w Wielkiej Brytanii i o mały włos nie stałby się największym hitem sprzedaży 2013 roku w tym kraju. Równie wielki sukces kawałek odniósł w innych krajach na świecie, między innymi w Stanach Zjednoczonych, gdzie łeb w łeb ścigał się na listach przebojów z "Can't Hold US" Macklemora oraz "Blurred Lines" Robina Thicke. Francuski duet walczył dzielnie, przegrał bitwę na przeboje na froncie amerykańskim, ale ostatecznie utarł nosa rywalom na gali rozdania statuetek Grammy 26 stycznia 2014 r., gdzie zgarnął pięć nagród.

Funkowy numer "Get Lucky" został wyróżniony w kategorii nagranie roku i tym samym definitywnie stał się największym i najważniejszym kawałkiem kapeli, przebijając legendarne "Da Funk" oraz "Around the World". Najważniejsza nagroda również powędrowała do Francuzów. "Random Access Memories" został nagrodzony statuetką Grammy w kategorii album roku. Jest to laur jak najbardziej zasłużony, biorąc pod uwagę jak bardzo przebojowy jest ten krążek, w przeciwieństwie na przykład do równie wysoko ocenionego albumu Kendricka Lamara "Good kid, M.A.A.D. City". Oprócz "Get Lucky" największy potencjał komercyjny mają funkowy numer "Lose Yourself to Dance", zaśpiewany również przez Pharella Williamsa oraz synthpopowy "Instant Crush" z gościnnym udziałem Juliana Casablancasa z rockowej grupy The Strokes. Wyżej wymienione kawałki zostały wydane na singlach, chociaż komercyjnego sukcesu "Get Lucky" nie powtórzyły.

Francuscy muzycy nagrywając najnowsze dzieło byli zapatrzeni w muzykę lat 70., między innymi w dzieła Fleetwood Mac, Pink Floyd, Steely Dan, dlatego też album został nagrany przez muzyków w krwi i kości, bez użycia komputerów. W studiu znajdowały się jedynie staromodne wokodery, automat perkusyjny oraz syntezator. Dzięki temu "Random Access Memories" to płyta, gdzie pełno jest pięknych solówek perkusyjnych, klawiszowych i gitarowych. Najciekawsze znajdują się w najlepszym i najdłuższym utworze na płycie "Giorgio by Moroder", będącym wspaniałym hołdem dla włoskiego artysty.

Jednak to nie gitarowe solówki, a zabiegi aranżacyjne wywołały zaskoczenie wśród fanów muzyki house. Dźwięki gitar pojawiały się w muzyce duetu już nie raz, chociażby w hicie "Robot Rock" z poprzedniej studyjnej płyty zespołu. Dla przykładu w utworze "Touch" oprócz kosmicznej elektroniki typowej dla francuskiej sceny elektronicznej pojawia się sekcja dęta, smyczki oraz chór. Takich smaczków jest całe mnóstwo. Mimo tych wszystkich zabiegów dźwiękowych i aranżacyjnych słuchacze mają świadomość, że obcują z dziełem Daft Punk. Chwała zespołowi za to, że udało mu się nagrać tak piękną i przebojową płytę łącząca różne muzyczne gusta.

Nagrody 2010

augustc

The xx

Dużo wody upłynęło w rzekach od czasu przyznania ostatniej Barclaycard Mercury Prize, jednak o tym wydarzeniu piszę z dużym opóźnieniem i wielkim niesmakiem. Nigdy w historii tej nagrody nie zdarzyło się, żeby płyty do niej nominowane były tak nijakie i irytujące. Wyjątkowo męczący okazał się debiutancki krążek londyńskiego indie-folkowego kwartetu Mumford & Sons "Sigh No More", na którym można znaleźć takie perełki jak: "Thistle & Weeds" czy "Dust Bowl Dance", jednak generalnie słuchając patetycznego i modnego do bólu dzieła brytyjskich artystów nabawić się wstrętu do muzyki alternatywnej. Co ciekawe twórczość Mumford & Sons trafiła w Australii i Stanach Zjednoczonych na podatny grunt. W krainie kangurów album "Sigh No More" dotarł do 1. miejsca listy przebojów i bił rekordy popularności, z kolei Amerykanie przyznali trubadurom dwie nominacje do nagród Grammy, w tym dla najlepszego nowego artysty. Nagroda na szczęście nie trafiła do rąk członków grupy Mumford & Sons, jednak wyróżnienie zdobył młodziutki, niedoświadczony zespół The xx, wzorujący się na kawałkach grup The Cure oraz Pixies, również nie zasługujący na laury. Zdecydowanie najlepiej i najbardziej intrygująco z całego, mętnego zestawu wykonawców nominowanych do Mercury Prize wypadła kapela Wild Beasts, kolejny świetny zespół wydający płyty w wytwórni Domino Records (to właśnie z tej stajni wyjeżdżają na rynek płyty tak ważnych twórców jak: Animal Collective, Franz Ferdinand czy Arctic Monkeys).

Cee Lo Green

O dziwo o wiele lepsze wrażenie robi lista nominowanych artystów do nagród Grammy, chociaż oczywiście nie mogło zabraknąć paru niespodzianek. Największą sensacją jest nominacja dla krążka "Teenage Dream" Katy Perry w najbardziej prestiżowej kategorii album roku (aczkolwiek tę sytuację przewidziałem w jednym z poprzednich postów). Zaskoczeniem jest także brak nominacji w kategorii album roku rap dla ulubieńca amerykańskich krytyków Big Boi'a za krążek "Sir Lucious Left Foot: The Son of Chico Dusty". Członek duetu Outkast musi się zadowolić nominacją w drugorzędnej kategorii najlepszy utwór rap wykonywany przez duet lub grupę za znakomity kawałek "Shutterbug" wykonany do spółki z Cutty'm. Jeżeli chodzi o ogół nominacji obyło się bez większych rewelacji. W kategorii nagranie roku zmierzą się trzy największe hiciory ostatnich miesięcy, będące jednocześnie znakomitymi kawałkami: "Love The Way You Lie" Eminema i Rihanny, "Empire State Of Mind" Jaya-Z i Alicii Keys oraz "Need You Now" Lady Antebellum. Stawkę uzupełniają nagrania R&B: "Fuck You" Cee Lo Green'a oraz "Nothin' On You" B.O.B.'a i Bruno Marsa, jednakże tym dwóm nagraniom nikt nie daje zbytnich szans na sukces. Nie chodzi o to, że piosenki są złe, jednak Cee Lo Green oraz B.O.B. w porównaniu do Jay-a Z czy Rihanny sa malutcy jak mrówki w świecie muzycznego show-biznesu.

W kategorii album roku oprócz wspomnianej Katy Perry zostali nominowani następujący artyści: Lady Gaga za wypełnione przebojowymi nagraniami EP "The Fame Monster" (oprócz oczywistych hitów "Alejandro" oraz "Telephone" na płytce znajdują się między innymi: słodka, fortepianowa ballada inspirowana nagraniami Queen oraz Eltona Johna z lat 70. "Speechless" oraz zapadająca w pamięć, szybka, synthpopowa rąbanka "Dance in the Dark"), grupa Lady Antebellum za country-popowy krążek "Need You Now", Eminem za swój najbardziej przebojowy album w karierze (i najlepszy od czasu słynnego "The Marshall Mathers LP") "Recovery" oraz co jest przyjemną niespodzianką in plus, zespół Arcade Fire za płytę "The Suburbs". Album Arcade Fire jest chyba najsłabszą pozycją w dyskografii Kanadyjczyków, jednak przez wielu krytyków to właśnie ten krążek jest uważany za najlepsze dzieło wydane w 2010 roku.

Bardzo ambitne pozycje znajdują się w kategorii piosenka roku. Oprócz "Love The Way You Lie" Eminema i "Need You Now" Lady Antebellum członkowie Akademii wyróżnili piękną, odnoszącą się do najlepszych folkowych tradycji balladę "Beg Steal or Borrow" autorstwa uznanego pieśniarza Raya LaMontagne'a, dowcipna, sarkastyczna, naładowana mnóstwem pozytywnej energii piosenka "Fuck You!" Ce Lo Green'a oraz utwó  "The House That Built Me" w wykonaniu ślicznej, młodziutkiej supergwiazdy muzyki country Mirandy Lambert.

Bardzo ciekawie przedstawia się sytuacja w kategorii najlepsza wokalna kooperacja pop. Tutaj w szranki stanie dwóch gigantów muzyki rozrywkowej: Herbie Hancock oraz Elton John. Pierwszy za sprawą superprojektu Imagine, w ramach którego doskonale zinterpretował klasyczne nagranie Johna Lennona "Imagine" i zaprosił do jego wykonania cały tłum wybitnych artystów: kongijską grupę Konono No. 1, genialnego gitarzystę Jeffa Becka, Seala, India.Arie, Pink oraz Oumou Sangare. Elton John jest z kolei nominowany za klasyczny już kawałek "If It Wasn't For Bad" wykonany do spółki z Leonem Russellem (krążek obu panów ukazał się po 30 września 2010 roku, z racji tego nie mógł być nominowany do nagród Grammy za 2010 rok). Stawkę uzupełniają dość ciekawe hiciory: "Airplanes, Part II" B.O.B.'a, Eminema i Hayley Williams (wydaje mi się, że pierwsza część Airplanes jest ciekawsza), "California Gurls" Katy Perry i Snoop Dogga oraz "Telephone" Lady Gagi i Beyonce.

Zdecydowanie największe zdumienie wzbudziła jednak nominacja dla Christophera Tina za kawałek "Baba Yetu" w kategorii najlepsza instrumentalna aranżacja towarzysząca wokalistom. Kompozycja została nagrana bardzo profesjonalnie, w nagraniu wziął udział Soweto Gospel Choir oraz brytyjska Królewska Orkiestra Symfoniczna, jednak języczkiem u wagi wywołującym zaciekawienie słuchaczy jest fakt, że kawałek jest motywem przewodnim gry komputerowej "Civilization IV". Tym samym członkowie Narodowej Akademii Sztuki i Techniki Rejestracji po raz pierwszy zwrócili się do świata, ktory dotychczas omijali dalekim łukiem, czyli świata wirtualnej rozrywki, a sporo ciekawych ilustracji muzycznych powstało do tej pory do gier komputerowych, wystarczy wspomnieć dwie pierwsze części Quake'a.

Złote gramofony

augustc

Logo nagrody Grammy

31 stycznia 2010 roku w hali Staples Center w Los Angeles po raz 52. zostaną rozdane prestiżowe nagrody Grammy. Wyróżnienia przyznawane przez Narodową Akademię Sztuki i Techniki Rejestracji określane są często mianem muzycznych Oscarów. Obecnie jednak te nagrody nie mają takiej rangi jak kiedyś. Głównym powodem tego jest to, że członkowie Akademii nie bardzo wiedzą komu przyznawać laury i dlaczego. O ile krytycy muzyczni publikujący w różnego rodzaju czasopismach muzycznych w swoich corocznych podsumowaniach biorą przede wszystkim pod uwagę jakość dzieła, bacząc przy okazji na jego oryginalność, to członkowie Narodowej Akademii Sztuki i Techniki Rejestracji kładą też duży nacisk na popularność nagrań, co nie ma sensu, bo sprzedaż dzieła nie powinna grać żadnej roli przy ocenie jego jakości.

To dlatego nominacje do nagród Grammy w najważniejszych kategoriach otrzymali twórcy najlepiej sprzedający się w ubiegłym roku, między innymi: 20-letnia Taylor Swift, której country popowy album "Fearless" był najlepiej sprzedającą się płytą w Stanach Zjednoczonych 2009 roku, Lady Gaga i Black Eyed Peas.

Taylor Swift

O ile tegoroczne nominacje do nagród Grammy mogą budzić kontrowersje, to lista nagrodzonych albumów i nagrań wzbudza grozę u niejednego melomana.

Nie mam zielonego pojęcia o co chodziło członkom Akademii w 1989 roku, ale ich decyzja odnośnie nagrody w kategorii najlepszy album hard rock/metal zadziwiła świat. Faworytami do otrzymania tego wyróżnienia były formacje: Jane's Addiction (nominowana za płytę "Nothing Shocking") oraz Metallica (nominowana za album "...And Justice For All"). Tymczasem laury zgarnęła wybitna brytyjska kapela Jethro Tull za jeden ze swoich słabszych krążków "Crest of a Knave", który na dodatek nie ma wiele wspólnego z hard rockiem, a tym bardziej z metalem.

Chciałoby się potraktować nagrodę dla zespołu Jethro Tull jako jednorazowy wybryk, jednak lista laureatów "złotych gramofoników" z ostatnich 20 lat wskazuje, że członkowie Akademii nie są kompetentni do tego by przyznawać najważniejsze muzyczne wyróżnienia na świecie. Niedoskonałe i wyjątkowo snobistyczne podsumowania serwisu internetowego Pitchfork są o wiele bardziej sprawiedliwe i co więcej racjonalne niż nagrody Grammy.

Oto przykłady doskonale pokazujące to, że członkowie Akademii nieprofesjonalnie podchodzą do tematu przyznawania wyróżnień.

W 1998 roku nagrodę Grammy w kategorii album roku otrzymał wielki amerykański bard Bob Dylan za album "Time Out of Mind". Ta płyta nie jest zła, ale problem leży gdzie indziej. Bob Dylan jest żywą legendą muzyki popularnej, artystą nieprzeciętnym, piszącym wspaniałe piosenki. Jednak najważniejszymi dziełami tego artysty są płyty z lat 60. i 70. ze wskazaniem na "Blonde on Blonde", a nie 30. studyjny krążek Boba Dylana nie dorównujący w żaden sposób najlepszym dziełom piosenkarza. Ta nagroda może bardzo zmylić słuchaczy, pragnących zapoznać się z twórczością tego muzyka. Na "Time Out of Mind" nie ma kawałków mogących porwać odbiorców za pierwszym czy drugim przesłuchaniem, przez co słuchacze mogą się zniechęcić do twórczości Dylana, co na pewno będzie dla nich wielką stratą. Werdykt Akademii był nie tylko niemądry, ale też wyjątkowo niesprawiedliwy. W 1998 roku do nagrody Grammy w kategorii album roku był także nominowany zespół Radiohead za niesamowite studyjne osiągnięcie - krążek "Ok Computer" (ekipa Thoma Yorke'a musiała zadowolić się wyróżnieniem w kategorii najlepszy album alternatywny). Nie wspomnę już o innych świetnych, znakomicie zrecenzowanych płytach całkowicie pominiętych podczas 40. gali rozdania nagród Grammy.

Nagrody w kategorii album roku: dla grupy Steely Dan za "Two Against Nature" (przyznaną w 2001 roku), Raya Charlesa za "Genius Loves Company" (przyznaną w 2005 roku) i Herbiego Hancocka za "River: The Joni Letters" (nadaną w 2008 roku) wszyscy osłuchani ludzie traktują jako nagrody za całokształt twórczości. Nie ma cienia wątpliwości, że wspomniani wyżej wykonawcy najznakomitsze dokonania nagrali w odległej przeszłości.

Laureaci pozostałych kategorii też wzbudzają wątpliwości. Według Narodowej Akademii Sztuki i Techniki Rejestracji najlepszymi nagraniami ostatnich 10 lat są przede wszystkim piosenki zespołu U2: "Beautiful Day", "Walk On" i "Sometimes You Can't Make It On Your Own". Te utwory są dobre, ale nie dorównują dziełom z chwalebnej przeszłości Irlandczyków, nie wspominając o tym, że wielu innych twórców zaprezentowało lepsze kawałki w ciągu ostatniej dekady.

Mimo tego, że nagrody Grammy nie są wyznacznikiem jakości nagrań, to o tych wyróżnieniach mówi każdy i praktycznie nie ma wykonawcy, który nie pragnąłby tej nagrody. W niedzielę o cenne statuetki zawalczą między innymi: wspomniani w tekście Black Eyed Peas, Lady Gaga, Taylor Swift oraz Beyonce (która otrzymała najwięcej, bo aż 10. nominacji do Grammy, w tym w najbardziej prestiżowych kategoriach: album roku, nagranie roku i piosenka roku), Dave Matthews Band, Kings of Leon oraz oczywiście zespół U2, który jest na dobrej drodze do tego, by pobić absolutny rekord wszech czasów niemieckiego dyrygenta i pianisty węgierskiego pochodzenia George'a Solti, mającego na koncie aż 31. nagród Grammy (największy zespół świata jest laureatem 22. nagród Narodowej Akademii Sztuki i Techniki Rejestracji).

Sama gala też będzie wydarzeniem. Będzie można na niej zobaczyć między innymi: archiwalny występ Michaela Jacksona zrealizowany w technologii 3D oraz premierę piosenki "Oh Africa" nagranej przez takich artystów jak Akon, Keri Hilson i pochodzącą z Polski Ramonę Rey.

Pełną listę nominacji do nagród Grammy można znaleźć tu.

© Popmusik
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci