Menu

Popmusik

Strona o muzyce popularnej

Wpisy otagowane : nowe-piosenki

Nowa muzyka

augustc

nowa muzyka

Praktycznie wszystkie ostatnie muzyczne premiery mnie nudzą. Nie wiem co jest tego przyczyną. Czy stałem się starym zgredem, czy po prostu większość z tegorocznych płyt jest mało ciekawa. Faktem jest, że oczuwam satysfakcję słuchając starszych płyt, podczas gdy najnowsze dokonania większości artystów mnie nużą. Próbowałem przekonać się do takich albumów jak: "Bionic" Christiny Aguilery, "Nightmare" Avenged Sevenfold, "The Oracle" Godsmack, "Tiger Suit" KT Tunstall, "Contra" Vampire Weekend, "Clapton" Erica Claptona, "King of the Beach" Wavves , "Wilderness Heart" Black Mountain, "Further" The Chemical Brothers czy "Maximum Balloon" autorstwa Davida Sitka z TV on the Radio, jednak bez skutku. Wyżej wymienione pozycje irytują, denerwują i nudzą; przede wszystkim jednak słuchając ich odczuwam ogromny zawód. Godsmack, Avenged Sevenfold czy Vampire Weekend to wykonawcy z 1. miejsc amerykańskiej listy przebojów, z kolei TV on the Radio, Black Mountain czy The Chemical Brothers to czołówka sceny alternatywnej. Natomiast Eric Clapton to gitarowy bóg, geniusz, który zmienił bieg nie tylko muzyki rozrywkowej, ale przyczynił się również do zmiany obyczajów i światopoglądu społeczeństw Ameryki Północnej i Europy Zachodniej. Tym razem Clapton trochę się zagalopował, serwując słuchaczom blues-rockowe songi bardziej przypominające muzyczne starocie niż zwyczajne piosenki (trzeba jednak zauważyć, że dla niektórych słuchaczy sentymentalna podróż po muzycznej krainie zwanej bluesem będzie jedną z najbardziej ekscytujących przygód w tym roku). Jednak największą chałturę ze wszystkich artystów zaprezentował Carlos Santana. Album "Guitar Heaven: The Greatest Guitar Classics of All Time" zawierający przeróbki klasycznych kawałków The Rolling Stones, The Beatles, Deep Purple czy AC/DC nagrany do spółki z takimi wokalistami jak: Chris Cornell, Nas czy Scott Weiland to najgorzej oceniany ze wszystkich krążek jaki się ukazał w tym roku. Według recenzentów płyta "Guitar Heaven" powinna w cuglach zdobyć niechlubny tytuł najsłabszego albumu 2010 roku, choć faktem jest że dziennikarze publikujący teksty w poważnych muzycznych periodykach nigdy nie mieli do czynienia z takimi ewenementami jak: Bayer Full, Okoliczny Element, Ewa Farna czy większość wykonawców sceny techno. Nie mam zamiaru rozpisywać się, dlaczego krążek "Guitar Heaven" nie jest wart uwagi; moi koledzy po fachu w trakcie słuchania tej płyty ze złości rzucali pudełkim z "Guitar Heaven" o ścianę – wydaje mi się, że ta relacja powinna czytelnikom w zupełności wystarczyć, jeżeli nie to mogą zerknąć okiem na jedną z wielu niepochlebnych recenzji w prasie zagranicznej.

Czy rzeczywiście w ostatnich tygodniach nie ma czego słuchać? To nie do końca prawda. Powstało mnóstwo dobrych piosenek, aczkolwiek są one porozrzucane po lepszych i gorszych albumach. Debiutancki krążek Davida Sitka "Maximum Balloon" będący w zamierzeniu płytą taneczną, słuchany w całości męczy, jednak na przykład utworu "Tiger" nagranego wspólnie z Aku Orraca-Tettehem z rockowej grupy Dragons of Zynth słucha się w radiu bardzo przyjemnie. Gitary przywodzące na myśl wesołe czasy Talking Heads i Duran Duran, funkowe dęciaki oraz feria syntezatorów to elementy charakteryzujące ten dość ciekawy, w gruncie rzeczy bardzo popowy numer. Jednak ten krążek to przede wszystkim dwa znakomicie broniące się kawałki. Pierwszy z nich to efekt kooperacji ze szwecką synth-popową grupą Little Dragon "If You Return" - utwór w którym poszatkowany motyw elektroniczny ściera się z eterycznym śpiewem wokalistki Yukimi Nagano. Z kolei "Communion" nagrane wraz z Karen O spokojnie mógłby się znaleźć na ostatnim studyjnym dziele Yeah Yeah Yeahs.

"Hold My Heart" oraz "Uncharted" to dwie najmocniejsze pozycje jakie znalazły się najnowszym, niezbyt ciekawym krążku amerykańskiej pianistki i wokalistki Sary Bareilles "Kaleidoscope Heart", który zadebiutował na samym szczycie Billboardu.

Najlepsza piosenka roku znalazła się jednak na dość przeciętnym krążku amerykańskiej grupy Lady Antebellum "Need You Now". Chodzi oczywiście o country-popowy, tytułowy kawałek z tej płyty. Czterokrotna platyna jaką pokrył się ten singiel w Stanach Zjednoczonych jest niczym w porównaniu z popularnością jaką zdobyła ta kompozycja praktycznie na całym świecie. Giganci sceny country, tacy jak: Garth Brooks, Billy Ray Cyrus czy George Strait nigdy nie nagrali międzynarodowego hitu i poza Stanami Zjednoczonymi pozostają praktycznie wykonawcami anonimowymi. "Need You Now" jest co prawda piosenką traktującą o dość poważnych sprawach międzyludzkich, jednak niezwykle przyjazna dla słuchaczy melodia sprawiła, że utwór stał się chlebem powszednim popkultury, obecnym w najbardziej komercyjnych radiostacjach jak i grach komputerowych ("The Sims 3: Ambitions").

Grammy rozdane

augustc

Królowa jest tylko jedna i nie jest nią Doda :)

Zakończyła się ceremonia rozdania nagród Grammy. Największą triumfatorką gali została Beyonce, która otrzymała aż sześć wyróżnień, w tym w kategorii najlepsza piosenka roku za utwór "Single Ladies (Put a Ring on It)", co mnie bardzo cieszy, bo był to zdecydowanie najlepszy kawałek z nominowanych. 

Według członków Akademii najlepszy album roku nagrała Taylor Swift, najlepszym nagraniem roku był kawałek "Use Somebody" zespołu Kings of Leon, natomiast najlepszym albumem alternatywnym - płyta "Wolfgang Amadeus Phoenix" francuskiej grupy Phoenix. Irlandczycy z U2 nie otrzymali żadnej statuetki i tym samym nie wyśrubowali własnego rekordu zdobytych nagród Grammy przez grupę.

Świąteczny hit numer 1.

augustc

Muzycy Rage Against the Machine przygotowują się do koncertu jaki obiecali dać w przypadku zwycięstwa nad Joe McElderry'm

Rage Against the Machine był jednym z najbardziej oryginalnych i najważniejszych zespołów lat 90. Można tej grupy nie lubić, jednak nie sposób nie docenić tego, że kapela opatentowała własny, rozpoznawalny muzyczny styl i zainspirowała nim cały rockowy świat. Nigdy nie byłem wielbicielem amerykańskiej formacji - rap w wykonaniu Zacka de la Rochy w połączeniu z gitarowymi zgrzytami popełnianymi przez Toma Morello nie wydają mi się fascynujące. Jednak Rage Against the Machine mają w dorobku kilka utworów, które powinny spodobać się największym sceptykom, konserwatystom nie lubiącym kombinacji różnych stylów muzycznych, między innymi: "Guerrilla Radio" – kawałek wyróżniony nagrodą Grammy w 2001 roku w kategorii najlepszy utwór hard rockowy, "Sleep Now in the Fire", "Calm Like a Bomb",  "Wake Up" czy "Killing in the Name". Ostatnia z tych piosenek znajduje się obecnie na szczycie brytyjskiej listy przebojów. Singiel zawierający utwór "Killing in the Name" ujrzał światło dzienne pod koniec 1992 roku i pilotował debiutancki album Rage Against the Machine zatytułowany po prostu "Rage Against the Machine". Piosenka wywołała liczne kontrowersje i nie była popularna wśród amerykańskich prezenterów radiowych, unikających waśni jak ognia. Słowo "fuck" pojawia się w utworze "Killing in the Name" aż 17 razy, jednak to nie wulgaryzmy wzbudziły największy niepokój u amerykańskich dziennikarzy. Zack de la Rocha w bezceremonialny sposób opowiada w "Killing in the Name" o nienawiści rasowej, oskarżając wysoko postawionych urzędników państwowych o przynależność do rasistowskiej organizacji Ku Klux Klan. Co prawda w Stanach Zjednoczonych jest wolność słowa, a w tekście piosenki nie padło żadne nazwisko, ale ten protest-song był za mocny dla amerykańskich radiostacji. Co ciekawe kawałek zdobył dość dużą popularność w Europie, co należy uznać za olbrzymi sukces, biorąc pod uwagę fakt, że w większości krajów europejskich ludzie borykają się z innymi problemami niż nienawiść rasowa (warto wspomnieć, że Rage Against the Machine największy koncert na początku kariery dali w Warszawie w 1994 roku). Jak to się stało, że "Killing in the Name" przeżywa obecnie renesans popularności i jest świątecznym numerem 1. w Zjednoczonym Królestwie? Wszystko jest zasługą 35-letniego Jona Mortera, mającego dość durnowatej, bezpłciowej młócki granej bez przerwy w brytyjskich radiach. Morter postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i zaangażować się w kampanię mającą na celu promocję wiekowej piosenki Rage Against the Machine, po to by jeden z najważniejszych bandów alternatywnego rocka miał świąteczny numer 1. Udało się. "Killing in the Name" był najlepiej sprzedającym się utworem ostatnich dni i tym samym tradycja, że największym świątecznym hitem na Wyspach jest piosenka nagrana przez zwycięzcę muzycznego programu X-Factor (odpowiednik polskiego Idola) została przerwana. I bardzo dobrze, bo nawet najwięksi antagoniści Rage Against the Machine muszą przyznać, że muzyka tego zespołu jest o niebo lepsza od popowej papki, serwowanej przez brytyjskie media w ostatnich czasach.

Amour, Imagination, Rêve

augustc

air_love_2

Air - Love 2 (2009) Virgin

01. Do the Joy - 2:59
   02. Love - 2:43
    03. So Light Is Her Footfall - 3:13
    04. Be a Bee - 3:45
    05. Missing the Light of the Day - 4:26
    06. Tropical Disease - 6:47
    07. Heaven's Light - 3:51
    08. Night Hunter - 4:13
    09. Sing Sang Sung - 3:08
    10. Eat My Beat - 2:44
    11. You Can Tell It to Everybody - 4:09
   12. African Velvet - 3:47

We Francji największą popularnością cieszą się piosenki francuskojęzyczne oraz utwory hip-hopowe. Rekordy popularności w kraju nad Sekwaną biją tacy wykonawcy jak: Busta Flex, IAM, Suprême NTM, Mylene Farmer czy Vanessa Paradis. Jednak poza granicami Francji wyżej wspomniani artyści nie są już tak popularni. Słuchacze pochodzący z innych krajów cenią przede wszystkim francuską scenę elektroniczną. Zresztą trudno, żeby było inaczej. Często elektroniczna twórczość Francuzów jest przebojowa i w dodatku większość z tych piosenek jest nagrana w języku angielskim. Wystarczy wspomnieć ostatnie dokonania: Davida Guetty (maczającego palce w najnowszym dziele Black Eyed Peas), Antoine Clamarana, Daft Punk czy Air.

Air w ostatnich latach nie jest najpopularniejszym francuskim przedstawicielem muzyki elektronicznej, jednak warto zwracać uwagę na każde nowe przedsięwzięcie Nicolasa Godina oraz Jean-Benoîta Dunckela, ze względu na chwalebne dokonania z przeszłości. Air powstał w połowie lat 90. Zainteresowanie słuchaczy oraz krytyków przykuł już debiutancki album duetu "Moon Safari" z 1998 roku. Fani muzyki elektronicznej byli zachwyceni świeżym brzmieniem instrumentów analogowych oraz spokojnymi, wolno płynącymi, relaksującymi kompozycjami. Płyta "Moon Safari" była bez wątpienia jedną z najważniejszych premier 1998 roku. Dziennikarze zauroczeni talentem dwójki sympatycznych Francuzów wróżyli im pod koniec lat 90. wielką karierę. Nasza rodzima "Machina" przewidywała, że Air będzie przez pierwsze 10 lat XXI wieku jednym z najważniejszych, jeżeli nie najważniejszym zespołem na świecie, kształtującym trendy i nagrywającym wybitne krążki. Coś z tych oczekiwań na pewno się spełniło. Duet w ciągu minionej dekady odcisnął piętno na scenie muzyki elektronicznej, każdy album Air był szeroko komentowany i co najważniejsze formacja dała się poznać przeciętnym zjadaczom chleba dzięki super przebojowi "Cherry Blossom Girl" pochodzącemu z płyty "Talkie Walkie" z 2004 roku.

Na pewno jednak grupa nie stała się największym zespołem na Ziemi. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że w ciągu tych kilku lat inni wykonawcy francuskiej sceny elektronicznej stali się popularniejsi i bardziej poważani niż Air. Jednak trzeba zauważyć, że bycie na topie nigdy nie było ambicją Godina i Dunckela, którzy przede wszystkim chcieli nagrywać swoją muzykę. Dlatego też najnowszy album kapeli "Love 2" kapela nagrywała w założonym przez muzyków studiu Atlas bez niczyjej pomocy. Francuzi zdecydowali się nawet na zrezygnowanie z usług Nigela Godricha, producenta znanego ze współpracy z Radiohead i Beckiem, mimo że kooperacja pomiędzy Air a Godrichem układała się bardzo dobrze. Jak muzycy wspominali w wywiadach te zmiany były podyktowane tym, że chcieli na nowo wymyślić swoją twórczość. Dlatego zaczęli niemalże od zera, bez udziału osób trzecich. To jest również powód tego, że najnowszy krążek formacji nazywa się jak się nazywa, czyli "Love 2". Zamysł Francuzów nie został jednak zrealizowany. Całość brzmi dokładnie tak jak wszystko co do tej pory duet wymyślił. Nic na "Love 2" nie zaskakuje, jednak momentami najnowszego krążka Air słucha się bardzo przyjemnie.

Do najciekawszych momentów "Love 2" należą bez wątpienia: nieco ostrzejsze niż typowe dokonania Air "Eat My Beat" z partią gitary elektrycznej, przebojowe, nagrane na wzór "Cherry Blossom Girl", jednak nie tak urocze i melodyjne "So Light Is Her Footfall" oraz kojarzące się z twórczością Davida Bowie z połowy lat 80. "Missing the Light of the Day". Reszta też jest niczego sobie, generalnie wpada w ucho, jednak nowe kawałki Air nie mają w sobie niczego, co by przysporzyło duetowi nowych fanów. "Love 2" to po prostu poprawny album jakich wiele na rynku, stylowy, elegancki, atmosferyczny, refleksyjny, jednak skierowany przede wszystkim do wielbicieli gatunku. Słuchaczom nie mającym wcześniej do czynienia z Air można raczej polecić wspomniane "Moon Safari" oraz "Talkie Walkie", ponieważ po przesłuchaniu takich utworów jak: trwający blisko 7 minut, kraut-rockowy kawałek "Tropical Disease" czy monotonny, rozmarzony "Love" mogą całkowicie się zniechęcić do dokonań pochodzących z Wersalu panów sygnowanych nazwą Amour, Imagination, Rêve (Miłość, Wyobraźnia, Marzenie).

© Popmusik
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci