Menu

Popmusik

Strona o muzyce popularnej

Wpisy otagowane : TV-on-the-Radio

Płyty roku. Miejsca 1-5

augustc
dear science

5. W podsumowaniach 2008 roku trzy płyty wyraźnie brylowały. Były to albumy grup Portishead, Fleet Foxes oraz Tv on the Radio. Dear Science” jednak zdecydowanie przewyższa tamte dzieła. Płyta nowojorczyków jest przede wszystkim bardzo równa, nie ma przepaści między utworami wytypowanymi na single a resztą, a tak jest w przypadku debiutu Fleet Foxes. „Dear Science” nie jest też dziełem tak ciężkostrawnym jak „Third”, co prawda to co robi Sitek i reszta wciąż mieści się w definicji muzycznej awangardy, ale jest to twórczość bardzo przyjazna masom. Jak to niektórzy mówią jest to alternatywa z ludzką twarzą.

dreaming of revenge

4. Kaki King jest prawdopodobnie największą gitarzystką na planecie. Oczywiście znalazła się na liście najlepszych gitarzystek wszechczasów ogłoszonej przez Venus Zine, ale to nie jedyne jej wyróżnienie. Magazyn Rollling Stone przyznał jej niedawno tytuł Guitar God, co się wcześniej nie zdarzyło żadnej kobiecie. “Dreaming of Revenge” to płyta bardzo nastrojowa, łagodna, w dużej części instrumentalna, ale sporo na niej ładnych melodii i właśnie one stanowią o ogromnej sile tego albumu. Dodajmy do tego świetną produkcję kanadyjskiego producenta i inżyniera dźwięku Malcolma Burna, który ma na swoim koncie współpracę między innymi z Emmylou Harris (nagroda Grammy w 2001 roku w kategorii najlepszy folkowy album za płytę „Red Dirt Girl”) i Bobem Dylanem, bogate, smakowite aranżacje (smyki, wiolonczela, klarnet) i intymny głos King i mamy niemalże pełen obraz jednego z najpiękniejszych albumów roku.

gang gang dance

3. W czym Tv on the Radio byli lepsi od Gang Gang Dance? W niczym. Nie mogę zrozumieć wyboru krytyków, którzy stawiają znakomite co prawda „Dear Science” nad “Saint Dymphna”. Być może chodziło o to, że pochodzący z Nowego Jorku kolektyw nieźle sobie pofolgował na tym krążku, podchodząc w bardzo niekonwencjonalny sposób do kompozycji, nie nagrywając piosenek w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, tylko dziwaczne utwory, mające jednak w sobie dużą dawkę przebojowości. Bo czym innym jak nie tanecznym megahitem jest szalone „First Communion”? (skojarzenia z Crystal Castles są jak najbardziej na miejscu, ale trzeba zauważyć, że mimo całej ekstrawagancji i wydziwaczeniu ludzie nie uznają tego utworu za tak irytujący jak kawałki Ethana Katha i Alice Glass). “Saint Dymphna” jest fuzją kilkunastu różnych gatunków muzycznych, poczynając od dubu, poprzez ambient, muzykę elektroniczną, skończywszy na popie. Trudno tę muzykę jednoznacznie zakwalifikować do jakiejkolwiek kategorii, być może to też ma wpływ na odbiór tego dzieła?

slumdog millionaire

2. “Slumdog MillionaireDanny’ego Boyle’a („Trainspotting”) to najczęściej komentowany i najchętniej nagradzany film ubiegłego roku. Dzieło otrzymało już 4 Złote Globy i ma szanse na 10 Oscarów. Bezbłędnym elementem tego filmu jest ścieżka dźwiękowa hinduskiego kompozytora i producenta nagrań A.R. Rahmana, za którą artysta otrzymał Nagrodę Bafta oraz Złotego Globusa. Ten album podobnie jak płyta pochodzących z Brooklynu Gang Gang Dance łączy w sobie wiele różnych gatunków muzycznych. Muzyka rodem z Bollywood miesza się tutaj z muzyką klubową, gdzieniegdzie pojawiają się metalowe gitary, a także sitar. Ważne jest to, że płyta przykuwa uwagę od samego początku, czyli od pierwszych sekund otwierającego soundtrack „O…Saya” (w którym słychać głównie plemienne bębny, mroczną elektronikę i metalowe zgrzyty gitary), do samego końca. W „O…Saya” pojawia się M.I.A., której melodeklamacja nadaje temu kawałkowi kolorytu. Zresztą Boyle wykorzystał w swoim filmie najbardziej rozpoznawalny numer M.I.A., hiphopowo taneczny „Paper Planes” (to ten utwór, w którym słychać odgłosy wystrzałów), który również znalazł się na ścieżce dźwiękowej i to nawet w dwóch wersjach, oryginalnej i w remiksie DFA. Osłuchany do granic możliwości hicior blado wypada przy pozostałych utworach, które znajdują się na “Slumdog Millionaire”. Dla przykładu „Mausam and Escape”, które na samym początku przypomina wstęp do jakiegoś progresywnego dzieła a la Dream Theater, po 30 sekundach zmienia się nie do poznania. Wchodzi sitar, czyli wydawać by się mogło, że to jest jedynie nietypowy początek Bollywoodzkiego hicioru, ale zaraz później wchodzi mroczna, pochmurna elektronika, która całkowicie zmienia nam pojmowanie tego kawałka. Albo inny przykład, „Aaj Ki RaatSonu Nigam, zapożyczony co prawda z hinduskiego thrillera, „Don – The Chase Begins Again”, ale również mogący się bardziej podobać niż utwór brytyjskiej gwiazdy. Ten kawałek to przykład nowoczesnego, cybernetycznego, energicznego hinduskiego popu, co po niektórym mogącym się kojarzyć z japońskim Anime ! (podobne melodie). Warto też się wsłuchać w „Liquid Dance” i „Gangsta Blues”, obydwa brzmią jakby palce w nich maczał Timbaland. O tym świetnym albumie mało niestety można poczytać, zapewne dlatego, że jest to ścieżka dźwiękowa, a te traktuje się po macoszemu, niewielu też dziennikarzy zdecydowało się go umieścić w swoich podsumowaniach, choć to jest na pewno efekt tego, że płyta ukazała się dopiero 21 grudnia, w momencie kiedy większość rankingów była już gotowa. Warto zapoznać się z tą płytą, która jest nie tylko doskonałym soundtrackiem, ale również pokazuje nam, Europejczykom, jak bardzo uzdolniony jest jeden z najlepiej sprzedających się artystów w historii fonografii, u nas prawie w ogóle nieznany A.R. Rahman,  odpowiada jący za tą fascynującą całość.

welcome to mali

1. Pierwsze miejsce należy do płyty bezsprzecznie najlepszej. O ile w przypadku innych albumów nie jestem do końca pewny czy są one poukładane w tym podsumowaniu we właściwej, sensownej kolejności i czy dla przykładu zamiast pewnych płyt nie powinny się tutaj znaleźć nagrania Foals, Girl Talk, R.E.M. czy Metalliki to jestem absolutnie pewny, że nie było lepszego krążka od “Welcome to Mali” malijskiego duetu Amadou & Mariam. Amadou Bagayoko i Mariam Doumbia są niewidomi. Para poznała się w latach 60. w instytucie dla niewidomej młodzieży, gdzie okryła swoją muzyczną pasję. Droga na szczyt Amadou & Mariam była dość długa, bowiem artyści zaczęli profesjonalnie grać już w połowie lat 70. Z czasem ta dwójka stała się coraz bardziej popularna. Ich niezwykłą twórczość, będącą miksem tradycyjnej muzyki malijskiej, rocka i muzyki world zaczęli odkrywać coraz bardziej znani i poważani artyści, najpierw Manu Chao i Herbert Grönemeyer, z którymi współpracowali,  a później muzyczny wizjoner, Damon Albarn, który wyprodukował trzy pierwsze nagrania z nowej płyty, między innymi, wielkie „Sabali”, które już zostało uznane za klasyk. „Sabali" rozpoczyna się od słów wyśpiewywanych przez Mariam w jakimś zachodnio-afrykańskim dialekcie, którym towarzyszy delikatny, bardzo europejski motyw muzyczny. Gdy Mariam zaczyna śpiewać równocześnie pojawia się elektroniczny bit autorstwa Albarna. Ale najciekawsza jest i tak druga połowa utworu, gdy słuchacze mają okazję się zapoznać ze smakowitym motywem klawiszowym wzorowanym na tych znanych z nagrań  Electric Light Orchestra (muzycy niejednokrotnie wspominali w wywiadach, że inspiruje ich brytyjska muzyka rozrywkowa, nie tylko twórczość Jeffa Lynne'a, ale również dokonania Pink Floyd czy Led Zeppelin). To nie jedyne odnośniki do euroamerykańskiej muzyki popularnej na tej płycie -  w „I Follow You” słychać skrzypce, natomiast  w nagraniu „Africa” gościnnie wziął udział kanadyjski raper K’naan. W przypadku pozostałych albumów jestem w stanie znaleźć ich słabe punkty. Tutaj mi się to nie udało. Nie ma słabego utworu, wszystkie są jednakowo rewelacyjne, nie jest to dzieło zbyt trudne, wymagające czy wydziwaczone, nie jest przesadnie, na siłę unowocześnione, a przez to karykaturalne, nie jest staromodne. Ta wyliczanka mogłaby zająć jeszcze parę linijek, ale oszczędzę wszystkim czytelnikom moich grafomańskich zapisów i podam parę przydatnych linków: do oficjalnej strony internetowej duetu,  do strony na MySpace (oficjalna jest w języku francuskim)  oraz do teledysku „Sabali” promującego dzieło. Miłego słuchania.

Koniec ery białego człowieka?

augustc
tv on the radio

Nie tak dawno temu poseł Artur Górski mówił o końcu cywilizacji białego człowieka, który miał się wiązać w wyborem na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych Baracka Obamy. Stwierdzenia posła Prawa i Sprawiedliwości zrobiły istną furorę w polskim społeczeństwie, wielu ludzi naśmiewało się z Górskiego i jego radykalnych poglądów, a później sam zainteresowany w liście do marszałka Komorowskiego przepraszał Sejm za medialną zawieruchę, którą wywołał. Twierdzenia naszego parlamentarzysty są na pewno kontrowersyjne, aczkolwiek jeżeli chodzi o cywilizację białych, to trzeba przyznać, że nie jest ona w najlepszej kondycji.

Żeby nie przedłużać i żeby nie popełnić tego błędu, co wspomniany wyżej poseł Górski to przejdę do zagadnień kulturowych. Nie sposób nie zauważyć, że to co robili czarnoskórzy w 2008 roku spotkało się z największym zainteresowaniem oraz uznaniem ze strony krytyki oraz mediów. Najpierw Hindus, Aravind Adiga otrzymał Nagrodę Bookera (najbardziej prestiżowa nagroda literacka w Wielkiej Brytanii, przyznawana za najlepszą anglojęzyczną powieść roku napisana przez obywatela Wspólnoty Narodów lub Republiki Irlandii) za debiutancką, rewelacyjną powieść „Biały Tygrys” w której stawia dość ciekawą diagnozę dotyczącą białej cywilizacji, mówiąc też o rychłym jej upadku.

Następnie grad nagród spadł na nowojorską formację indierockową Tv on the Radio, która co prawda tego typu tematów nie porusza (tych panów interesuje bardziej seks i śmierć), ale trzeba zadać sobie pytanie o kondycję muzyki rozrywkowej wywodzącą się z rock ‘n’ rolla, w której główne skrzypce zaczęli odrywać muzycy czarnoskórzy (The Killers uznawani niegdyś za największą nadzieję amerykańskiego rocka wypadają przy Tv on the Radio niezwykle blado). Tak, bowiem ta kapela w 80 procentach składa się z czarnej załogi. Jedyną osobą o białej skórze jest jej lider, kompozytor i gitarzysta David Sitek, ale Sitek bez pomocy wokalisty Tunde Adebimpe, perkusisty Jaleela Buntona, basisty Gerarda Smitha i przede wszystkim gitarzysty i wokalisty Kypa Malone’a wiele by nie zdziałał.

Nowojorczykami zachwycano się już wcześniej, przy okazji premiery singla „Staring at the Sun”, czy albumów: „Desperate Youth, Thirsty Babes”, który zgarnął nagrodę Shortlist Music Prize oraz „Return to the Cookie Mountain”. Ale dopiero czwarte LP „Dear Science”, wydane w 2008 roku,  wyniosło ich na sam szczyt podsumowań. Pierwsze miejsca zajęli w ostatecznych rozliczeniach magazynów Spin i Rolling Stone, strony internetowej Consequence of Sound, gazet The Guardian i Entertainment Weekly czy co może najistotniejsze amerykańskiej MTV. Pitchfork Media, New Musical Express, Uncut oraz Q też nie pozostali obojętni na ich względy umieszczając ich w czołówkach swoich rankingów. To na pewno nie jest przypadek, że jedna płyta zdobyła tyle wyróżnień. Warto się zapoznać z jej zawartością i zobaczyć, czy rzeczywiście jest to tak dobra rzecz, jak wszyscy mówią i czy istotnie czarnoskórzy muzycy zmietli z powierzchni wszystkich pozostałych.

Po pierwszym przesłuchaniu „Dear Science” rzucają się w oczy dwie rzeczy. Po pierwsze muzycy przy jej nagrywaniu inspirowali się muzyką pop rodem z lat 80. i końca 70. Wszędzie słychać syntezatory i echa nagrań z tamtych lat. Weźmy dla przykładu singlowe „Golden Age”, który jawnie nawiązuje do pierwszych nagrań Prince’a oraz Michaela Jacksona (skojarzenia z doskonałym „Don’t Stop ‘Til You Get Enough” są jak najbardziej na miejscu).

Drugą cechą wyróżniającą ten album są niezwykle bogate aranżacje, rzadko spotykane przy tego typu muzyce. W nagrywaniu tej płyty Nowojorczyków wspomogli między innymi skrzypkowie, trębacze, saksofoniści. Ich udział w procesie tworzenia nie był jedynie zdawkowy, jak to często bywa w tego typu produkcjach, tylko miał bardzo istotny wpływ na efekt końcowy dzieła. Prawdopodobnie Tv on the Radio zapragnęli robić to, co z bardzo udanym skutkiem robił w latach osiemdziesiątych Peter Gabriel, czyli chcieli zamknąć swoje artrockowe ambicje w krótkich piosenkach.

W przypadku albumów wybitnych niejednokrotnie ciężko jest wybrać ich najciekawsze bądź też najlepsze fragmenty . Jednak po dokładnym zapoznaniu się z całością, zgadzając się z tezą zachodnich recenzentów, że jest to album świetny, potrafię wskazać tu elementy zdecydowanie wyróżniające się na tle całości. Są to: wydany na singlu funkujący, motoryczny utwór „Dancing Choose” oraz równie dynamiczny, zawierający kapitalny refren kawałek „Red Dress”.

Nie ma co, dali czadu, ale czy to rzeczywiście jest płyta roku? Moje zdanie na ten temat poznacie w jednej z kolejnych notek. 

© Popmusik
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci