Menu

Popmusik

Strona o muzyce popularnej

Wpisy otagowane : Wolf-Parade

Podsumowanie roku. Najlepsze piosenki 2010 roku. Miejsca 15-11

augustc

Dr. Dog - Shame, Shame

15. Dr. Dog - Where'd All the Time Go?

Pochodząca z Filadelfii kapela otrzymała wyróżnienie za klimat zawarty w swoich piosenkach. Wszystkie utwory z ostatniej płyty grupy Dr. Dog "Shame, Shame" przywołują na myśl psychodeliczny świat lat 60., młodym znany tylko z książek, filmów oraz starych nagrań. Fajnie, że są takie zespoły jak Dr. Dog; słuchając ich na żywo można się poczuć jak w samym środku rewolucji hippisowskiej.

Wolf Parade - Expo 86

14. Wolf Parade - In the Direction of the Moon

"Expo 86" to kolejny świetny tytuł wydany przez muzyków z Quebecu. Co ciekawe, mimo znakomitych recenzji płyta została całkowicie pominięta w muzycznych podsumowaniach 2010 roku. Czyżby krążek był zbyt przewidywalny? "Expo 86" brzmi tak, jak wszyscy to sobie wyobrażali,a arcygenialnych piosenek na nim jak na lekarstwo, choć takie numery jak: "Cloud Shadow on the Mountain", "Ghost Pressure" czy przede wszystkim magiczne, powolne "In the Direction of the Moon" to kawał świetnej muzyki.

Ariel Pink - Round and round

13. Ariel Pink's Haunted Graffiti - Round and Round

Ariel Marcus Rosenberg znany bardziej jako Ariel Pink nagrywa płyty od 2002 roku, jednak dopiero jego 12. krążek "Before Today" uczynił z niego gwiazdę muzyki alternatywnej. "Round and Round" to najbardziej znany fragment bogatej twórczości kalifornijskiej grupy, odwołujący się zarówno do nagrań Steely Dan, jak i kultowego kawałka Marianne Faithfull "Broken English", z którego Ariel Pink i jego koledzy "zakosili" hipnotyzującą linię basu. "Round and round" posiada wszystkie elementy charakterystyczne dla utworu pop, począwszy od intra, poprzez refren, skończywszy na efektach dźwiękowych, jednak słuchając go odnosi się wrażenie jakby obcowało się z abstrakcyjnym dziełem nagranym przez obcą cywilizację. Brawa dla pochodzącej z Los Angeles grupy, tym większe, że piosenka została uznana przez serwis internetowy Pitchfork za najlepszy kawałek 2010 roku.

lcd soundsystem - i can change

12. LCD Soundsystem - I Can Change

LCD Soundsystem to jest zespół, którego jakoś nie mogę słuchać. Drażni mnie ta cała moda na dance-punk, jednak to nie znaczy, że zamykam przed Murphym drzwi już na samym wstępie. Relaksujący "I Can Change" brzmi jak archiwalne nagranie Depeche Mode z Vincem Clarkiem za sterami, jednak to nie dlatego ten kawałek się tutaj znalazł. Znajdźcie lepszy numer (oprócz oczywiście "Wonderful Life" Hurts) tak jawnie i udanie odwołujący się do muzyki lat 80.

arcade fire

11. Arcade Fire - We Used to Wait

Arcade Fire całkiem nieoczekiwanie wyrósł na jedną z największych gwiazd pop, a przecież jest to zespół prezentujacy bardzo wyrafinowaną twórczość, odwołującą się do dokonań Neila Younga, Bruce'a Springsteena, Depeche Mode i innych wybitnych przedstawicieli muzyki rozrywkowej ostatnich kilkudziesięciu lat. "We Used to Wait" na tle pozostałych kawałków z nominowanej do Grammy w kat. album roku płyty "The Suburbs" wyróżnia się doskonałymi melodiami oraz niezwykle zapadającym w ucho refrenem plasującym utwór na samym szczycie hierarchii najwybitniejszych dzieł muzyki pop ostatnich lat. Do tego warto jeszcze zwrócić uwagę na odważny, eksperymentalny, interaktywny teledysk do piosenki zatytułowany "The Wilderness Downtown", będący jednocześnie pokazem dużych możliwości standardu HTML5 oraz przeglądarki Google Chrome (więcej o pokazie można poczytać tu).

Płyty roku. Miejsca 6-10

augustc

10. Dla wielu osób „White Winter Hymnal” była najlepszą piosenką roku, a debiutancki album Fleet Foxes najlepszą płytą. Nawet dziennikarze najbardziej snobistycznego i najbardziej opiniotwórczego muzycznego serwisu internetowego jaki kiedykolwiek powstał, Pitchfork Media, chylą czoła przed Robinem Pecknoldem i kolegami. Aczkolwiek zaznaczają, że nie „Fleet Foxes”, ale „Fleet Foxes” w połączeniu z EP „Sun Giant” stanowi zbiór najlepszych utworów roku. W sumie mają rację, że tak zwracają uwagę na to EP, wszak to tam znajduje się jedno z najwspanialszych dokonań zespołu, „Mykonos”, a cała reszta też jest niczego sobie.

9. Najbardziej wyczekiwany album roku, „Third” Bristolskiego tria Portishead, jest płytą dziwną, wymagającą, ambitną. Jednak nie znalazł się on tak wysoko z tego powodu, że grupa jest żywą legendą, a jej powrót po 11 latach milczenia był wydarzeniem. Po prostu ten ciężkostrawny materiał jest wartościowy, bo stylem i elegancją mało kto może temu zespołowi dorównać.

8. Debiut Santogold to najlepsza popowa płyta roku. Co prawda wokalistka nie odniosła takiego sukcesu komercyjnego jak jej koleżanki po fachu: Rihanna i Lady Gaga, ale i jej muzyka jest przeznaczona dla bardziej wyrobionego odbiorcy. Dancehall, elektronika i indie rock mieszają się na „Santogold” jak w jakimś kotle, poza tym warto zaznaczyć, że debiut Santi White to kopalnia tanecznych hitów.

7. “Apologies to the Queen Mary” Kanadyjczyków z Wolf Parade było fonograficzną sensacją 2005 roku. Druga płyta „At Mount Zoomer” okazała się równie dobra co poprzednia, a może nawet i lepsza, bo bardziej przyjazna masowemu odbiorcy.

6. Wydawać by się mogło, że Damon Albarn porywał się z motyką na słońce, gdy mówił o nagrywaniu opery „Journey to the West”. W sumie gdyby to nie było dzieło z muzyką elektroniczną z elementami operowymi, tylko klasyczna opera mogłoby coś nie wyjść, ale Albarn na szczęście nie jest taki nawiedzony na jakiego wygląda i dzięki temu możemy się cieszyć najbardziej przyjazną muzyką operową dla słuchaczy komercyjnych stacji radiowych.

Podsumowanie roku:20 najlepszych kawałków, vol. 3

augustc

5. Fleet Foxes – "White Winter Hymnal" z płyty "Fleet Foxes"

white winter hymnal

Takich rzeczy się w dzisiejszych czasach nie nagrywa. Jednak Amerykanie z Fleet Foxes postanowili pójść pod prąd i nagrali. Prostą, lekką, eteryczną, delikatnie zaaranżowaną (akustyki, oszczędne bębenki) pioseneczkę a la Beach Boys. I wygrali. Sam nie wiem, czy „Your Protector” nie jest lepsze, ale to „White Winter Hymnal” było na singlu i w dodatku było zobrazowane pięknym, poetyckim teledyskiem.

4. Hercules & Love Affair – "Blind" z płyty "Hercules & Love Affair"

blind

Najdziwaczniejszy utwór ubiegłego roku. Co prawda daleko mu do abstrakcyjności kawałka Paavoharju, ale nie sposób nie zauważyć tej schizofreniczności, która jest w nim zawarta. Bo „Blind” jest niby dyskotekowe, ale jednocześnie takie nie jest, bo pojawia się w nim wyrazista, rockowa linia basu, natchniony wokal Anthony’ego i instrumenty dęte. Dla wielu to było objawienie, dla mnie w sumie też, choć nie numer roku.

3. Nick Cave & The Bad Seeds – "Midnight Man" z płyty "Dig, Lazarus, Dig!!!"

midnight man

Nick Cave jest jak mityczny król Midas. Wszystko, czego się tknie zamienia się w złoto, bo przecież jest nie tylko muzykiem i piosenko pisarzem, ale również autorem powieści i scenariuszy. A może to się nazywa po prostu profesjonalizm, którego brakuje jego mniej uzdolnionym kolegom po fachu? Wracając do głównego wątku, „Midnight Man” to doskonała rzecz, która przez wszechobecne klawisze i organy przypomina mi o zespole The Doors, choć panowie nikogo tu nie starają się kopiować, po prostu dają czadu.

2. Wolf Parade – "Kissing the Beehive" z płyty "At Mount Zoomer"

parada wilków

Najdłuższy, najbardziej epicki, najbardziej rozbudowany i najbardziej wielowątkowy utwór ze wszystkich znajdujących się w tym podsumowaniu i być może najlepszy ze wszystkich długich utworów jakie pojawiły się w roku ubiegłym, na samym początku wszystkich zachwycił, po pewnym czasie się znudził, a zespół Wolf Parade z ulubieńców internetowej społeczności stał się obiektem wyjątkowo niewybrednych, niczym nie uzasadnionych szyderstw. To logiczne, że wszystko z czym się dłużej obcuje po pewnym czasie się nudzi, przecież filmów o przygodach Indiany Jonesa też nie sposób oglądać w nieskończoność. Tak samo jest z „Kissing the Beehive” opowiadającym tak jak jedna z części o przygodach dzielnego archeologa o świętym Graalu. Uwielbiam utwór, ale mam jedno ALE. Mianowicie utwory, które poniekąd były inspiracją dla twórców tego dzieła, czyli na przykład „Roundabout” i „South Side of the Sky” Yes czy „Child In Time” Deep Purple są nie do zdarcia, niezniszczalne. Wydaje mi się, że są o wiele bardziej żywotne od finału „At Mount Zoomer” (głosu Jona Andersona nawet nie będę porównywać do wokali Spencera i Kruga, bo po prostu nie wypada). Ale może ja się mylę. 

1. Shearwater – "Rooks"/Leaviathan, bound/Century Eyes/"The Snow Leopard" z płyty "Rook"

snow leopard

Cztery piosenki z piątej płyty amerykańskiej indie rockowej grupy Shearwater to  najpiękniejsza alternatywna muzyka nagrana w 2008 roku. Szczególne wrażenie robi natchniona,  rozpoczynająca się delikatnymi dźwiękami fortepianu ballada "The Snow Leopard", przypominająca spokojne kawałki Radiohead z najświetniejszego okresu działalności kapeli, głównie utwór "Pyramid Song", a także w niewielkim stopniu wczesne dokonania Kate Bush. Porywający, uduchowiony wokal Meiburga, psychodeliczne brzmienie oraz bogata aranżacja to największe atuty tego kawałka. 

Wolf Parade - At Mount Zoomer

augustc
Wolf_Parade__At_Mount_Zoomer
Wolf Parade - At Mount Zoomer (2008) Sub Pop
 01. Soldier's Grin - 4:37
    02. Call It a Ritual - 2:45
    03. Language City - 5:02
    04. Bang Your Drum - 3:10
    05. California Dreamer - 6:00
    06. The Grey Estates - 3:26
    07. Fine Young Cannibals - 6:31
    08. An Animal in Your Care - 4:19
    09. Kissing the Beehive - 10:52

Nie wiem czy Święty Graal muzyki popularnej istnieje, a jeżeli tak to czy jest on jakimś kielichem. Jestem natomiast pewien, że jeżeli istnieje, to kanadyjska grupa Wolf Parade była w momencie nagrywania albumu „At Mount Zoomer” w jego posiadaniu, przynajmniej przez chwilę.

Formacja z Montrealu zadebiutowała w 2005 roku albumem „Apologies to the Queen Mary” i od razu została okrzyknięta przez krytyków  jedną z największych nadziei indie rocka. Inspiracje kapeli są widoczne jak na dłoni. W twórczości grupy słychać bardzo wyraźny wpływ Spoon, Pixies, Davida Bowiego z czasów „trylogii berlińskiej” oraz przede wszystkim Modest Mouse. Warto w tym miejscu dodać, że lider Modest Mouse - Isaac Brock bardzo pomógł Wolf Parade. Brock wyprodukował debiutancki album Wolf Parade oraz polecił zespół legendarnej wytwórni Sub Pop

Nie przypadkowo w pierwszym akapicie wspomniałem o Świętym Graalu. Liderzy Wolf Parade: Dan Boeckner oraz Spencer Krug śpiewają o nim w ostatnim utworze na płycie „Kissing the Beehive”. Tak jak ww. utwór miał też się nazywać cały album, ale zespół w ostatniej chwili zmienił jego nazwę. Klawiszowiec Spencer Krug tłumaczył później, że członkowie grupy nie chcieli aby płyta nosiła ten sam tytuł co książka Jonathana Carolla „Całując Ul". Podobno członkowie grupy dopiero w ostatniej chwili zorientowali się, że istnieje książka o tytule „Kissing the Beehive”. Jest to bardzo ciekawe, biorąc pod uwagę, że Spencer Krug śpiewa w utworze "Kissing the Beehive" następujące słowa:

Johnathan, Johnathan
Waterfalls are running thin you know
Here's a holy grail for you to hold
Fire in the hole, fire in the hole, fire in the hole”.

Ale czy to naprawdę jest takie ważne? “Kissing the Beehive” to utwór wybitny, trwający całe jedenaście minut, w którym przewija się tyle pomysłów, że można by nimi obdzielić kilka piosenek. Co ciekawe temu utworowi bliżej do dokonań progresywnych zespołów z lat 70.  niż do twórczości topowych artystów indie rockowych. We wspomnianym utworze oraz w większości pozostałych słychać mniejsze wpływy Isaaca Brocka, co słusznie zauważyła recenzentka Pitchforka. Jest to bardzo dobra wiadomość, bo dzięki temu grupa Wolf Parade ma  ciekawszy styl niż na pierwszej płycie.

Jeszcze dwukrotnie na „At Mount Zoomer” Wolf Parade wznoszą się na wyżyny artyzmu. Najpierw w kojarzącym się z utworami Spoon i opartym na motywie fortepianowym „Call It a Ritual”, a później w równie epickim co „Kissing the Beehive”, choć trochę krótszym, bo tylko sześciominutowym utworze „California Dreamer”. Pozostałe numery na płycie również są godne uwagi, aczkolwiek nie są tak znakomite jak trzy wymienione wyżej utwory. „At Mount Zoomer” to jeden z najlepszych albumów roku. Jedyne co nam pozostaje to ekscytować się nowym dziełem Kanadyjczyków i czekać na ich kolejny krążek. Być może w trakcie nagrywania następcy „At Mount Zoomer” muzycy będą mieć Świętego Graala cały czas przy sobie?

© Popmusik
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci