Menu

Popmusik

Strona o muzyce popularnej

Wpisy otagowane : Pink-Floyd

Roger Waters - Is This the Life We Really Want?

augustc

roger_waters__Is_This_the_Life_We_Really_Want

Roger Waters - Is This the Life We Really Want? (2017) Columbia

01. When We Were Young – 1:38
   02. Déjà Vu – 4:27
    03. The Last Refugee – 4:12
   04. Picture That – 6:47
    05. Broken Bones – 4:57
    06. Is This the Life We Really Want? – 5:55
   07. Bird in a Gale – 5:31
    08. The Most Beautiful Girl In The World – 6:09
    09. Smell the Roses – 5:15
   10. Wait for Her – 4:56
    11. Oceans Apart – 1:07
    12. A Part of Me Died – 3:12

Nie jest istotne czy Roger Waters powrócił na rynek muzyczny pod wpływem niepokojącej sytuacji na świecie czy by dowieść słuchaczom, że doniesienia o jego artystycznej śmierci były nieco wyolbrzymione. Najważniejsze z tego całego powrotu jest to, że fani progresywnego rocka z lat 70. otrzymali nową porcję swojej ulubionej muzyki i jest to dzieło wysokiej jakości. Warto podkreślić, że „Is This The Life We Really Want?” to nie tylko dobry album, ale też niezwykle spójny krążek, w którym utwory harmonijnie przechodzą jeden w drugi. Kolejną niezwykle ważną rzeczą w tej płycie jest to, że piąty studyjny album brytyjskiego muzyka na wielu odbiorców zadziała jak wehikuł czasu przenoszący w epokę, kiedy dowodzone przez Watersa Pink Floyd było na szczycie. Utwory nawiązują bowiem głównie do nagrań powstałych po wydaniu „The Dark Side of the Moon”. Dla przykładu promujący krążek "Smell the Roses" brzmi jak krzyżówka pochodzących z "Wish You Were Here" kawałków "Have a Cigar" oraz "Welcome to the Machine".

Niektórzy odbiorcy będą na pewno trochę zawiedzeni albumem z powodu jego wtórności i przewidywalności, jednak mimo to warto dać się porwać Watersowi. Na „Is This The Life We Really Want?” jest sporo magii, a ozdobiony przepięknymi dźwiękami syntezatorów dynamiczny utwór "Picture That" oraz brzmiący jak odrzut z "The Wall" kawałek "Bird in a Gale" to już klasyki. Na koniec warto zauważyć, że młodsi od Watersa muzycy z producentem płyt Radiohead - Nigelem Godrichem oraz Jonathanem Wilsonem na czele znakomicie poradzili sobie z przywołaniem ducha starego Pink Floyd. Należą im się ogromne brawa, gdyż było to niezwykle trudne zadanie. Świadczą o tym chociażby opinie wielu słuchaczy, którzy są pewni, że „Is This The Life We Really Want?" to najbardziej floydowski album w dorobku Watersa.       

David Gilmour - Rattle That Lock

augustc

gilmour__rattle_that_lock

David Gilmour - Rattle That Lock (2015) Columbia

  01. 5 A.M. – 3:04
    02. Rattle That Lock – 4:55
    03. Faces of Stone – 5:32
    04. A Boat Lies Waiting – 4:34
    05. Dancing Right in Front of Me – 6:11
   06. In Any Tongue – 6:46
   07. Beauty – 4:28
    08. The Girl in the Yellow Dress – 5:25
    09. Today – 5:55
    10. And Then... – 4:27

Wielkie brawa należą się Davidowi Gilmourowi za to, że potrafił na nowo zdefiniować styl supergrupy Pink Floyd po odejściu z zespołu jego lidera Rogera Watersa. Niewielu jest dziś fanów na świecie nie doceniających muzyki Pink Floyd nagranej pod przewodnictwem Gilmoura. Tak na dobrą sprawę większość z nich nie wyobraża sobie dorobku formacji bez takich numerów jak: "Signs of Life", "Sorrow", "One Slip" czy "High Hopes".

Na swoim czwartym solowym krążku "Rattle That Lock" artysta eksploatuje wypracowane na poprzednich dziełach rozwiązania oraz przywołuje dobrze znane miłośnikom twórczości Pink Floyd dźwięki. Nie oznacza to, że nie ma na tym albumie żadnego novum. Gitarzysta na "Rattle That Lock" w bardzo zgrabny sposób oddał hołd swoim kolegom po fachu. Utwór tytułowy odwołuje się do piosenek Chrisa Rea, "Today" oddaje ducha progresywnych nagrań Petera Gabriela, z kolei najbardziej zaskakujący na płycie "The Girl in the Yellow Dress" brzmi jak knajpiany, jazzujący kawałek Stinga. Flirt z ambitną sceną pop udał się Gilmourowi tak jakby najpewniej chciał. Szkoda, że artysta nie poszedł za ciosem i nie nagrał więcej tego typu piosenek.

Zamiast tego na "Rattle That Lock" są utwory, których można było się po Gilmourze spodziewać, doskonale sprawdzające się jako tło do porannego, zimowego śniadania ("5 A.M.") albo romantycznej kolacji ("And Then..."). Z całego tego zestawu oprócz trzech wspomnianych popowych piosenek największe wrażenie robi czysto floydowski "In Any Tongue". Ta majestatyczna, blisko siedmiominutowa ballada przywołuje echa najsłynniejszego utworu Pink Floyd nagranego pod przywództwem Gilmoura, tj. "High Hopes". Malkontenci będą pewnie narzekać, że to niemalże autoplagiat, ale nawet ich wzruszy gitarowa solówka zamieszczona pod koniec numeru.

"Rattle That Lock" nie jest ważnym dziełem, prezentującym słuchaczom nowe muzyczne lądy, ale jest to przyjemna płytka, nadająca się idealnie na mało kontrowersyjny prezent dla osób, które przeżyły swoją młodość w latach 70.

Pink Floyd - The Endless River

augustc

Pink Floyd - The Endless River

Pink Floyd - The Endless River (2014) Parlophone

stars

Największą muzyczną sensacją 2014 roku jest premiera nowej płyty Pink Floyd. "The Endless River" to pierwszy album zespołu z nowy materiałem od 20 lat. Jak zapowiadają członkowie grupy jest to zarazem ostatni krążek sygnowany tą nazwą. Podstawą muzyki zawartej na nowej płycie Pink Floyd jest blisko 20 godzinny materiał zarejestrowany podczas sesji do krążka "The Division Bell" z 1994 roku. Wyboru najciekawszych fragmentów z ww. sesji nagraniowej podjął się inżynier dźwięku Andrew Jackson. Po oddzieleniu części nagranych przez zmarłego w 2008 roku Ricka Wrighta swoje partie dograli gitarzysta David Gilmour oraz perkusista Nick Mason. Tak powstało 17 instrumentalnych kompozycji oraz jeden utwór wokalno-instrumentalny "Louder than Words" do którego tekst napisała żona Gilmoura, Polly Samson.

"The Endless River" wzbudza wielkie emocje i zbiera mieszane opinie. Brytyjski dziennik "The Independent" zmieszał album z błotem, bardzo przeciętne opinie wystawili nowemu wydawnictwu Pink Floyd dziennikarze "NME" oraz "Pitchfork". Jako dobry określili krążek recenzenci "Allmusic" oraz "Rolling Stone". "The Endless River" wzbudził natomiast zachwyt u jednego z największych polskich dziennikarzy Wiesława Weissa, redaktora naczelnego pisma "Teraz Rock" i autora książek o zespole. Trudno się w tym wypadku Weissowi dziwić. Muzycy Pink Floyd to absolutni mistrzowie, mający duże doświadczenie i wyobraźnię muzyczną, w przeciwieństwie na przykład do młodych, ambitnych artystów, nagrywających hurtem ciekawe, aczkolwiek mało porywające piosenki.

Pozostałości z sesji "The Division Bell" to nie odpady, jakby tego chcieli niektórzy dziennikarze, tylko ciekawy materiał wybitnych muzyków, czekający na wykorzystanie. Gilmour i Mason stwierdzili, że stworzenie albumu w głównej mierze instrumentalnego będzie najlepszą możliwą propozycją, jaką są w stanie zaoferować fanom. Koncepcja była słuszna, ponieważ najlepsze utwory wokalno-instrumentalne autorstwa Pink Floyd powstały pod przewodnictwem Rogera Watersa, którego w zespole nie ma od 1985 roku. Wszystkie kompozycje zawarte na płycie pełne są psychodelicznych brzmień i efektów dźwiękowych znanych z poprzednich albumów grupy. Takie kawałki jak "Autumn '68", "Sum", "On Noodle Street" czy "It's What We Do" przywodzą na myśl największe dokonania kapeli, tj. numery z płyt "Atom Heart Mother", "Meddle", "The Dark Side of the Moon" czy "Wish You Were Here". Pod tym względem "The Endless River" nie jest w ogóle nowatorski, ale należy pamiętać, iż to dzieło jest przede wszystkim hołdem dla nieżyjącego klawiszowca grupy Ricka Wrighta.

Rick Wright 1943-2008

augustc

rw

15 września zmarł Richard Wright, klawiszowiec brytyjskiej grupy Pink Floyd. Artysta urodził się 28 lipca 1943 roku w Londynie. W roku 1965 razem z perkusistą Nickiem Masonem oraz basistą Rogerem Watersem założył grupę Sigma 6, która z czasem przeistoczyła się w grupę Pink Floyd. Co prawda w Pink Floyd główne skrzypce grali Roger Waters oraz David Gilmour, ale Wright miał niebagatelny wpływ na brzmienie klasycznych albumów zespołu: „Meddle”, „The Dark Side of the Moon”, „Wish You Were Here”, a także ostatniego, studyjnego albumu grupy „The Division Bell”. Muzyk wydał także dwa albumy solowe: „Wet Dream” (1978) oraz „Broken China” (1996), z których zdecydowanie wyróżnia się ten drugi. O ile na „Wet Dream” nie odszedł za bardzo od tego, co robił w macierzystym zespole, to krążek „Broken China” jest zaliczany do gatunku muzycznego New Age (Enya, Kitaro, Bradley Joseph, Aeoliah, George Winston). „Broken China” nie jest muzycznym arcydziełem, ale uświadamia wszystkim słuchaczom jak zdolnym twórcą był Richard Wright, a dwa utwory, w których zaśpiewała Sinead O’Connor: „Reaching for the Rail” i „Breakthrough” to prawdziwe perełki. Dyskografię artysty uzupełnia synth-popowy album „Identity” z 1984 roku wydany przez grupę Zee, której członkiem był Wright.

Nie pozostanie nic innego jak przypomnieć słowa najsłynniejszego utworu, którego autorem był Rick Wright „The Great Gig in the Sky” z repertuaru Pink Floyd, który notabene traktuje o śmierci.

"and I am not frightened of dying, any time will do, i
Dont mind. why should I be frightened of dying?
Theres no reason for it, youve gotta go sometime.
i never said I was frightened of dying."

"I nie boję się umrzeć. Kiedykolwiek to będzie. Nie przejmuję się.
Dlaczego miałbym bać się umrzeć? Nie ma żadnego powodu.
Każdy kiedyś odejdzie.
Nigdy nie powiedziałem że się boję umrzeć."

Shearwater - Rook

augustc
shearwater__rook
Shearwater - Rook (2008) Matador Records
 
 01. On the Death of the Waters – 3:08
   02. Rooks – 3:21
    03. Leviathan, Bound – 2:52
   04. Home Life – 7:15
    05. Lost Boys – 2:24
    06. Century Eyes – 2:18
    07. I Was a Cloud – 5:12
     08. South Col – 2:35
    09. The Snow Leopard – 5:08
    10. The Hunter's Star – 4:00

Grupa Shearwater powstała w 1999 roku z inicjatywy dwóch multiinstrumentalistów i piosenkarzy: ornitologa Jonathana Meiburga (to tłumaczy nazwę zespołu - burzyk) oraz Willa Sheffa. Z czasem do zespołu dołączyli basistka Kim Burke, wibrafonista i perkusista Thor Harris oraz multiinstrumentalista Howard Draper. Obecnie Shearwater składa się z trzech osób: Meiburga, Burke oraz Harrisa. Shearwater właśnie w obecnym, uszczuplonym składzie osiągnął swój największy sukces - według większości krytyków to akurat najnowszy album grupy „Rook” jest jej najlepszym dziełem. Można było się jednak spodziewać takiej opinii.  Ta niesamowicie zdolna grupa musiała kiedyś zostać zauważona, a teraz jest na to świetny moment, gdyż zespół nie nagrywa już dla prowincjonalnej wytwórni Misra, tylko dla Matadora - jednego z najważniejszych niezależnych wydawców, mającego pod swoimi skrzydłami między innymi takich artystów jak: Belle & Sebastian, Cat Power, Stephen Malkmus, Matmos, The New Pornographers czy Yo La Tengo.

Najnowszy krążek Amerykanów to zdecydowanie jedno z najlepszych wydawnictw muzycznych 2008 roku. Krążek jest jednocześnie dramatyczny i  rozmarzony, ale również trochę zmanierowany. Już otwierający płytę utwór "On the Death of the Waters" robi wielkie wrażenie. Na samym początku Jonathan Meiburg śpiewa w nim jedynie przy akompaniamencie delikatnych dźwięków pianina. Jednak nagle utwór całkowicie zmienia swój charakter i wybucha rockowymi dźwiękami rodem z „The Wall” Pink Floyd. Dwa kolejne utwory są jeszcze lepsze i do tego bardzo przebojowe Tytułowy utwór opowiadający o gawronach oraz następujący po nim, fenomenalny „Leviathan, Bound” to już w tej chwili klasyka łagodnego indie rocka. Warto dodać, że tych dwóch utworów oraz utworu „Red Sea, Black Sea” z ich poprzedniej płyty „Palo Santo” można posłuchać na oficjalnej stronie zespołu.

Pisząc o "Rook" trzeba koniecznie wspomnieć, że album ma dwa oblicza. Pierwsze z nich jest zdecydowanie piosenkowe - na "Rook" znajdują się fantastyczne, zapadające w pamięć soft-rockowe piosenki. Oprócz wspomnianych, przebojowych utworów „Rooks” i „Leaviathan, Bound” znajdują się tutaj bardzo melodyjne soft-rockowe kawałki: „Century Eyes” i „The Snow Leopard”. Drugie oblicze płyty jest natomiast bardziej wyrafinowane, eksperymentalne  i zdecydowanie niepiosenkowe, kojarzące się niewątpliwie z ostatnimi, wybitnymi dziełami grupy Talk Talk. Tak na marginesie niektórym wszystko na „Rook” kojarzy z twórczością Marka Hollisa i kolegów. Jednak nie należy traktować tego podobieństwa jako zarzut, co uczyniła na przykład recenzentka "Tiny Mix Tapes", oceniając najnowszą produkcję Shearwater na 1 w skali od 1 do 5. Nowy album Shearwater powinien być oceniany bardzo wysoko, gdyż jest bardzo intrygujący i melodyjny, a na dodatek "Rook" to mocny kandydat do tytułu płyty roku.

© Popmusik
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci